Władze komunistyczne informację o skazaniu na karę śmierci i wykonaniu wyroku wystawiały na widok publiczny ku przestrodze innych. Ogłoszenie dotyczące Władysława Rachela wydrukowano w 150 egzemplarzach i wywieszono na terenie powiatu mogileńskiego. fot. archiwum „Pałuk”

Żołnierze wyklęci na Pałukach - cz. III
Na łasce i niełasce Bolesława Bieruta
    Partyzanci, działacze niepodległościowego podziemia czy wreszcie zwykli ludzie, opierający się po II wojnie światowej narzuconemu Polsce reżimowi komunistycznemu, zdawali sobie sprawę z tego, że narażają siebie, swoich najbliższych i przyjaciół na surowe represje, z karą śmierci włącznie. Mimo to, wielu z nich do końca nie zaprzestało wysiłków w imię honoru i walki o wolną Polskę, płacąc za to najwyższą cenę - cenę życia.

     Od kary śmierci mógł uchronić akt łaski przewodniczącego Krajowej Rady Narodowej Bolesława Bieruta, który będąc wówczas najwyższym sędzią mógł z niego skorzystać, ale czynił to bardzo rzadko i niechętnie. Kiedy Wydział Prawny KRN przekazał mu w jednej ze spraw opinię o celowości skorzystania z prawa łaski wobec wystąpienia okoliczności łagodzących, Bierut wystosował dyrektywę do najważniejszych osób w państwie, w której stwierdzał, iż prawa łaski w żadnym razie nie można przekształcać w jakiś rodzaj pasa ratunkowego dla elementów wykolejonych, zdeprawowanych i szkodliwych społecznie. Warto w tym miejscu wspomnieć, iż Najwyższy Sąd Wojskowy, podobnie jak wiele innych instytucji państwa polskiego, był w tamtym czasie narzędziem w rękach przywódcy ZSRR Józefa Stalina. Jego pierwszymi po wojnie prezesami byli gen. brygady Aleksander Tarnowski, a od 1946 r. płk Aleksander Michniewicz, którzy byli oficerami radzieckimi i obywatelami ZSRR.

Tablica znajdująca się w kościele w Piechcinie, upamiętniająca więźniów politycznych zmuszonych do pracy w kamieniołomach fot. Bartosz Woźniak

     ŚMIERĆ ZA AKUMULATOR
     Od lipca do września 1946 r. toczył się proces przeciw sołtysowi gromady Sucharzewo-Chałupska (gm. Mogilno) Władysławowi Rachelowi, którego aresztował Krystian Majewski, Ukrainiec, pełniący wtedy funkcję zastępcy komendanta UB w Mogilnie, znany z nienawiści do Polaków walczących z komunistyczną władzą. Sołtys był rolnikiem, członkiem Polskiego Stronnictwa Ludowego. Miał żonę Helenę i 5 dzieci w wieku od 4 miesięcy do 12 lat.
     Pomagał partyzantom podziemia niepodległościowego, w tym grupie z oddziału Bogdana Hądzlika, oprócz którego na terenie gospodarstwa sołtysa mieli się ukrywać: Zbisław Hądzlik, Jakub Gwiazda i Bolesław Miazio. Mogileńskie UB nie znalazło na to jednak żadnych dowodów i proces odbywał się jedynie w oparciu o podejrzenia. Władysław Rachel został aresztowany 24 sierpnia 1946 roku. - Podczas rewizji, kiedy ubecy szukali radiostacji, przewrócili dom do góry nogami. Ojca aresztowali podstępem, kiedy odwiózł ich konnym wozem. Później przyprowadzili wóz i konie, a ojciec już nie wrócił - wspomina córka Władysława Rachela, Melania Pacholska.
     Niemal wszyscy we wsi podejrzewali, że areszt nastąpił wskutek donosu jednego z sąsiadów, którym miał być Leon Piergies. Jednak po latach okazało się to być nieprawdą. - Kiedy w 2003 roku wystąpiliśmy o dokumenty z Instytutu Pamięci Narodowej, wynikało z nich, że o wszystkim powiedział jeden z aresztowanych partyzantów - zaznacza córka sołtysa.
     Z protokołów przesłuchań wynika, iż Władysław Rachel - który był przesłuchiwany w powiatowym UB w Mogilnie najpierw 24 sierpnia 1946 r. przez kierownika komendy Michała Gieraka, a następnie
28 sierpnia 1946 r. przez śledczego Władysława Zajdlera - przyznał się do zarzucanych mu czynów. Akt oskarżenia sporządził 11 września 1946 r. prokurator Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Poznaniu, który oskarżył sołtysa Rachela o: udzielanie pomocy w okresie od lipca do 10 sierpnia 1946 r. bandzie AK poprzez wypożyczenie akumulatora, zapewnienie noclegu i wyżywienia oraz przechowywanie nadawczo-odbiorczego aparatu radiowego. Efektem tego było przewiezienie Władysława Rachela 12 września 1946 r. z aresztu w Mogilnie do więzienia w Trzemesznie, skąd trafił przed sąd w Poznaniu.
vW trakcie procesu wszyscy mieszkańcy gromady zwrócili się do UB o zwolnienie sołtysa z aresztu, argumentując, iż nigdy nie prowadził agitacji przeciwko polskiemu rządowi ani nie podburzał miejscowej ludności do oporu przeciwko władzy. Miesiąc później dwóch rolników, Bolesław Mróz i wspomniany Leon Piergies, w piśmie do wojewódzkiego UB w Poznaniu żądało prowadzenia śledztwa przeciw Władysławowi Rachelowi z wolnej stopy oraz domagali się przestrzegania praw człowieka, powołując się przy tym na odpowiedzialność sołtysa i konieczność prowadzenia gospodarstwa, w którym pozostawił żonę z dziećmi. Władze UB pozostały jednak głuche na te apele.

Władysław Rachel w okresie II wojny światowej fot. archiwum „Pałuk”

    Adwokat Wacław Ziętek przyjął linię obrony, że zarzucanych mu czynów oskarżony dopuścił się pod terrorem bandy. Wojskowy Sąd Rejonowy w Poznaniu, któremu przewodniczył ppłk dr Władysław Gronowski, nie wziął pod uwagę czynnika przymusu i już 14 września 1946 r. w trybie doraźnym skazał Władysława Rachela na karę śmierci. Dla żony i dzieci pozostawała jeszcze nadzieja w akcie łaski, który mógł podpisać Bolesław Bierut. Tak się jednak nie stało. 19 września 1946 r. ówczesny Prezydent RP nie skorzystał z tego prawa.
     W obliczu tej sytuacji z dużo większym dramatyzmem czyta się list żony sołtysa, skierowany do Bieruta 20 września, a więc już po zatwierdzeniu wyroku sądu, o czym zapewne nie wiedziała. Prosiła w nim o łaskę: Mąż mój nie należał do żadnej nielegalnej organizacji, a pozwolił tylko przenocować jakimś osobom, które rzekomo należały do AK. Mój mąż działał tylko pod terrorem tych ludzi i nie mógł im się przeciwstawić, bo grozili mu zabiciem w razie niewykonania ich rozkazu. Doniesienia do władz bezpieczeństwa mąż też się obawiał zrobić, gdyż i na ten wypadek grozili zabiciem i podpaleniem gospodarstwa.(...) Kara wymierzona mężowi jest straszna. Na taką karę mąż sobie nie zasłużył, gdyż wina jego jest niewielka. Błagam o łaskę dla mnie i dla naszych pięciu małych dzieci. W drugim z kolei podaniu błagała Bieruta o serce ojcowskie i uwzględnienie sytuacji jej dzieci, które po wsze czasy musieliby nosić plamę śmierci ojca. Niestety, listy te nie mogły przynieść oczekiwanego przez zrozpaczoną żonę skutku.

Broń oddziału Bogdana Hądzlika, która znajdowała się w szkole w Rogowie, skąd trafiła do muzeum w Poznaniu fot. za publikacją: „Czerwona linia”

     Dodatkowo sąd przyjął zasadę odpowiedzialności zbiorowej, orzekając przepadek całego rodzinnego mienia na rzecz Skarbu Państwa. Zabrano gospodarstwo wraz z inwentarzem i maszynami rolniczymi, a rodzina sołtysa otrzymała nakaz opuszczenia domu w ciągu 14 dni. Przez ten czas zamieszkiwali w jednym z pokojów, kiedy przydział do ich domu otrzymał już ktoś inny. - Przypominam sobie jako dziewczynka jedenastoletnia, jak z UB przyjeżdżali przyglądać się, kiedy wszyscy żeśmy rozpaczali wraz z matką. Jeszcze ponaglali, żebyśmy się wyprowadzili. Ostatecznie zamieszkaliśmy w domu brata matki pod Wrześnią. Wujek miał 4 dzieci, więc trudno się tam nam wszystkim było pomieścić - wspomina Melania Pacholska okoliczności opuszczenia rodzinnego domu.
     Kilka dni po owych listach, 26 września 1946 r. wyrok na Władysławie Rachelu został wykonany, a miało to miejsce w lesie między Gądkami a Kórnikiem. Z przeprowadzonej egzekucji znana jest relacja kapelana więziennego ks. kanonika Hieronima Lewandowskiego, który do ostatnich chwil życia towarzyszył sołtysowi: Często nie chciano zabierać mnie na egzekucję, tłumacząc to brakiem miejsca w samochodzie. Jednym z więźniów, z którym byłem do końca, był Władysław Rachel, sołtys z Sucharzewa. Skazano go na śmierć za to, że dwa razy przyjął i ugościł bandę z lasu. Do końca nie mógł zrozumieć, dlaczego musi umierać. Gdy samochód zatrzymywał się przy lesie, Młynarek [Jan Młynarek, naczelnik więzienia UB w Poznaniu, gdzie przebywał Władysław Rachel - przyp. bw] szedł przodem, szukając odpowiedniego miejsca. Później przepuszczał nas i strzelał w tył głowy. Więzień zwykle nie zauważał momentu egzekucji.
     Obecność duchownych nie była sytuacją częstą. Z dokumentów dotyczących egzekucji wynika, że w rubryce ksiądz nierzadko pozostawało niewypełnione miejsce. Aparat bezpieczeństwa chciał ograniczać liczbę świadków tych wydarzeń, choć Kodeks Wojskowego Postępowania Karnego, który wszedł w życie 25 września 1945 r., w art. 315 mówił: przy wykonaniu kary śmierci powinien być obecny prokurator, lekarz oraz na żądanie skazanego, w miarę możliwości, duchowny wyznania, do którego należy skazany.
     Rodzina dowiedziała się o wykonaniu kary śmierci od księdza z Parlina, którego powiadomił ksiądz Lewandowski. Poza tym o losie Władysława Rachela mógł się dowiedzieć każdy mieszkaniec powiatu mogileńskiego, na którego terenie wywieszono 150 sztuk ogłoszeń w tej sprawie, wydrukowanych w Drukarni Polskiej w Mogilnie. - Jeden z tych plakatów zerwał i przyniósł mamie mój przyszły mąż, wówczas 15-letni Bernard Pacholski, czym też się mógł bardzo narazić. Do końca nie wierzyliśmy, że tata nie żyje. Rozpacz była z powodu tego, że go zabrali, a nie dlatego, że nie żyje. Mama mówiła, że wywozili ludzi na Sybir i wracali, więc wszyscy mieli nadzieję, że tata też wróci. Myśleliśmy, że te plakaty zostały wywieszone tylko po to, aby przestraszyć ludzi. I przestraszyły, ale nie dochodziło do nas to, że kara śmierci mogła zostać wykonana. - opowiada o rodzinnym dramacie Melania Pacholska.

Pomnik poświęcony pamięci żołnierzy Armii Krajowej i podziemia niepodległościowego po wojnie postawiony przy siedzibie Nadleśnictwa w Gołąbkach fot. Bartosz Woźniak

     Dopiero w wolnej Polsce, 4 kwietnia 1990 r. Sąd Najwyższy w Warszawie dokonał rewizji procesu toczącego się w 1946 roku przeciwko Władysławowi Rachelowi i uniewinnił go od wszystkich zarzutów.
    Wówczas też rodzina otrzymała z sądu oficjalne potwierdzenie wykonania kary śmierci, a także odszkodowanie z tego tytułu. Nie uzyskali natomiast nic za przejęty przez państwo majątek, gdyż wszelki ślad po dokumentach zaświadczających nadanie Władysławowi Rachelowi gospodarstwa w Sucharzewie zaginął. - Zostały tam nasze krowy, zboże, maszyny. Nie zachował się żaden akt, że ojciec tam mieszkał. Chcieli go skazać na zapomnienie - wspomina córka sołtysa, zaznaczając, iż przedmiotów, które miał przy sobie w momencie aresztowania (zegarek, dokumenty, obrączka, portfel z pieniędzmi), też nie udało się odnaleźć.
     Najbliżsi starali także odnaleźć miejsce, w którym ubecy zakopali ciało sołtysa Rachela. - Transport zorganizował jeden z Hądzlików, który mieszkał w Poznaniu. Pojechaliśmy tam z księdzem Hieronimem Lewandowskim, który miał wskazać to miejsce, ale nie udało się go odszukać, bo las przez te wszystkie lata się zmienił. Wzięliśmy tylko trochę ziemi z lasu i włożyliśmy do grobu mamy - opowiada Melania Pacholska.

Tablica na pomniku przy siedzibie Nadleśnictwa w Gołąbkach fot. Bartosz Woźniak

     UBECKIE PROWOKACJE POD PRZYKRYWKĄ AK
     Komunistyczne organy bezpieczeństwa stosowały różne metody walki z niepodległościowym podziemiem i wspierającym je społeczeństwem. Jedną z nich było tworzenie pozorowanych oddziałów AK, które podejmując różnego rodzaju prowokacje starały się przenikać do konspiracyjnych struktur podziemia, by następnie je rozpracowywać i rozbijać poprzez aresztowania, represje i mordowanie jego działaczy.
    Na terenie Pałuk i okolic formacja tego typu, utworzona przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa w grudniu 1945 r., powstała na terenie powiatu mogileńskiego. Informacje o tym dotarły do ówczesnego prezesa Polskiego Stronnictwa Ludowego i wicepremiera Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej Stanisława Mikołajczyka, który
     1 czerwca 1946 r. złożył w tej sprawie interpelację do prezesa Rady Ministrów Edwarda Osóbki-Morawskiego. Informował w niej, że prowokacyjna organizacja AK została powołana w celu wciągnięcia do niej członków PSL oraz dla dokonywania rabunków. Odpowiedzialnością za tę akcję obarczył funkcjonariuszy UBP w Mogilnie i członków Polskiej Partii Robotniczej.
     Według relacji wicepremiera Mikołajczyka, poczynania mogileńskiego UB szły w kierunku zwerbowania działaczy PSL do tzw. dzikiej AK. Jedną z werbowanych osób był prezes powiatowych struktur PSL w Mogilnie Franciszek Maj, do którego restauracji przybyli Wojciech Wawrzyniak i Marian Bakiewicz, funkcjonariusze mogileńskiego UB ze Strzelna. Mieli oni ściągnąć Franciszka Maja do jego mieszkania, gdzie przekazali mu poufną informację o zorganizowaniu sztucznego oddziału AK. Ujawnili przy tym, iż obaj do niego należą, a mając prawo do noszenia wszelkiej broni i granatów, w nocy podejmują planowane akcje.      Franciszek Maj, nie poddawszy się werbunkowi, postanowił poinformować o wszystkim kierownika UB w Mogilnie Michała Gieraka. Przedstawił mu m.in. nazwiska funkcjonariuszy zakładających ubecką AK, ale jego zawiadomienie nie spotkało się z żadną reakcją ze strony szefa UB w Mogilnie. Dopiero, gdy prezes Maj po raz drugi zjawił się w tej sprawie na komendzie UB, kierownik Gierak miał wysłać grupę funkcjonariuszy w celu zlikwidowania działającej pod przykrywką AK bandy. Michał Gierak miał jednocześnie pretensje do jednego ze swoich współpracowników odnośnie informowania prezesa Maja o planowanych operacjach, gdyż tego rodzaju kroki uznawał za ujawnianie tajemnic.
     W ostatnich słowach interpelacji wicepremier Mikołajczyk apelował o wyjaśnienie sprawy i ukaranie winnych. W tego rodzaju przypadkach, jeśli doszło do oskarżenia kogokolwiek, to byli to wykonawcy rozkazów, często później skazywani przez sądy wojskowe na karę śmierci. Ich mocodawcy pozostawali nietknięci, a oddziały podszywające się pod AK powstawały nadal, gdyż walka z podziemiem musiała być kontynuowana, aż do zwycięskiego końca.
     W tym miejscu należy jednak podkreślić, iż nie zawsze było wiadomo, a w wielu przypadkach nie wyjaśniono do dzisiaj, które oddziały funkcjonowały jako faktyczne jednostki niepodległościowego podziemia, które ten fakt tylko pozorowały pod auspicjami UB, a które trudniły się wyłącznie pospolitym bandytyzmem.
     TAJEMNICA TARZANA
     Z wątpliwościami tego rodzaju mamy do czynienia także w przypadku Mieczysława Jasińskiego Tarzana. Po wojnie pracował on jako kierowca i funkcjonariusz w Powiatowym UB w Żninie. Pracę tę miał samowolnie porzucić, po czym na początku listopada 1945 r. zebrał grupę ludzi, którzy pod jego dowództwem dokonywali napadów rabunkowych z użyciem broni na terenie powiatów: żnińskiego, mogileńskiego, szubińskiego i wągrowieckiego. W czasie tych bandyckich akcji dokonywanych na gospodarstwa wiejskie zabierali pieniądze, rowery, żywność i ubrania. Z rąk tej grupy zginęło też kilku działaczy PPR. Jasiński na rękojeści swojego pistoletu wygrawerował sobie litery: AK.

Notka o wyrokach śmierci w Żninie zawarta w rubryce „Z życia Wielkopolski i Ziem Odzyskanych” dziennika „Głos Wielkopolski” nr 153 z 5 czerwca 1946 roku

     Ostatnią akcją 22-letniego wówczas Mieczysława Jasińskiego był atak na budynek Nadleśnictwa Państwowego w Gołąbkach. Doszło do niego w kwietniu 1946 r. za prowokacyjną namową mieszkańca Rogowa, zapewne współpracownika z UB w Żninie. W pobliżu nadleśnictwa została bowiem przeprowadzona zasadzka grupy operacyjnej UB i MO ze Żnina, która po wymianie strzałów ujęła Jasińskiego oraz jego towarzyszy broni.
     Według wersji jego brata Edmunda, oddział ten funkcjonował w ramach struktur NSZ, ale nie ma na to żadnych dowodów. Strzelanie do przedstawicieli komunistycznej władzy nie świadczy jeszcze o działalności w niepodległościowym podziemiu. O takowej ze strony Jasińskiego nic nie wiedział znający bardzo dobrze powojenną konspirację na Pałukach Tadeusz Polaszewski, który twierdził, iż Jasiński był oficjalnym funkcjonariuszem UB w Żninie, a dowodzoną przez niego bandę tworzyli funkcjonariusze UB, którzy fakt posiadania broni wykorzystywali w celach rabunkowych.
     Mieczysław Jasiński zasiadł na ławie oskarżonych razem z 4 innymi członkami swojej grupy przed Specjalnym Sądem Wojskowym, którego sędziowie z Poznania przeprowadzili wyjazdową rozprawę
    11 maja 1946 r. Miała ona charakter pokazowy i odstraszający potencjalnych naśladowców oskarżonych, o czym świadczy fakt, iż odbyła się w sali żnińskiego kina Pałuczanin przy licznym udziale publiczności. Jasiński został skazany na karę śmierci za 23 napady z bronią, Józef Świtek na 15 lat więzienia, Marosz i Kończal na 5 lat więzienia, a Henryk Pacanowski z Wójcina za wprowadzenie władzy w błąd (pożyczył Jasińskiemu dowód tożsamości) otrzymał 1 rok więzienia.
     I tu zaczyna się kolejna część tajemniczych losów Mieczysława Jasińskiego, który oczekiwał na wykonanie wyroku w pojedynczej celi w więzieniu w Żninie. Tam, będąc w stanie załamania nerwowego, miał wykrzykiwać obelgi pod adresem ubeków i ruskich. Pewnej nocy, według relacji Henryka Pacanowskiego, dozorca żnińskiego więzienia o nazwisku Lewandowski, który był uznawany za kata więzienia, a przez więźniów i mieszkańców Żnina określany był jako Czarny Lewenda, miał wywieźć Jasińskiego w nieznanym kierunku i go zastrzelić. Ciała nigdy nie udało się odnaleźć, a Jasiński miał być pochowany w lesie balczewskim, za parkanem żnińskiego cmentarza lub w rowie przy cmentarzu w Górze.

Dom Karola Szalowa w Iwnie, gdzie prowadził też restaurację, stoi w ruinie fot. Anna Duda-Nowicka

     Z kolei Edmund Jasiński stwierdził, że jego brat został ułaskawiony, ale dokument o tym przyszedł zbyt późno, gdyż już po śmierci Mieczysława. Rodzina jednak nie wie, gdzie wyrok został wykonany.
    Co innego pisze Maria Turlejska, autorka książki Te pokolenia żałobami czarne... Skazani na śmierć i ich sędziowie. Według zamieszczonych w niej informacji Najwyższy Sąd Wojskowy 28 maja 1946 r. wyroku nie złagodził, argumentując swoją decyzję tym, że skazany: wykazywał silne napięcie złej woli, szerzył postrach wśród mieszkańców, nie wykazywał nadziei na poprawę i zwyczajnie nie zasługuje na ułaskawienie. Podobnego zdania był Wydział Prawny Krajowej Rady Narodowej, który zajmował się kierowaniem do Bolesława Bieruta wniosków dotyczących ułaskawień. Należałoby ponadto zaznaczyć, że skazany ze swoją bandą działali zawsze w mundurach wojskowych, przedstawiając się jako funkcjonariusze UB. Wprawdzie młody wiek, niski poziom umysłowy, czyny przeciw mieniu, a nie życiu i zdrowiu pokrzywdzonych stanowią pewne okoliczności łagodzące, ale na ułaskawienie nie zasługuje - czytamy w piśmie Wydziału Prawnego KRN, podpisanego przez jego naczelnika Izaaka Klajnermana, na podstawie opinii którego Bolesław Bierut 1 czerwca 1946 r. z prawa łaski nie skorzystał.
     Zupełnie inną wersję odnośnie ostatnich lat życia Mieczysława Jasińskiego przedstawił Marian Mrówczyński, zajmujący w latach 1945-1956 ważne stanowiska w Milicji Obywatelskiej i Prokuraturze Powiatowej w Żninie. Stwierdził on, iż Mieczysław Jasiński został ułaskawiony przez UB i wysłany w niewiadomym celu w rejon Konina, gdzie w latach pięćdziesiątych zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Gdyby to było prawdą, wiarygodności nabrałaby hipoteza o tym, iż grupa Jasińskiego była inspirowana przez UB.
     Wątpliwości w tym zakresie nie rozwiewa zapis w księdze zgonów żnińskiego Urzędu Stanu Cywilnego, w którym informację o zgonie Wojskowa Prokuratura Rejonowa w Poznaniu przekazała dopiero 16 lutego 1950 roku. Wpis dotyczący Mieczysława Jasińskiego w żnińskim USC został dokonany 22 lutego 1950 r. z adnotacją: skazany na śmierć wyrokiem WSR w Poznaniu - wyrok wykonano.
     Dziwnym w tej sprawie wydaje się także czas ukazania się w dzienniku Głos Wielkopolski informacji o rozprawie w Żninie. Nastąpiło to dopiero 5 czerwca 1946 r., a więc niemal miesiąc po wydaniu wyroku i już po jego zatwierdzeniu przez Bieruta, podczas gdy z analizy ówczesnej prasy dokonanej przez autora tekstu wynika, że o sprawach tego rodzaju informowano co najwyżej z kilkudniowym poślizgiem. Opóźnienie w tym przypadku może dziwić tym bardziej, że rozprawa była otwarta dla publiczności i było o niej głośno.
     ZAKATOWANY W SZUBINIE
     Nie ma natomiast żadnych wątpliwości, co do poczynań szubińskich funkcjonariuszy UB, które miały miejsce we wrześniu 1948 roku wobec 62-letniego wówczas Karola Szalowa, w młodości marynarza floty handlowej, powstańca wielkopolskiego, a przed II wojną światową sołtysa Iwna. Po zakończeniu wojny, w trakcie której trafił m.in. do obozu koncentracyjnego w Mauthausen, wrócił do Iwna, gdzie prowadził gospodarstwo, sklep i restaurację.
     Jednym z częstych gości owej restauracji był funkcjonariusz UB w Szubinie Stanisław Wróblewski, który spędzał tam czas z kolegami z pracy na suto zakrapianych alkoholem spotkaniach. Funkcjonariusze często nagabywali Karola Szalowa do rozmów na tematy polityczne, a ten, będąc z natury odważnym, nie krył antypatii do panującego w Polsce systemu komunistycznego, przekonując, iż nic dobrego z niego dla kraju nie wyniknie. Przestrzegał też rolników przed wstępowaniem do rolniczych spółdzielni produkcyjnych.
Otwarcie głoszone poglądy w tym zakresie okazały się przyczyną jego kłopotów, kiedy późnym wieczorem 2 września 1948 r. został aresztowany przez szubińskich ubeków pod zarzutem szerzenia poglądów godzących w ustrój państwa polskiego. Wśród aresztujących był m.in. Stanisław Wróblewski. Na komendzie UB w Szubinie Karol Szalow został poddany przesłuchaniom, podczas których był wielokrotnie bity. W areszcie oczekiwał na rozprawę przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Bydgoszczy, ale jej nie doczekał, gdyż w przeddzień rozprawy 21 września zmarł. Szef szubińskiego UB Jan Biliński informował zwierzchników z Bydgoszczy o samobójczej śmierci Karola Szalowa, jednak niemal natychmiast po tej śmierci po Szubinie i okolicy rozeszły się informacje, iż prawdopodobnie został zakatowany. Wskazywałoby na to m.in. nieprzeprowadzenie sekcji zwłok i potajemne, bez powiadomienia rodziny o miejscu i czasie, pochowanie zmarłego na cmentarzu w Szubinie.

Obelisk w Sucharzewie upamiętniający sołtysa Władysława Rachela fot. Bartosz Woźniak

     Na sprawcę mordu wskazywano jednoznacznie Wróblewskiego, który już wcześniej pobił rękojeścią pistoletu osadzonego w areszcie szubińskiego UB Władysława Jacha z Wapna, a także torturował Franciszka Mściszewskiego z Gołańczy.
     Już po śmierci Karola Szalowa pijany Wróblewski wszczynał publiczne awantury, bił przechodniów i groził im użyciem broni, na co zostało złożone doniesienie do szubińskiej komendy. Za swoje liczne nadużycia władzy został aresztowany i 12 kwietnia 1949 r. skazany na 3 lata więzienia przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Bydgoszczy, ale tylko za pobicie 1 maja 1946 r. Stanisława Słomy, co było niczym wobec cierpień, które wyrządził wielu niewinnym ludziom.
     TRZY RAZY KARA ŚMIERCI
     Aresztowanie i okoliczności śmierci Karola Szalowa stały się jednym z powodów powstania w Szubinie tajnej organizacji antykomunistycznej Wolny Świat. Inicjatorem jej powołania był w 1950 r. jeden z funkcjonariuszy szubińskiego UB, 22-letni wówczas Marian Nowak. W UB pracował od 8 miesięcy jako wartownik, a bezpośrednią przyczyną jego buntu było okrutne traktowanie aresztantów przez jego współpracowników. Do działania w podziemnej organizacji udało mu się przekonać dwóch kolegów z pracy, rusznikarza Władysława Kozłowskiego i wartownika Mariana Cichockiego.
     W okresie apogeum zimnej wojny, jakim był rok 1950, konspiratorzy liczyli na wybuch wojny, podczas której zamierzali podjąć działania partyzanckie. W tym celu do swojej grupy wciągnęli m.in. Zdzisława Grześkę i Edmunda Strauchmana, którzy byli zwykłymi cywilami z Szubina. W celu zapewnienia skuteczności planowanych akcji postanowili zdobyć broń. Na początek kilka granatów, 5 pistoletów, pistolet maszynowy i amunicję wyniósł z magazynu UB rusznikarz Kozłowski. Większą ilość planowali zdobyć po przeprowadzeniu ataku na siedzibę szubińskiego UB. Wcześniej zamierzali jednak zdobyć pieniądze, dlatego do tajnej organizacji postanowili wciągnąć skarbnika UB w Szubinie Józefa Cieślewicza, który miałby zabrać pieniądze z tamtejszej kasy. Marian Nowak 6 września 1950 r. zaprowadził go do domu Ludwika Majki w Szubinie Wsi, gdzie ukrywał się Władysław Kozłowski. Cieślewicz pozornie zgodził się na współpracę, by następnego dnia powiadomić zwierzchników o tajnej organizacji.
     W nocy 8 września rozpoczęła się akcja żołnierzy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego pod domem Ludwika Majki. Został on aresztowany, a jego dom zniszczony i obrabowany z cennych przedmiotów. Ciężko ranny został Kozłowski, którego dobijano bagnetami i nieprzytomnego wrzucono na platformę ciężarówki, gdzie trafił także Majka. W kolejnych dniach aresztowano kilkanaście osób związanych w jakikolwiek sposób z Wolnym Światem. Zatrzymani byli poddawani ciężkim torturom w WUBP w Bydgoszczy, gdzie śledztwo prowadził wydział ds. funkcjonariuszy. Śledztwo zakończyło się na początku 1951 r., a 17 stycznia odbyła się zamknięta dla publiczności rozprawa w sali kinowej bydgoskiego UB. Przed Wojskowym Sądem Rejonowym stanęło 6 najbardziej aktywnych działaczy Wolnego Świata, dla których sędzia mjr Edward Jęczmyk nie miał litości, skazując Mariana Nowaka, Zdzisława Grześkę i Władysława Kozłowskiego na karę śmierci, Hieronima Bileckiego i Mariana Cichockiego na dożywocie, a Ludwika Majkę na 15 lat więzienia. W osobnych procesach kary kilkuletniego więzienia otrzymali: Edmund Strauchmann, Bogdan Wendland, Władysław Gałat, Józef Sikorski, Bolesław Biernat, Prakseda Napierała i Genowefa Łuczak.
     Skazanym na karę śmierci wyrok złagodził 2 kwietnia 1951 r. prezydent Bolesław Bierut, który dla Nowaka i Kozłowskiego orzekł karę dożywocia, a dla Grześki 15 lat więzienia.
     Na fali odwilży wszyscy oskarżeni w sprawie Wolnego Świata opuścili więzienia do 1956 r., ale nie oznaczało to dla nich spokojnego życia, gdyż przez kolejne lata funkcjonowania sytemu komunistycznego w Polsce napotykali ze strony władzy na różne formy represji.
     UCIEKŁ PRZED NAGRODĄ
     Przeciw komunistycznej władzy występowali także ludzie niezwiązani z żadnymi konspiracyjnymi oddziałami czy organizacjami, a działający jedynie w oparciu o osobiste przekonania i domagający się zwykłej sprawiedliwości. Na Pałukach przykładem takiego postępowania był rolnik Stanisław Twardowski z Oleszna (gm. Gołańcz, pow. wągrowiecki).
     U komunistów cieszył się opinią dobrego rolnika, gdyż terminowo oddawał na rzecz państwa obowiązkowe dostawy zboża. Komendant powiatowy milicji z Szubina chciał go więc postawić za wzór opornym rolnikom z Oleszna i nagrodzić dwiema tonami węgla. Rozkazał w tym celu przywieźć Stanisława Twardowskiego, ale ten nie chcąc służyć za przykład, uciekł z milicyjnego samochodu i do swojego gospodarstwa już nie wrócił.
     Przez 2 lata, niejednokrotnie z pomocą znajomych rolników, wymykał się z obław zastawianych na niego przez UB i walczył o poszanowanie prywatnej własności ziemi, sprzeciwiając się przymusowemu włączaniu gospodarstw do kontrolowanych przez władze spółdzielni rolnych. W walce tej nie przebierał w środkach, o czym świadczą zarzuty postawione mu przed wojskowym sądem, które dotyczyły: grożenia pistoletem ludziom organizującym spółdzielnię produkcyjną, spalenia zabudowań lokalnego prezesa Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego, podpalenia gminnych ksiąg podatkowych w Łankowicach oraz spalenia stodoły spółdzielni rolniczej Zwycięstwo w Rgielsku i stogu zboża spółdzielni produkcyjnej w Żurawi. Wysyłał też do aktywistów partyjnych listy z pogróżkami. Czynów tych dokonał od lutego 1951 r. do 28 grudnia 1952 r., kiedy został schwytany w Kujawkach (20 km od Oleszna), gdy spał w stodole.
     Został oskarżony o to, iż poprzez wspomniane wyżej działania próbował przemocą zmienić ustrój państwa polskiego. Wojskowy Sąd Rejonowy w Poznaniu 14 listopada 1953 r. skazał go na karę śmierci, a wyrok ten 21 stycznia 1954 r. podtrzymał Najwyższy Sąd Wojskowy. Rada Państwa, która jako kolegialny organ władzy zastąpiła od 1952 r. urząd prezydenta, 22 marca 1954 r. nie skorzystała z prawa łaski. Wyrok wykonano 27 marca 1954 r.
     Stanisław Twardowski działał w pojedynkę, choć zapewne wyrażał poglądy większości rolników, nawet jeśli nie akceptowali oni jego siłowych poczynań, a część z nich nawet się go bała. Świadczy o tym fakt, że wielu mu pomagało, za co zostali ukarani wieloletnimi wyrokami, utratą majątku i pozbawieniem praw publicznych. On sam, choć przyznawał się do popełnionych czynów (jednak nie do winy), nigdy skruchy nie wyraził. Wielokrotnie za to na rozprawach miał się zwracać do sądu w słowach: Wy osądzacie mnie dzisiaj, ale przyjdzie czas, że was będą sądzić.
     Słowa te doczekały się spełnienia, choć tylko w symboliczny sposób, kiedy 17 stycznia 1991 r. na wniosek ministra sprawiedliwości Sąd Najwyższy w Warszawie uniewinnił Stanisława Twardowskiego od wszystkich zarzutów.
     POZORNA ŁASKA
     Śmierć, choć następująca często w sposób okrutny i hańbiący, z zatarciem śladów i miejsca pochówku, dla wielu działaczy podziemia była wyzwoleniem od bezwzględnych i bestialskich tortur, jakie stosowali wobec nich funkcjonariusze komunistycznego aparatu bezpieczeństwa.
     Dla osób zaangażowanych w działalność konspiracji antykomunistycznej, akt łaski ze strony Bieruta nie oznaczał zaprzestania wobec nich represji oraz tortur psychicznych i fizycznych. Darowanie kary śmierci oznaczało długoletnie więzienie, w którym pobyt regulowany był według specjalnych instrukcji traktowania działaczy podziemia. Były zatem: niekończące się przesłuchania, karcer, wilgotna cela, małe racje żywnościowe, zakaz wychodzenia na spacer, towarzystwo niemieckich zbrodniarzy i kryminalistów w celach, nocne rewizje, uniemożliwianie praktyk religijnych, czytania gazet i książek, zakaz korespondencji i widzeń z rodziną.
     Do cel działaczy podziemia często podstawiano donosicieli, którzy mieli zdobyć ich zaufanie, po czym pozyskać informacje i wydobyć ukryte w czasie śledztwa tajemnice, które dałyby UB pretekst do aresztowania kolejnych osób.   
     Część członków podziemia zostało zmuszonych do ciężkiej pracy w kopalniach i kamieniołomach. W całej Polsce powstały w tym celu specjalne Ośrodki Pracy Więźniów. Jeden z nich założono przy kamieniołomach w Piechcinie (gm. Barcin) na mocy decyzji wicedyrektora departamentu więziennictwa Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego ppłk. Jana Bartczaka z
     15 listopada 1950 r. Przez 6 lat jego funkcjonowania (do październikowej odwilży 1956 roku) w obozie pracowały setki więźniów politycznych, z czego najwięcej przypadło na szczytowy okres stalinizmu, czyli rok 1953, kiedy przebywało tam niemal 1.500 osób. W tymże roku w obozie został otwarty dom kultury dla więźniów, jednak z kulturą nie miał on nic wspólnego, a służył jedynie do ich indoktrynacji, głównie poprzez wyświetlanie propagandowych filmów. Do Piechcina trafiali więźniowie z Koronowa, Potulic i Wronek. Przywożeni skazańcy byli witani przez komendanta lub jego zastępcę następującymi słowami: Jesteście bandytami niegodnymi kawałka chleba, jednak ludowa ojczyzna daje wam szansę zmazania win poprzez uczciwą i wydajną pracę.
     Do pracy w piechcińskich kamieniołomach trafiali także rolnicy z pobliskich gospodarstw, opierający się narzuconej przez komunistów kolektywizacji i niewywiązujący się z dostarczania wyznaczonej ilości płodów rolnych. Pod koniec 1953 r. w obozie znajdowało się 245 rolników bądź ich dzieci, którzy zostali aresztowani za sprzeciw wobec zorganizowanej przez państwo akcji skupu zboża. Zdecydowana większość z nich na pobyt w obozie pracy nie została skazana wyrokiem sądu.  
     WYKLĘCI UPAMIĘTNIENI
     Ujawnianie się żołnierzy podziemia nie zmieniło stosunku do nich ze strony aparatu bezpieczeństwa. Nadal podejmowane były próby operacyjnego rozpracowywania członków niepodległościowych organizacji, chociaż zostały już one rozwiązane, a ich byli członkowie zrezygnowali z zorganizowanej walki przeciw systemowi komunistycznemu. Represje nasiliły się zwłaszcza w pierwszej połowie lat 50., na którą przypadło apogeum stalinizmu. Wówczas zapadało wiele wyroków dożywotniego więzienia lub kary śmierci przez rozstrzelanie. Głównym celem tych działań było zastraszenie całego społeczeństwa poprzez intensywną walkę z wyimaginowanym wrogiem władzy ludowej, za którego w ówczesnych czasach każdy mógł zostać uznany.
     Żołnierze niepodległościowego podziemia, wyklęci przez państwo polskie na długie dziesięciolecia, dopiero po odzyskaniu przez Polskę pełni wolności w 1989 roku mogli liczyć na rehabilitację i uznanie swoich zasług i bohaterstwa, choć do dzisiaj pojawiają się głosy, które je podważają.
     Kiedy w 1971 roku zmarł Kazimierz Karge, na łamach czasopisma Taternik wspominał go Józef Nyka, ale i wtedy ze względu na cenzurę nie mógł wspomnieć o jego zasługach dla podziemia: - Pożegnałem go w „Taterniku”, oczywiście bez słowa o działalności powojennej. Z drugiej strony dochodziło do sytuacji, gdzie niektórzy chcieli przypisać sobie zasługi, które nie były ich udziałem.
     Trzeba jednak pamiętać, że potem do ZBoWiD trafiało wielu „lewych” kombatantów. Sam byłem nagabywany o poświadczanie nieprawdy przez bliższych i dalszych znajomych - podkreśla Józef Nyka.
     Na Pałukach żołnierze AK i ich następcy z niepodległościowego podziemia walczący w Obwodzie Pałuki 315 doczekali się w 1994 roku upamiętnienia w postaci tablicy na kamiennym pomniku, który znajduje się przy siedzibie Nadleśnictwa w Gołąbkach. Tam, w rocznicę napaści Związku Radzieckiego na II Rzeczpospolitą (17 września 1939 roku), co było praprzyczyną późniejszej walki żołnierzy wyklętych o wolną Polskę, każdego roku z udziałem młodzieży odbywają się uroczystości oddające hołd członkom leśnych oddziałów.
     W Izbie Pamięci Zespołu Publicznych Szkół w Rogowie znajduje się gablota poświęcona działalności Samodzielnego Oddziału Partyzanckiego AK Obwodu Pałuki 315 dowodzonego przez Bogdana Hądzlika. Do 2002 r. znajdowała się tam nawet broń partyzantów z tej jednostki, która najpierw w 2002 roku została wypożyczona na wystawę do Poznania, a rok później na stałe trafiła do oddziału Wielkopolskiego Muzeum Walk Niepodległościowych na poznańskiej Cytadeli. Izba Pamięci poświęcona temu tematowi, znajduje się również w Szkole Podstawowej z Oddziałami Integracyjnymi w Parlinie, skąd bracia Hądzlikowie pochodzili.
W kościele pw. Matki Bożej Częstochowskiej i św. Barbary w Piechcinie w październiku 2005 r. odsłonięto tablicę upamiętniającą więźniów politycznych skazanych na niewolniczą pracę w kamieniołomach. Natomiast w kościele pw. św. Andrzeja Boboli w Szubinie od 11 listopada 2009 r. znajduje się tablica ku czci działaczy podziemia i więźniów politycznych okresu stalinowskiego, zaś przed rokiem w centrum Sucharzewa postawiono obelisk poświęcony pamięci Władysława Rachela.
     3 lutego 2011 roku państwo polskie ustawą Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej w pełni oddało cześć bohaterom drugiej konspiracji ustanawiając dzień 1 marca Narodowym Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych, który jest oficjalnym świętem państwowym.
     NAJWAŻNIEJSZA LITERATURA
     Grabowicz Józef, Twardowski, Pałuki nr 49/1997;
     Kaźmierczak P., Skazani na śmierć w latach 1944-1948, Pałuki nr 16/1996;
     Kaźmierczak P., W Imieniu Rzeczypospolitej Sowieckiej, Pałuki nr 24/1996;
     Krzyżaniak M., Kapelan w stalinowskim więzieniu, Gazeta Poznańska z 7 lutego 1992;
     Sidorkiewicz K., Śmierć Karola Szalowa z Iwna w areszcie Urzędu Bezpieczeństwa i 3 lata więzienia dla ubeka, który go aresztował, Pałuki nr 43/1997;
     Sidorkiewicz K., Zagłada „Wolnego Świata”, Pałuki nr 44/1997;
     Suchorowska D., Wielka edukacja. Wspomnienia więźniów politycznych PRL (1944-1956), Warszawa 1990;
     Taranienko Z., Nasze Termopile. Dokumenty terroru 1944-1956, Warszawa 1993;
     Turlejska M., Te pokolenia żałobami czarne... Skazani na śmierć i ich sędziowie, Warszawa 1990;
     W kamieniołomach Piechcina (1950-1956), oprac. Alicja Paczoska, Bydgoszcz 2005.

Bartosz Woźniak
Pałuki nr 1141 (52/2013)

 

 

Więcej na ten temat:

Żołnierze wyklęci na Pałukach

Niepogodzeni ze zmianą Polski

Obwód Pałuki 315 - od konspiracji do ujawnienia

Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry