Próba zniszczenia Solidarności dokonana 13 grudnia 1981 roku - w Żninie nie powiodła się. Solidarność działała nadal, w związku z nową sytuacją - w podziemiu. Jej filarem w Żninie był nauczyciel matematyki z liceum - Andrzej Wybrański. Wokół niego ogniskowały się wszystkie działania i jeśliby trzeba wskazać, kto w Żninie najbardziej zasłużył się w walce, zakończonej kapitulacją reżimu w 1989 roku, byłby to właśnie Andrzej Wybrański.

Pomysł, aby solidarnościowi kandydaci robili sobie zdjęcia z przywódcą „Solidarności” Lechem Wałęsą, a następnie wykorzystali je na plakatach wyborczych, był autorstwa reżysera Andrzeja Wajdy i doradcy „Solidarności” Bronisława Geremka. Zdjęcia wykonywano w Gdańsku i Warszawie, a nad wszystkim czuwał Andrzej Wajda. W ten sposób powstała wyborcza „drużyna Lecha”, która stała się symbolem wyborów z 4 czerwca 1989 roku. Nie wszyscy jednak zdjęcie z Lechem Wałęsą wykonali. Wśród nich był Andrzej Wybrański, który w dniu wyznaczonym na robienie zdjęcia wolał pozostać ze swoimi uczniami, zdającymi akurat maturę w żnińskim liceum. Powyższe zdjęcie Andrzeja Wybrańskiego z Lechem Wałęsą zostało zrobione dopiero przed drugą turą wyborów z 18 czerwca 1989 roku, ale z niewiadomych przyczyn nie zostało jednak wykorzystane na plakatach wyborczych.

   fot. archiwum Andrzeja Wybrańskiego

     Bartosz Woźniak: - Opozycyjni i solidarnościowi działacze mieli różne rodowody. Część z nich to zbuntowane dzieci dygnitarzy partyjnych, inni to zwykli ludzie ze środowisk inteligenckich czy robotniczych. Jak było w pana przypadku?
     Andrzej Wybrański: - Patriotyzm, ciągoty wolnościowe wyssałem z mlekiem matki. Wielką patriotką, mającą uznanie lokalnej społeczności, była też moja babcia. W II Rzeczypospolitej organizowała sporo patriotycznych uroczystości w swojej wsi, gdzie mieszkała. Organizowała także zbiórkę pieniędzy i kosztowności z przeznaczeniem dla polskiej armii. Jako dziecko śpiewałem z moją matką Czerwone maki na Monte Cassino, a ojciec - wielki zwolennik marszałka Józefa Piłsudskiego - opowiadał mi niepodręcznikową historię Polski. Pewnie w obawie przed ewentualnymi konsekwencjami dla mnie, tylko delikatnie wspominał o Katyniu. Z tym bagażem poszedłem w życie.
     - Jak wyglądała atmosfera polityczna w żnińskim liceum, w którym pan uczył, gdzie dla pana działalności opozycyjnej wszystko się zaczęło?
      - Na początku opozycyjne były tylko indywidualne postawy i działania, które jednakże w zdecydowany sposób pokazywały patriotyczne, przeciwne ówczesnej rzeczywistości, poglądy. Tak poznawaliśmy się i krzepliśmy. Dotykały nas i łączyły sprawy wtrącania się władz partyjnych w sprawy szkoły, jak np. naciski na przyjęcie do szkoły uczniów o kiepskich, niekwalifikujących do przyjęcia wynikach na egzaminach czy przepuszczenie do następnej klasy mimo braku promocji. I choć w zasadzie nie ustępowaliśmy, to nas to wszystko kosztowało sporo nerwów i bolało.
     Pierwszy dysonans między szerszą grupą nauczycieli a władzą partyjną spowodowała ingerencja w wybór przewodniczącego powiatowych struktur Związku Nauczycielstwa Polskiego w 1979 roku. Od tego momentu różnice poglądów na wiele spraw wypowiadane były śmielej i powszechniej.

Andrzej Wybrański w 1989 roku

    fot. archiwum Andrzeja Wybrańskiego

     - W jaki sposób przebiegało organizowanie komisji solidarnościowych w Żninie?
     - Początkowo, na wieść o powstaniu NSZZ Solidarność, poszczególne zakłady pracy, już od września 1980 r. zawiązywały komórki związkowe wewnętrznie, bez kontaktu z innymi. Najenergiczniejsze działania podjęto w ZOZ-ie, Spomaszu, Żefamie, Spółdzielni Mleczarskiej, Zakładzie Energetyki Cieplnej, szkolnictwie. Na pierwszym spotkaniu, chyba w październiku w świetlicy liceum, na które zaprosiłem przedstawicieli tych zakładów, na potrzebę utworzenia międzyzakładowej organizacji odpowiedziano zdecydowanie tak. Na kolejnym spotkaniu, 7 listopada 1980 roku, powołano Międzyzakładowy Komitet Założycielski. Obecnych było 25 osób. Wybrano zarząd, którego zostałem przewodniczącym.
     - Jak pan dziś ocenia „Solidarność” lat 1980-81? Jakie są największe osiągnięcia, a co można było zrobić lepiej?
     - Trudno to ocenić nawet z perspektywy tak odległego czasu. Działalność ta trwała bowiem niecałe półtora roku. Mogę jednak powiedzieć, że angażowała się duża grupa ludzi, poświęcając na to wiele czasu. Był wielki entuzjazm, wielkie nadzieje. Komisje zakładowe rosły jak grzyby po deszczu. Powstał oddział Solidarność Ziemi Pałuckiej w Żninie, który obejmował swoją działalnością gminy: Żnin, Szubin, Janowiec, Rogowo, Gąsawa, Barcin, Kcynia. Związek liczył ponad 8 tysięcy członków i około 40 komisji zakładowych. Było widać, że ci ludzie chcą naprawdę coś zrobić dla Polski. Większość działań dotyczyła sfery stricte związkowej oraz społecznej i gospodarczej. Nie było wśród nas polityków. Ważna była obrona, nie tylko należących do związku pracowników, przed niewłaściwym ich traktowaniem ze strony pracodawców czy komórek partyjnych, ale także, a może szczególnie, prawa do godnego życia. Na zebraniach ogólnych, z licznym udziałem związkowców, poruszano naprawdę wiele spraw. Od poprawy chodników w Żninie do żądania utworzenia przedszkola, nawet z groźbą strajku i przejęcia na ten cel budynku komitetu powiatowego partii.
     - Czemu według pana należy przypisać niepowodzenie pierwszej „Solidarności”? Sięganiem po zbyt dużo? Niemożliwością istnienia takiego ruchu w systemie totalitarnym?
     - Z perspektywy czasu nie można przypisać Solidarności niepowodzenia. Nie mamy już przecież PRL-u, stworzona została w Polsce szansa uzyskania wolności, suwerenności, sprawiedliwego i godnego życia. Inna kwestia, jak to wykorzystaliśmy. Czy chcieliśmy za dużo? W moim przekonaniu ogół ludzi Solidarności nie oczekiwał zbyt wiele. Chcieli godnego, spokojnego życia i więcej wolności. Niewątpliwie, jak w każdej organizacji, znalazłoby się ludzi, których oczekiwania przekraczały możliwości ich realizacji w tamtym czasie. Nie brakowało też prowokatorów, którzy takie oczekiwania głosili, dążąc do wywołania konfliktu między Solidarnością a władzą. Możemy natomiast mówić o przyczynach delegalizacji w wyniku ogłoszenia stanu wojennego. Od początku powstania Solidarności działały pewne struktury partyjno-państwowe, dążące do jej likwidacji. Chodziło tylko o wybranie odpowiedniego momentu. Trzeba też oddać sprawiedliwość wielu ludziom należącym do PZPR, popierającym działania Solidarności, choć najczęściej w milczeniu, a i niekiedy angażującym się w ten ruch. Podstawowym powodem delegalizacji była chęć trwania w istniejącym wtedy systemie ludzi aparatu partyjnego i państwowego oraz służb bezpieczeństwa, który chcąc utrzymać władzę nie chciał się reformować. Ludzie władzy widzieli w działaniach Solidarności zagrożenie dla trwającego systemu.
     - Dlaczego po wprowadzeniu stanu wojennego nie zaprzestał pan działalności? Były przecież osoby, które sprawowały w „Solidarności” funkcje, ale wycofały się i zachowywały się tak, jakby „Solidarności” nie było.
     - To prosta konsekwencja raz podjętej słusznej decyzji.
     Nie mogę wydawać sądu w tej sprawie. Wielu członków Solidarności obawiało się o swoje rodziny, co jest w dużym stopniu zrozumiałe. Działanie pod presją kary, w tym aresztowań, musiało wielu ludzi porazić. Była jednak grupa ludzi, która działalność prowadziła aż do 1989 roku. Istniał podziemny zarząd Solidarności, a nawet lokalnie działało koło przy LO w Żninie, którego członkami byli także nauczyciele z innych szkół. Koło wypełniało wszystkie statutowe obowiązki. Systematycznie spotykaliśmy się, prowadziliśmy szkolenia o treści metodycznej i pedagogicznej. Zbieraliśmy składki, organizowaliśmy rekreacyjne spotkania, a każde dziecko członka tego koła przystępujące do I Komunii Świętej otrzymywało od nas pamiątkę o wymowie katolickiej.
     - Jakie represje spotkały pana w stanie wojennym?
     - W stanie wojennym aresztowani zostali moi byli uczniowie. W areszcie przyznali się do kontaktów ze mną, co spowodowało odwiedziny funkcjonariuszy SB w Żninie. Przesłuchiwano mnie, a następnie w styczniu 1982 roku aresztowano pod zarzutem umieszczenia w gablocie przy siedzibie Solidarności na Śniadeckich 15 życzeń na Boże Narodzenie w 1981 roku. W tekście życzeń umieściłem zdanie: Dzieląc się opłatkiem przy stołach wigilijnych, pomyślcie o tych, którzy spokojnych Świąt nie mają. Było to nawiązanie do internowań i innych wydarzeń, w szczególności w kopalni Wujek. Podpisałem te życzenia: Solidarność. Początkowo podpisałem własnym imieniem i nazwiskiem, ale pod presją bliskich mi osób zmieniłem na Solidarność. Przesłuchujący mnie ludzie z SB tłumaczyli mi: gdyby podpisał pan imieniem i nazwiskiem, to co innego, ale użył pan nazwy zdelegalizowanego związku. Użycie takiego podpisu zakwalifikowano jako prowadzenie zakazanej działalności związkowej. Dołączono do tego zarzut wiedział, a nie powiedział. Chodziło o to, że wiedząc o działalności chłopaków, nie doniosłem na nich. Czy pan to sobie wyobraża? Nauczyciel donoszący na swoich byłych uczniów, po których miejsca w ławkach były jeszcze ciepłe, bo byli studentami pierwszych lat? Koszmarne!!! Po aresztowaniach w styczniu 1982 roku usiłowano mi dowieść kierowanie tą grupą młodzieży. To nie była prawda. Studenci robili to z własnej inicjatywy, być może nie chcąc mnie narażać. Nigdy nie zapytałem ich o to. Ja natomiast nie podjąłbym się kierowania grupą tak młodych ludzi, na których mógłbym sprowadzić represje i utrudnić im życie.
     - Na czym polegała działalność podziemnej „Solidarności”?
     - Działalność podziemną prowadziłem z ludźmi dorosłymi, których życie było już ukształtowane i którzy mieli pełną świadomość tego, co robią. Drukowaliśmy ulotki, które sami rozpowszechnialiśmy. Przygotowywaliśmy udział w mszach rocznicowych na Święto Niepodległości 11 listopada i z okazji rocznicy Konstytucji 3 Maja. Organizowaliśmy pomoc rodzinom osób internowanych, głównie przez dostarczanie żywności. Po aresztowaniu młodego człowieka, który zajmował się w Bydgoszczy wydawaniem pisma Żywią i Bronią pod szyldem NSZZ Solidarność Rolników Indywidualnych, wzięliśmy na siebie drukowanie tego pisma. Zaangażowana była w to niemała grupa ludzi. Mieliśmy z tym sporo kłopotów, ale wyszliśmy z tego zwycięsko.
     - Czy nawiązał pan kontakt z kierownictwem „Solidarności”?
     - Kontaktowaliśmy się z członkami Solidarności w Bydgoszczy i Komisją Krajową. Kontakty z Komisją miały miejsce przez jej członka Henryka Napieralskiego, który wziął też pod swoją opiekę Więcbork, Nakło, Chojnice. Spotykaliśmy się i przekazywaliśmy sobie istotne dla nas informacje, ale także snuliśmy wizje przyszłej Polski. Gdzie ta Polska naszych marzeń? Łza się w oku kręci.
     - Jest taki dowcip: „Czym się różni wojna od stanu wojennego? Tym, że na wojnie mogą strzelać obie strony”. Czy hasło solidarnościowej opozycji „zło dobrem zwyciężaj” było pana hasłem, czy też uważał pan, że należy walczyć z totalitarnym systemem bardziej zdecydowanymi metodami?
     - Nie byłem wtedy ukształtowany tak mocno, by w pełni realizować słowa zło dobrem zwyciężaj. Mój stosunek do tego problemu może wyrazić fakt, iż byłem zdecydowanym zwolennikiem dekomunizacji i lustracji. Znaczna grupa ludzi nie rozumiała istoty problemu. W dużym stopniu dzięki mediom. Lustracja, przeprowadzona później szczątkowo i nieudolnie, miała przecież na celu zapewnienie bezpieczeństwa państwa. Nie chodziło o eliminację polityczną czy państwową ludzi współpracujących z instytucjami zagrażającymi państwu z zewnątrz i od wewnątrz, ale o ujawnienie tej współpracy. Ludzie pełniący wysokie stanowiska państwowe, po ujawnieniu nie mogliby być szantażowani przez instytucje, o których mówiliśmy. Dekomunizacja miała dotyczyć tylko ludzi wysokiego szczebla partyjnego, odsunięcie ich na jakiś czas, na przykład 10 lat, od możliwości pełnienia ważnych stanowisk w przekształcającym się państwie, co ułatwiłoby jego transformację.
     - Jak pan dziś ocenia podziemną „Solidarność” i jakie są jej najważniejsze osiągnięcia?
     - Największym osiągnięciem związku NSZZ Solidarność było wydobycie ludzi z marazmu, ze zniewolenia i pobudzenie chęci działania w najlepszym tego słowa rozumieniu - dla dobra Polski. Ten siew zaowocował w następnych latach.
     - Na początku roku 1989 naciskał pan na koleżanki i kolegów z podziemnego koła „Solidarności” nauczycielskiej w Żninie, aby ujawnić tę strukturę. Nikt oprócz pana tego nie chciał i ujawnienie nastąpiło dopiero po rozmowach Okrągłego Stołu. Dlaczego tak się stało?
     - Uważałem, ż  e ujawnienie działalności koła dałoby początek utworzeniu i ujawnieniu innych działających wcześniej kół. Dałoby to lepszą pozycję Solidarności w kontynuowaniu jej działalności i rozmów przetargowych z władzą. Ludzie mieli jednak prawo mieć obawy, że władza, tak często przewrotna, może przeciwko nim w różnych formach to wykorzystać. To jeszcze był czas wielkich niewiadomych.
     - Jak pan oceniał w 1989 roku zakończenie rozmów Okrągłego Stołu? Jak ocenia pan efekty Okrągłego Stołu dziś?
     - Sądziłem, że Okrągły Stół dawał wtedy jedyną szansę na zbudowanie Polski, jakiej Solidarność chciała. Zupełnie inną kwestą jest, jak to wykorzystaliśmy. Wierzyłem, że obecność ludzi Solidarności w Sejmie doprowadzi po pewnym czasie do zbudowania silnego i zdrowego państwa. Wiele rzeczy nam się nie udało, ale to nie temat na jedną rozmowę. Istotną przeszkodą była obecność po 1989 r. ludzi zakorzenionych w tamtej władzy w niemal wszystkich strukturach państwowych i politycznych, a także gospodarczych. Inaczej mówiąc, hamulcowi byli liczni i silni. Na domiar złego znajdowali poparcie wśród niektórych ludzi dawnej Solidarności. Do dzisiaj to trwa. Powtórzę za Niemenem: Lecz ludzi dobrej woli jest więcej... i dlatego wierzę, że zbudujemy Ojczyznę dla wszystkich, choć nie wiem, kiedy to nastąpi. Walka o Polskę trwać będzie wiecznie, tak jak wiecznie trwa walka dobra ze złem. Nic nie jest dane raz na zawsze.

Zdjęcie Andrzeja Wybrańskiego z Romanem Bartoszcze, wykonane przed drugą turą wyborów z 18 czerwca 1989 roku, także nie zostało wykorzystane w formie plakatu wyborczego

        fot. archiwum Andrzeja Wybrańskiego

     - W jakich okolicznościach powstał Komitet Obywatelski w Żninie?
     - Najpierw powstał KO w Bydgoszczy, którego byłem członkiem, a przewodniczącym był Antoni Tokarczuk. Niedługo później KO powstał w Żninie. Pierwsze zebranie w Żninie odbyło się w lutym 1989 roku, jeszcze w trakcie obrad Okrągłego Stołu. Na początku było nas około 20 osób. Zostałem wybrany przewodniczącym KO w Żninie. Zadaniem komitetów było pozyskiwanie i przekazywanie dalej informacji o toczących się pertraktacjach Solidarności z władzą, przy jednoczesnym budowaniu struktur. Kiedy uzyskano porozumienie dotyczące wyborów parlamentarnych, przygotowywano się do wyborów czerwcowych, a w dalszej perspektywie do samorządowych. Członkami komitetu byli ludzie o różnych poglądach politycznych i społecznych. Wtedy jednak przyświecał nam jeden cel - wygrać wybory i przekształcić Polskę w wolną, suwerenną i sprawiedliwą.
     - Czy były plany przekształcenia KO w Żninie w partię polityczną?
     - Nigdy zamiarem członków KO nie było przekształcenie się w partię polityczną. Wynikało to choćby z różnorodności poglądów jego członków. Partie powinny powstawać na podstawie pewnej zbieżności poglądów jej członków czy kandydatów. W Żninie tak było. Gdy rozpoczęły działalność partie polityczne, Komitet zakończył działanie.
     - Czy w tym czasie pomiędzy żnińskimi działaczami związkowymi doszło do konfliktu na tle przywrócenia działalności związku „Solidarność” - ponowna rejestracja czy kontynuacja?
     - Owszem pobrzmiewały tu i ówdzie spory dotyczące działalności związku. Niestety, w naszym regionie były przykrywką do konfliktów personalnych. W Żninie, jak już wspomniałem, byłem przewodniczącym KO, ale na jednym ze spotkań oświadczyłem, że jestem nadal przewodniczącym oddziału NSZZ Solidarność Ziemi Pałuckiej w Żninie. Byłem kategorycznym zwolennikiem kontynuacji działalności związku. Dałem temu dowód osobiście razem z niemałą grupą ludzi, reaktywując komisje zakładowe na terenie naszego oddziału. Kiedy uznałem, że związek okrzepł, zrezygnowałem ze stanowiska przewodniczącego i spowodowałem, że doszło do wyborów. Przewodniczącym został mój serdeczny przyjaciel, nieżyjący już Lech Nowak. Podobnie, kiedy zostałem posłem Sejmu Kontraktowego, uważając za istotne udział wielu ludzi w transformacji oraz by władza nie skupiała się w jednym ręku, zrezygnowałem również z funkcji przewodniczącego KO, a moim następcą został również nieżyjący już Andrzej Krzyżaniak. Był konflikt pomiędzy KO a istotną częścią działaczy Solidarności w Bydgoszczy, choć w istocie personalny. Próba przeniesienia tego konfliktu do Żnina została zażegnana, tyle że dwaj cenieni przeze mnie działacze Solidarności nie podjęli działalności w KO w Żninie. Komitet działał jednak bez przeszkód.
     - Kiedy i gdzie padła propozycja, by kandydował pan do Sejmu?
     - Propozycję taką wysunął bydgoski Komitet Obywatelski. Moja kandydatura znalazła też akceptację w KO w Żninie. W pierwszej wersji Solidarność miała trzy mandaty na województwo bydgoskie. Proponowano mi mandat w okręgu inowrocławskim, z którego kandydował wysunięty przez Solidarność Rolników Indywidualnych Roman Bartoszcze. Nie przyjąłem tego mandatu, nie chcąc toczyć bratobójczej walki w tym okręgu. Zaproponowano mi więc kandydowanie z okręgu chojnickiego. Nie przyjąłem tego również, nie chcąc kandydować z okręgu, w którym nie działałem. Okazało się jednak, że źle policzono przypadające województwu bydgoskiemu mandaty. Jeden mandat został dołożony i to do okręgu inowrocławskiego. Przyjąłem ten mandat, ale wtedy byłem już kandydatem zarówno KO w Bydgoszczy, jak i w Żninie. Ostatecznie, zgodnie z procedurami, moją kandydaturę musiał zatwierdzić KO w Bydgoszczy. Odbyło się to w wyniku głosowania. Moim kontrkandydatem na ten drugi inowrocławski mandat był profesor Regulski. Pan profesor przegrał ze mną te wybory, ale i tak wykonał ważne zadanie, które na nim spoczywało, tj. przygotowanie reformy samorządów terytorialnych.
     - Po pierwszej turze wyborów miał pan największą liczbę głosów z ubiegających się o ten mandat kandydatów, ale jako jedyny solidarnościowy kandydat do Sejmu nie przekroczył pan 50%. Wyjaśnia się to często faktem braku plakatu wyborczego z Wałęsą. Czy jednak ważniejszą przyczyną nie było to, że o ten sam mandat ubiegał się Ryszard Fałszewicz - bezpartyjny, nomenklaturowy kandydat ze Żnina, wicedyrektor „Spomaszu”?
     - Przyczyn było kilka. Brak plakatu wyborczego z Wałęsą, silna pozycja PZPR w Inowrocławiu, której członkowie mobilizowali się, by poprzeć innych kandydatów, którzy startowali z mojego mandatu, silny kontrkandydat Jerzy Tokarski popierany również przez nazwijmy to prawicowe gremia - późniejszy prezydent Inowrocławia. Później poznaliśmy się i nasza współpraca była dobra. Inni kandydaci uzyskali niewielkie, nieliczące się ilości głosów. W drugiej turze miałem już zdjęcie z Wałęsą, ale dalej nie miałem plakatu. Wiem, że w okręgu inowrocławskim nastąpiła pełna mobilizacja PZPR, by odebrać Solidarności chociaż jeden mandat poselski. Zalecono członkom partii głosowanie na mojego kontrkandydata, teraz już jednego, chociaż nie był ich człowiekiem. Teraz jednak i sprzymierzeńcy Solidarności, mimo że nie posiadałem plakatu z Wałęsą, wiedzieli już kim jestem. Było to wynikiem bardzo intensywnej i pracochłonnej kampanii wyborczej, poprzedzającej drugą turę wyborów. Na spotkania przychodziło bardzo wielu ludzi. Pamiętam w Mogilnie, mnóstwo ludzi, ciekawe spotkanie, a tu wychodzi Dominik Księski z gitarą i śpiewa. Nie pamiętam już słów tej piosenki, chyba przez niego ułożonych, ale przewijało się tam za co nas tak pokarało, w znaczeniu, że Żnin nie ma dotąd swojego posła. Kampania była dla mnie bardzo wyczerpująca, schudłem 5 kilogramów (i dobrze). Przez całą kampanię w pierwszej i drugiej turze czułem wsparcie ludzi ze Żnina.
     - Czy zgadza się pan z opinią, że 4 czerwca jest dniem zwycięstwa nad komunizmem w Polsce i czy dzień ten powinien być obchodzony jako święto państwowe?
     - Wprawdzie swego czasu aktorka Joanna Szczepkowska ogłosiła 4 czerwca 1989 r. końcem komunizmu w Polsce, ale ja nie do końca się z tym zgadzam. Było to wygranie potężnej bitwy, ale zwycięstwo nie było pełne. Nie bez słuszności mówimy dzisiaj o tak zwanej postkomunie. Ona istnieje. Wielu ludzi władzy PRL-u i niestety także części Solidarności rozsiadło się wygodnie, mają się dobrze i hamują. Niestety, opary komuny tkwią też wśród wielu z nas. W tym czasie się wychowaliśmy, wzrastaliśmy, więc brzemię tamtych czasów w mniejszym lub większym stopniu w nas tkwi. Kiedy mówiłem o Polsce naszych marzeń oraz że nie wiem, kiedy Polska taka będzie, przypuszczałem, że zbudują ją młodzi ludzie, niemający podobnych obciążeń. My jednak powinniśmy oddać w ich ręce Polskę silną i bezpieczną, by oni nie musieli toczyć tej walki całkiem od nowa. Mam nadzieję, że kiedyś nastanie taki zwycięski dzień, który będzie można ogłosić świętem państwowym, ale to jeszcze nie ten czas.
     - Co zdecydowało o tym, że komunizm w Polsce upadł?
     - Najważniejsze to: wybór papieża Jana Pawła II na Stolicę Piotrową i jego pielgrzymki mobilizujące Polaków, wskazujące na najważniejsze wartości i przypominające Polakom o ich korzeniach; Solidarność i jej działania; odwieczna tęsknota Polaków do wolności; krach gospodarczy w ZSRR i krajach satelickich; postawa Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza pod przywództwem prezydenta Ronalda Reagana.
     - Kilka dni temu zmarł generał Wojciech Jaruzelski, wybrany na pierwszego prezydenta wolnej Polski przez Sejm, w którym pan zasiadał. Czy jego wybór był wynikiem kompromisu pomiędzy posłami „Solidarności” a posłami PZPR?
     - Nie głosowałem na generała Jaruzelskiego, gdy stawał do wyboru prezydenckiego. Nie miałem żadnej informacji na temat jakichkolwiek układów w sprawie tego wyboru. Sądziłem, że wszyscy posłowie Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, to jest posłowie Solidarności oraz nasi senatorowie (a było ich 99 na 100), będą głosować przeciwko.      Tak się niestety nie stało.
     - Pojawiła się dyskusja, czy generałowi Jaruzelskiemu powinien przysługiwać pogrzeb o charakterze państwowym [wywiad został przeprowadzony jeszcze przed pogrzebem - przyp. bw]. Jaka jest pana opinia na ten temat?
     - Nie uznaję takiego myślenia, którym, jak mi się wydaje, kierował się Wojciech Jaruzelski i wielu działaczy PZPR, że takie były czasy, ktoś musiał władzę sprawować, więc w dużym stopniu ich działania są usprawiedliwione. Bo nie są. To relatywizm, którego jestem wrogiem. Polska była zawsze moją ojczyzną, ale PRL nie był moim państwem. Generał Jaruzelski w moich oczach nie pełnił swoich obowiązków w imieniu Polaków. Wiele krwawych wydarzeń miało miejsce w Polsce, gdy on sprawował władzę w wojsku czy państwie. Przez pamięć tych ludzi nie uznaję jego prawa do splendorów ze strony obecnego państwa polskiego, bo nie dla tego państwa działał. Pogrzeb z honorami byłby zakłamaniem historii. Oceniłem tu jego czyny, a nie człowieka. Nie znałem go, nie znalem jego motywów, nie wiem czym się kierował. Człowieka może ocenić tylko Najwyższy, u którego każdy ma szansę, a więc i on, zwłaszcza że nie wiadomo, jakie miał z Nim relacje w ostatnim etapie życia.
     - Co traktuje pan jako swój osobisty sukces podczas sprawowania mandatu posła?
     - Poza grupą uczniów z Publicznego Gimnazjum nr 1 w Żninie i dzisiaj panem nikt mnie o moją działalność w Sejmie nie pytał. To dziwne, prawda?
Uchwalenie Ustawy o Systemie Oświaty z 7 września 1991 roku było moim dużym osobistym wkładem. Pierwsze podejście w Sejmie przed wakacjami zakończyło się legislacyjnym patem. Po poprawkach Senatu do projektu tej ustawy nie było wymaganej liczby posłów ani do jej przyjęcia, ani do jej odrzucenia. To był moment grozy. Wiedziałem, że będziemy niebawem kończyć kadencję. Mamy nie podjąć ustawy o systemie oświaty?! Po krótkiej chwili paraliżu, zwróciłem się do posłów nauczycieli z OKP, by in blanco podpisali mi zgodę na przedłożenie marszałkowi Sejmu nowego projektu ustawy. Zrobili to, bo widać mieli do mnie zaufanie. Taki projekt po kilku dniach bardzo wytężonej pracy marszałkowi przedłożyłem. Nie było już czasu na prace Komisji Sejmowej Edukacji i Postępu Technicznego nad zupełnie nowym projektem. Skorzystałem więc ze starego, eliminując kwestie będące w nim kością niezgody. Do nich należało na przykład umieszczenie tekstu dotyczącego fundamentalnych zasad wychowania dzieci i młodzieży. Zapisać to w preambule (wstęp do ustawy) czy w artykule pierwszym? Po konsultacji z prawnikami ustaliłem, że tekst, który ostatecznie znalazł się w preambule, odgrywa w niej ważniejszą rolę, niż gdyby był zamieszczony w artykule pierwszym. Preambuła jest duchem ustawy. Poważne kontrowersje dotyczyły też artykułu dwunastego ustawy, w którym zapisaliśmy, że szkoły i przedszkola publiczne organizują lekcje religii. Kluczowym było słowo organizują. Mimo nacisków, w tym także ze strony części posłów Solidarności, a konkretnie Unii Wolności, by zastąpić je słowem umożliwiają, nie poddałem się. Słowo organizują oznacza obowiązek umieszczenia religii w planie pracy szkoły, zaś umożliwiają - tylko oddanie na naukę religii pomieszczeń w szkole. To długa i ciekawa historia, jak do tego doszło, że ustawa została wtedy przyjęta. To był poważny sukces legislacyjny.

Andrzej Wybrański wydaje się być człowiekiem spełnionym w życiu publicznym, choć jest zdania, że po 1989 roku nie wszystko potoczyło się w Polsce tak, jak powinno

     fot. Bartosz Woźniak

     - A co było pana niepowodzeniem?
     - Do grupy posłów, do których i ja należałem, zwrócił się jeden z posłów z prośbą o przygotowanie projektu ustawy o ogrodach działkowych. Głównym celem było utworzenie samorządnych ogrodów działkowych na wzór międzywojenny, który wtedy dobrze się sprawdził. To wyeliminowałoby zbiurokratyzowane ówczesne władze ogrodów. Zgodę na przygotowanie takiego projektu wyraził jeden z posłów (prawnik marynarki wojennej), a my podpisaliśmy pismo do marszałka o przedłożeniu tego projektu in blanco, bo nazajutrz wyjeżdżaliśmy. Po kilku dniach pobytu w domu dotarła do mnie istna burza, która rozpętała się w kraju, i wieść, że mam w tym swój udział. Nie wiedziałem, o co chodzi. Okazało się, że dotyczy to projektu ustawy o ogrodach działkowych, a ja go jeszcze nie czytałem. Na spotkanie w Bydgoszczy poprosili mnie działkowcy zorganizowani przez władze ogrodów z różnych miejsc naszego województwa i na kolejne spotkanie działkowcy w Żninie. Pojechałem do Bydgoszczy, a projekt ustawy dostarczono mi już po rozpoczęciu spotkania. Walili tam we mnie jak w bęben. Nie miałem już możliwości zapoznania się z tym projektem. Przeczytałem go później. Był napisany niezręcznym, wojskowym językiem. Zgadzam się, że mógł wzburzyć działkowców. Próbowałem na tym spotkaniu wytłumaczyć, jakie miały być idee projektu, oraz to, że dopiero rozpoczną się nad nim prace, w czasie których obiecałem działkowcom udział. I że wszystko jeszcze można zmienić. Posłowie lewicy i szefowie ogrodów działkowych zauważyli szansę - jedni na wygładzenie swojego politycznego oblicza przed dużą grupą ludzi, czyli działkowcami i ich rodzinami, drudzy na zachowanie swoich fotelików. Nie mieli zamiaru ani jedni, ani drudzy mnie słuchać ani podjąć sensownych prac nad projektem tej ustawy. Dowodem jest to, że te prace do dzisiaj odbijają się wszystkim czkawką. Żałuję, że przez przedłużające się spotkanie w Bydgoszczy, na którym z upodobaniem zabierali głos głównie członkowie zarządów i inni wystawieni ludzie, by zyskać sobie popularność i dać w łeb posłom Solidarności, nie zdążyłem na spotkanie z działkowcami w Żninie. Mogłoby dojść do wspólnej, spokojnej rozmowy, w konsekwencji do podjęcia prac nad nieszczęsnym projektem i pewnie nie byłoby tej dzisiejszej czkawki. Losy potoczyły się jednak inaczej. Do dzisiaj pamiętam zadowoloną twarz jednego z moich kolegów nauczycieli z liceum, gdy ktoś zapytał mnie, co ostatnio na tapecie sejmowej, a ten szepnął, sądząc, że nie słyszę: ogródki działkowe.
     - Wśród pana dawnych znajomych ze Żnina pojawiają się głosy, że po wyborze na posła stał się pan mniej dostępny, trzeba się było z panem umawiać?
     - Nie sądzę, żebym się zmienił. Pełniłem dyżury poselskie, głównie w Żninie i w Inowrocławiu. Każdy, kto chciał, mógł przyjść na spotkanie, wymienić ze mną poglądy, przekazać swoje uwagi bądź żale. Oczywiście trzeba się było ze mną umawiać, bo nie zawsze byłem w Żninie, dzieliłem pracę w liceum z funkcją posła.
     - Co udało się panu zrobić dla regionu, z którego otrzymał pan mandat poselski?
     - Każdy poseł, oprócz udziału w tworzeniu prawa, ma również obowiązek działania na rzecz swojego regionu. Udało mi się pozyskać środki dla Regionalnego Centrum Onkologii w Bydgoszczy (dziś Centrum Onkologii); Akademii Medycznej w Bydgoszczy; Ośrodka dla Dzieci Niedosłyszących, wtedy mieszczącego się w Ostromecku; Szkoły Podstawowej nr 5 w Żninie, Zespołu Szkół Specjalnych nr 4 w Żninie, Szkoły Podstawowej w Rynarzewie, Szpitala Psychiatrycznego w Inowrocławiu, na rozpoczętą rozbudowę szpitala w Żninie (dziś ta część ma inne przeznaczenie). Tyle sobie w tej chwili przypominam. Dodam, że środki finansowe na Regionalne Centrum Onkologii pokrywały moce przerobowe przez 2 lata, czyli czas mojego pobytu w Sejmie.
     Z każdym z tych działań wiążą się ciekawe, czasami zabawne historie. Za długo by mówić o wszystkich. Powiem tylko o Regionalnym Centrum Onkologii. Kiedy powstał rząd Tadeusza Mazowieckiego, przesłuchiwaliśmy kandydatów na ministrów. Moim udziałem było przesłuchanie, między innymi, Leszka Balcerowicza, Jacka Kuronia i Andrzeja Kosiniak-Kamysza ze Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Grupa posłów Solidarności, czyli z OKP, postanowiła jeszcze przed przesłuchaniem dać temu ostatniemu negatywną opinię. Nie podobało mi się to. Stremowany na początku kandydat na ministra rozwijał ciekawie wypowiedzi o swojej wizji służby zdrowia, zwłaszcza, że przeszedł wszystkie szczeble awansu w tej dziedzinie. Musiałem w trakcie przesłuchań dalszych kandydatów wyjść bodaj do Ministerstwa Oświaty, więc przekazałem na piśmie przewodniczącemu tej komisji, również członkowi ZSL, że kandydata opiniuję pozytywnie. Była to jedyna pozytywna opinia ze strony posłów Solidarności. Przypuszczam, że przewodniczący komisji powiedział o tym Kosiniak-Kamyszowi i podejrzewam, że właśnie to zaowocowało dużymi pieniędzmi na Regionalne Centrum Onkologii w Bydgoszczy.
     Później, w czasie zwiedzania z moim udziałem, również innych licznych oficjeli i prasy, terenu budowy RCO przez Kosiniak-Kamysza, już wtedy ministra zdrowia, padło pod adresem kierownika budowy pytanie: Czy zdąży pan zakończyć tę budowę w ciągu dwóch lat? Budowa szpitala została wstrzymana jako inwestycja nierokująca szybkiego zakończenia, stąd pytanie ministra. Czekałem na to pytanie. Zanim kierownik budowy udzielił ministrowi odpowiedzi, powiedziałem: Wie pan, jeśli ukończenie tej budowy w ciągu dwóch lat nie jest możliwe, to pan minister nie będzie mógł dać panu pieniędzy. Szef budowy, nabierając powietrza w płuca, odpowiedział, że przy dobrej organizacji termin ten jest do zrealizowania. Wszyscy wiedzieliśmy, że tak nie będzie, ale to pozwoliło ministrowi przeznaczyć na budowę 25 miliardów złotych.
Przekazanie środków na inwestycje, które wymieniłem na początku, zawsze niosło ze sobą podobną historię, ale o tym może kiedy indziej.
     - Co uznaje pan za największy sukces Polski po 1989 roku?
     - Należy do nich wyprowadzenie wojsk sowieckich z Polski, wstąpienie do NATO i do Unii Europejskiej, rozwiązanie Wojskowych Służb Informacyjnych, wolne i demokratyczne wybory i choć z pewnym cieniem - uzyskanie wolności i suwerenności.
     - Jakie są największe niepowodzenia wolnej Polski i niezałatwione sprawy, które powinni rozwiązać rządzący?
     - Doszło do zlikwidowania wielu zakładów pracy, w tym przemysłu stoczniowego. Kuleje górnictwo. Zaniedbano dążenie do niezależności energetycznej.
     Nie zbudowaliśmy silnego i przyjaznego obywatelom państwa. Ważne instytucje państwowe nie są niezależne od aparatu władzy. Nie stworzyliśmy niezależnej politycznie administracji, czyli nie mamy właściwych służb cywilnych. Nie przygotowaliśmy ludzi do sprawowania funkcji politycznych i państwowych.
     Silną, niezależną od ośrodków władzy instytucję, to jest Najwyższą Izbę Kontroli, stworzył świętej pamięci Lech Kaczyński. Był człowiekiem niezależnym i w taką instytucję przekształcił NIK. Takie też na miarę jego możliwości tworzył państwo, gdy był prezydentem.
     Obecne elity polityczne zabrnęły w ślepy zaułek. Ciągłe swary osłabiają państwo. Ludzie to widzą. Trudno o dobre rozeznanie w sprawach publicznych przy takiej, jaką mamy, jakości informacji w mediach. Frekwencja wyborcza, zwłaszcza w kilku ostatnich wyborach, mówi wiele o stosunku ludzi do klasy politycznej.
     Mamy wysokie bezrobocie, złą politykę prorodzinną, a właściwie nie mamy jej wcale. Ubywa nas w kraju. Rodzi się coraz mniej dzieci, a wielu młodych ludzi emigruje wobec braku perspektyw w Ojczyźnie. Wyjechało już ponad 2 miliony Polaków. To jak kataklizm, jak wojna. Ci ludzie na szczęście żyją, ale nie dla Polski. Oni nie wrócą.
Nie mamy dobrej służby zdrowia, dobrej oświaty, sprawiedliwego sądownictwa. To przecież podwaliny każdego państwa. Sporo tych niepowodzeń. Może tyle wystarczy, żeby się tak nie pogrążać!
     - Czy to dobrze, że dziś jesteśmy we wspólnym organizmie politycznym z demokratycznymi krajami zachodu?
     - Mówiłem, że sukcesem Polski jest członkostwo w Unii Europejskiej. Uważam, że Europa, jeśli ma oprzeć się różnym naciskom ze wszystkich stron świata, powinna być zwarta. Europa powinna być silna siłą państw wchodzących w jej skład. Przetrwała wsparta na wartościach chrześcijańskich. Różne były koleje losu, ale te tak przecież humanitarne wartości zawsze zwyciężały. Jeśli Europa od nich odstąpi, przegra i stara cywilizacja zginie. Dobrze więc, że jesteśmy członkiem Unii Europejskiej, bo to daje pewną możliwość wpływania na jej kształt.
     Ostatnio postawa Unii wobec Ukrainy pozostawia wiele do życzenia. Niestety, relacje między państwami w Unii przypominają te sprzed lat. Nadal interesy poszczególnych państw przedkładane są ponad wspólnotę, ponad solidarność. Nie tędy droga. Myślę, że dla wielu europejskich polityków jest to widoczne. Dało to Unii możliwość poznania siebie i możliwość naprawy tego organizmu.
     - Dlaczego w wolnej Polsce zaprzestał pan działalności politycznej?
     - W 1993 roku podjąłem pracę w Najwyższej Izbie Kontroli i ze względu na status pracownika tej instytucji musiałem zrezygnować z działalności politycznej. Dziś, będąc już na emeryturze, działam politycznie jako członek Prawa i Sprawiedliwości. Społecznie - jestem wiceprezesem Zarządu Głównego Stowarzyszenia Katolickiego Ruch Kultury Chrześcijańskiej Odrodzenie z siedzibą w Poznaniu, a takżeczłonkiem Akademickiego Klubu Obywatelskiego im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Poznaniu.

 

Andrzej Wiesław Wybrański, ur. 3 XII 1943 r. w Radomiu. Absolwent Uniwersytetu Łódzkiego, Wydział Matematyczno-Fizyczno-Chemiczny (1965).

W latach 1965-1993 nauczyciel (1989-1990 wicedyrektor, 1990-1993 dyrektor) w Liceum Ogólnokształcącym im. Braci Śniadeckich w Żninie.

Od X 1980 r. w Solidarności (przedtem ZNP); od X 1980 r. wiceprzewodniczący Komitetu Założycielskiego Pracowników Oświaty i Wychowania, od XII 1980 r. wiceprzewodniczący Międzyszkolnej Komisji Zakładowej w Żninie; od 30 XI 1980 r. przewodniczący Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego (MKZ) w Żninie, od czerwca 1981 r. przewodniczący Oddziału Solidarności w Żninie; członek MKZ w Bydgoszczy, od VI 1981 r. w Zarządzie Regionu; VI-VIII 1981 r. delegat na I Walne Zebranie Delegatów (WZD) Regionu Bydgoskiego;  
IX/X 1981 r. delegat na I Krajowy Zjazd Delegatów (KZD).

Po 13 XII 1981 r. kolporter ulotek i plakatów. 20 I 1982 r. zatrzymany, osadzony w areszcie Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Bydgoszczy, 22 I 1982 r. aresztowany, osadzony w Areszcie Śledczym w Inowrocławiu, 17 II 1982 r. skazany przez Sąd Pomorskiego Okręgu Wojskowego w Bydgoszczy (z Piotrem Goltzem, Andrzejem Katulskim, Krzysztofem Malinowskim, Piotrem Najsztubem i Jerzym Winieckim) na karę 1,5 roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na 2 lata, 17 II 1982 r. zwolniony; 17 IV 1982 r. w wyniku apelacji uchylono warunkowe zawieszenie kary, 2 VII 1982 r. w wyniku rewizji Sąd Najwyższy uchylił wyrok, umarzając postępowanie karne.

W latach 1982–1989 szef podziemnej Solidarność w Żninie, 1982–1989 kolporter prasy podziemnej w Żninie (m.in. Tygodnik Mazowsze, Informator Bydgoski); 1984-1985 inicjator powołania w Wenecji k. Żnina tajnej drukarni (z Dominikiem Księskim, Bronisławem Gilem i Piotrem Badowskim). W latach 1985–1989 współorganizator Mszy za Ojczyznę i Tygodni Kultury Chrześcijańskiej w Żninie.

Od 12 I 1989 r. członek Komitetu Obywatelskiego (KO) w Bydgoszczy, w 1989 r. uczestnik kampanii wyborczej KO. W latach 1989-1991 poseł RP na Sejm X kadencji (tzw. Sejm Kontraktowy) wybrany z okręgu inowrocławskiego z listy KO; 1989-1993 przewodniczący Komisji Zakładowej w I LO w Żninie; XI-XII 1989 r. delegat na II WZD Regionu Bydgoskiego, w 1990 r. delegat na II KZD. W VII-VIII 1990 r. członek Wojewódzkiej Komisji Kwalifikacyjnej ds. weryfikacji b. funkcjonariuszy SB w Bydgoszczy. VII-XII 1993 r. doradca Prezesa Najwyższej Izby Kontroli; w latach 1994-2012 doradca ekonomiczny w Delegaturze NIK w Bydgoszczy. W latach 1998-2002 radny sejmiku województwa kujawsko-pomorskiego z listy AWS. Od 1 IX 2012 r. na emeryturze.

W latach 1990-1993 w Porozumieniu Centrum (do VII 1993 r. prezes Koła PC w Żninie). Od 1998 r. członek Ruchu Kultury Chrześcijańskiej Odrodzenie (od 2003 r. wiceprezes Zarządu Głównego). W 2013 r. został członkiem Prawa i Sprawiedliwości.

Odznaczony Brązowym Krzyżem Zasługi (1974), złotą odznaką ZNP (1978), medalem Solidarności - Założyciel Związku (1981), Złotym Krzyżem Zasługi (1991), Medalem Komisji Edukacji Narodowej (1992), odznaką Zasłużony Działacz Kultury (2001), Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2013).

źródło: Instytut Pamięci Narodowej

 

 

z Andrzejem Wybrańskim
rozmawiał
Bartosz Woźniak
Pałuki nr 1164 (23/2014)

Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry