Reklama w kalendarzu

Wybuch wojny skierował go do Wilna, gdzie bronił miasta przed Armią Czerwoną. W sowieckiej niewoli przed rozstrzelaniem uratował go Rosjanin. Po wymianie jeńców trafił do stalagu w Norymberdze, skąd został przeniesiony na podstawie dekretu Adolfa Hitlera do pracy w gospodarstwie rolnym. O jego wojennych losach dowiadujemy się między innymi z przejmujących listów do najbliższych.

Leonard i Leokadia (z Zielińskich) Marciniakowie, w dniu ślubu 11 września 1938 roku fot. archiwum rodzinne Marii Wiśniewskiej
Leonard i Leokadia (z Zielińskich) Marciniakowie, w dniu ślubu 11 września 1938 roku fot. archiwum rodzinne Marii Wiśniewskiej

     Tytuł może wywoływać przypuszczenie, że są to kartki z podróży turystycznej do Norymbergi. Będzie to wprawdzie podróż, tyle, że do czasów II wojny światowej. Nie są to bowiem zwykłe karty pocztowe, ale listy i karty jenieckiej poczty wojennej, wysyłane ze Stalagu XIII A w Norymberdze.
     Pisane były do żony i córki przez polskiego żołnierza - jeńca tego niemieckiego obozu. Przynosiły bezcenną wiadomość, że żyje, a z nią nadzieję, że do nich wróci. Przekazane zostały mi przez kuzynkę Marię Wiśniewską z Poznania, córkę ich autora wraz z przesłaniem - wykorzystania jako źródła wzbogacenia wiedzy o niewoli polskich żołnierzy podczas II wojny światowej i zachowania o nich pamięci. Losy wojenne i pobyt w niewoli jej ojca są podobne do losów tysięcy polskich żołnierzy, walczących w wojnie obronnej 1939 roku. Z tą może szczęśliwą różnicą, że był wśród tych, którym dane było przeżyć wojnę i powrócić do rodziny.

     OBRONA WILNA
     Już od wiosny 1939 roku, wśród społeczeństwa narastało przekonanie o przygotowywaniu się Niemców do agresji na Polskę. Silna koncentracja ich wojska wzdłuż granicy i sytuacja międzynarodowa, wymusiły powszechną mobilizację. Ogłoszono ją jednak zbyt późno, bo dopiero 30 sierpnia 1939 roku.
     Dwa dni wcześniej, 28 sierpnia 1939 roku, zmobilizowany został rezerwista Leonard Marciniak (1906-1970), rolnik z Gałęzewka, w powiecie żnińskim. W latach 20. odbył zasadniczą służbę wojskową w pułku artylerii w Toruniu. Natychmiast po mobilizacji, wraz ze swoim oddziałem przerzucony został do Wilna, do zorganizowanego tam obozu warownego. Było to odpowiednio zabezpieczone miejsce pobytu wojska, w warunkach polowych. Wcielenie do wojska i wkrótce potem inwazja niemiecka, a następnie sowiecka, stały się dla niego szczególnie tragicznym wydarzeniem. Dokładnie rok przed wybuchem wojny, 1 września 1938 roku założył rodzinę, poślubiając Leokadię Zielińską. Zamieszkali w domu, otrzymanym przez Leokadię od dziadków Płockich, który później nazwali Pod brzózkami. 14 czerwca 1939 roku przyszła na świat ich córka Maria Magdalena. Po zaledwie dwóch i pół miesiącach po urodzeniu się dziecka, powołano go do wojska. Na gospodarstwie pozostawił żonę i malutką córeczkę.
     Na wieść o wkroczeniu 17 września 1939 roku Armii Czerwonej w granice Rzeczypospolitej i skierowaniu jej 3. Armii w kierunku Wilna, polskie oddziały wojskowe, znajdujące się na jego przedpolu, wycofały się do miasta, aby przygotować je do obrony. Przewaga liczebna i techniczna wroga oraz użycie przez niego czołgów sprawiły, że pomimo umiejętności polskich żołnierzy, między innymi prowadzenia ognia przez artylerzystów wzdłuż wąskich ulic, Wilno 19 września 1939 r. zostało poddane.

Dom „Pod brzózkami“ w Gałęzewku w 2005 roku fot. Maria Wiśniewska
Dom „Pod brzózkami“ w Gałęzewku w 2005 roku fot. Maria Wiśniewska

     URATOWANY PRZEZ ROSJANINA
     Wśród żołnierzy 19. Pułku Artylerii, wziętych w tym dniu do niewoli i następnie osadzonych w obozie w Kozielcach, był Leonard Marciniak. Przebywał w nim ponad miesiąc.
     Tylko wielkiemu szczęściu graniczącemu z cudem zawdzięcza, że wówczas nie zginął. W obozie, w którym przebywał, Rosjanie proponowali jeńcom polskim, że będą ich samochodami podwozić pod linię rozgraniczającą okupowaną Polskę między ZSRR a Niemcami, gdzie ich wypuszczą i skąd będą mieli bliżej do swoich domów. Wielu jeńców dało się na te wyjazdy namówić.
     Leonard Marciniak, który był człowiekiem spokojnym, nie działającym impulsywnie, nie spieszył się z wejściem na platformę samochodu, która szybko zapełniła się polskimi żołnierzami. Wśród nich był również jego kolega z Wenecji w powiecie żnińskim Michał Zabłocki. Marciniak nie mogąc się zdecydować stanął obok kierowcy ciężarówki - Rosjanina, który mu szepnął, że jeśli chce żyć niech nie wsiada. Zrozumiał szybko, że są to transporty ludzi wywożonych na rozstrzelanie. Udało mu się jeszcze w ostatniej chwili ściągnąć z samochodu Zabłockiego, który wielokrotnie, kiedy prawda wyszła na jaw, dziękował za uratowanie życia.

Karta pocztowa przesłana przez Leonarda Marciniaka ze stalagu do żony Leokadii i córki Marii fot. ze zbiorów autora
Karta pocztowa przesłana przez Leonarda Marciniaka ze stalagu do żony Leokadii i córki Marii fot. ze zbiorów autora

     NIEWOLA W NORYMBERDZE
     W ramach wymiany jeńców rosyjskich na polskich, został przekazany 3 listopada 1939 roku Niemcom przez Rosjan i 10 listopada 1939 roku dotarł w wagonie towarowym do stalagu XIII A, znajdującego się w Norymberdze, na przedmieściu Langwasser. Nadano mu numer jeniecki 23428 i przydzielono do Arbeitskommando 238.
     Norymberga jest starym, sławnym niemieckim miastem Albrechta Dürera i reformacji. W latach 30. XX wieku, stała się głównym ośrodkiem hitlerowskiego faszyzmu, duchową stolicą nazizmu i tysiącletniej Rzeszy. W 1935 roku, uchwalonym przez niemiecki Reichstag rasistowskim ustawom: O obywatelstwie Rzeszy i O ochronie czci i krwi niemieckiej, nadano nazwy ustaw norymberskich. Tutaj toczył się w latach 1945-1946, przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości, proces przeciwko głównym zbrodniarzom wojennym. W czasie II wojny światowej w Norymberdze był obóz jeniecki (stalag), w którym przebywali polscy żołnierze.
     W stalagach (Mannschaftstannlager) osadzano wziętych do niewoli podoficerów i szeregowych Wojska Polskiego. Zdolnych do pracy wcielano do Arbeitskommando, liczących od kilkunastu do kilkuset żołnierzy. Jeńców kwaterowano w barakach, w których panowała olbrzymia ciasnota. Często brak słomy do sienników zastępowano skrawkami papieru. Do przykrycia w czasie snu, jeńcy otrzymywali po jednym kocu. Najbardziej jednak jeńcom dawał się we znaki głód. Dzienna racja wynosiła 250-300 gramów chleba, 20 gramów margaryny, 40 gramów tzw. dodatków, 0,3 l ziółek, szumnie zwanych przez Niemców herbatą, 0,75 l zupy, najczęściej z brukwi i jarmużu oraz kilka ziemniaków w łupinach. Jeńcom za najmniejsze przewinienie obniżano racje żywnościowe. Byli stale głodni. Ratowały ich paczki przesyłane z kraju przez rodziny. Bez nich wielu zginęłoby śmiercią głodową. Pierwsze paczki z kraju zaczęły nadchodzić w grudniu 1940 roku. Były to raczej paczuszki o wadze 250 g, bo na takie tylko zezwalali Niemcy. Później wyrażono zgodę, by jeniec mógł otrzymać dwa razy w miesiącu pięciokilogramową paczkę żywnościową i raz w miesiącu paczkę odzieżową. Mimo pomocy żywnościowej z kraju, w stalagu często były długie okresy głodu. Coraz więcej jeńców chorowało na szkorbut i puchlinę głodową. Coraz więcej ich umierało. Zmuszani byli do katorżniczej, wyniszczającej pracy, często po 16 godzin na dobę. Za pracę otrzymywali bardzo niskie płace. Na przykład w rolnictwie za dzień pracy 54 fenigi. Stosunek ludności niemieckiej do jeńców był wrogi.
     POD NADZOREM CENZURY
     Pobyt w stalagu przesycony był tęsknotą za rodziną, wolnością i krajem. Nieustannie więc czekano na listy, szczególnie od rodziny. Wielokrotnie odczytywane, przechowywane były jak najdroższa pamiątka.
     Jeńcy wysyłać mogli przeciętnie dwa listy i dwie karty miesięcznie. Pisać je musieli na poliniowanych blankietach, wydawanych przez niemiecką pocztę obozową. Każdy list i karta zawierały blankiet zwrotny na odpowiedź, który jeniec adresował sam do siebie. Tylko na tych blankietach mogli do niego pisać krewni i znajomi. Wolno było pisać tylko ołówkiem, czytelnie i na wydrukowanych liniach.
     Listy wysyłane przez jeńców i otrzymywane przez nich, poddawane były cenzurze i pieczętowane czerwonym napisem Geprüft, z numerem cenzora. Cenzorzy listów, którymi byli volksdeutsche lub Ukraińcy, znający język polski, wykreślali wszystko co było podejrzane. Szczególną uwagę zwracali na informacje mogące świadczyć o przygotowaniach do ucieczki, kontaktach z ruchem oporu, wiadomości o sytuacji w Niemczech, Polsce i obozie. Jeńcy wysyłający lub otrzymujący takie listy byli wzywani do Abwehry, która zarządzała obozem. Wówczas wstrzymywano ich pisanie i grożono wydaniem w ręce gestapo. Mimo to udawało się przekazać wiele zakazanych wiadomości, szczególnie o warunkach pobytu w obozie.

Karta pocztowa przesłana przez Leonarda Marciniaka ze Stalagu do żony Leokadii i córki Marii fot. ze zbiorów autora
Karta pocztowa przesłana przez Leonarda Marciniaka ze Stalagu do żony Leokadii i córki Marii fot. ze zbiorów autora

     LISTY DO NAJBLIŻSZYCH
     Leonard Marciniak starał się tak redagować listy, aby odczytać z nich można było więcej, niż było z pozoru napisane. Z jego dziewięciomiesięcznego pobytu w stalagu w Norymberdze (od listopada 1939 do lipca 1940 roku), zachowało się napisanych przez niego 14 kart i 7 listów. Do żony i córki napisał 19 kart i listów. Dwie karty pocztowe wysłał do wuja żony - Jana Płockiego, do Berlina, prosząc o pomoc w zwolnieniu ze stalagu. Prośby te okazały się bezskuteczne. Za wysłanie listu płacił 5 fenigów, a karty pocztowej 2 fenigi.
     Pierwszą kartę pocztową, z datą stempla 15.11.39, wysłał Leonard Marciniak zaraz po przybyciu do stalagu, informując, że jest zdrowy i prosi o wiadomość o rodzinie. W kolejnym liście donosi, że przez długi okres nie było wolno pisać i nie docierała do nich żadna korespondencja. Pisze, że bardzo tęskni i oczekuje listów: ...tęskno do Ciebie, bo wiesz Lodko, że ja nikogo nie mam, tylko Ciebie.
     Brak wiadomości od najbliższych źle wpływał na psychikę jeńców, którzy obawiali się o rodzinę, przewidując najgorsze. W każdej swojej korespondencji dziękował za otrzymane wiadomości, prosząc o dalsze i jak najczęstsze. Za pośrednictwem żony dziękował również jej siostrom: Helenie za paczki i listy oraz Teresie za listy. Zawsze był ciekawy, co się dzieje w rodzinie: ...jak się chowa nasza Marylka, czy jest zdrowa? Wciąż myślę o Was i Waszej ciężkiej niedoli. Pytał, co słychać u najbliższych krewnych: ...co tam robią Żniniaki, z Kaziem widziałem się w ten czas na dworcu - wspominał odprowadzającego go na dworzec, kiedy wyjeżdżał do wojska, swego szwagra Kazimierza Zielińskiego.
     Udawało mu się przekazywać informacje zakazane np., że na początku służby, po mobilizacji był w Wilnie, że był w stalagu z Zabłockim z Wenecji, który jednak zachorował na ślepą kiszkę i został odwieziony do szpitala. Teraz w obozie jest z Kokochą z Podgórzyna.
     W liście z 6.2.40 roku pisze: My się teraz spodziewamy, że wyjedziemy do bauerów, ale nie wiadomo kiedy. Dziękując za paczkę z piernikami pisał: ...bardzo się ucieszyłem, ale takiego czegoś to najlepiej nie wysyłać, bo to Was za drogo kosztuje, a gdyby przepadło to szkoda, najlepiej to kawał chleba, bo to najmniej kosztuje, a nam najwięcej pomoże.
     Zawsze wyrażał wdzięczność za przesłane listy: ...nie masz pojęcia z jaką radością odbieram każdy liścik, zaraz go też parę razy przeczytam i w ładny papierek wszystkie zawinę i mam schowane, tak jak Ty pieniążki. Żali się, że za mało ich otrzymuje. Momentami traci nadzieję na rychłe zwolnienie z niewoli. Martwi się, jak sobie żona radzi sama z małą córeczką.
     Nigdy nie pisał wprost, że w obozie panował głód, bo nie mógł, ale takie zdanie, w jednym z listów na to jednoznacznie wskazywało: ...byłbym bardzo zadowolony, gdyby mi chociaż co dwa tygodnie przysyłano jakiś stary bochenek chleba, ale cóż zrobić, już to tak jakoś musi być. W następnym liście pisze, jakby chciał uspokoić żonę: Kochana Lodzinko piszesz, że wysłałaś paczuszkę, ale ja Cię proszę, nie odejmuj sobie od ust, bo sama za dużo nie masz, a ja już jakoś to przecierpię.
     Ciągle oczekiwał wiadomości o krewnych. Między innymi zapytywał: A Kaziu, czy jeszcze ma interes? Ciekawy był, czy jego szwagier Kazimierz Zieliński prowadzi nadal przedsiębiorstwo handlu zbożem i nasionami w Żninie. Niestety, było już wówczas przez Niemców zlikwidowane.
     W liście datowanym 10.5.40 pisze, że pracuje teraz u gospodarza: ...dzięki Bogu mam do jedzenia dosyć i ludzie też są dobrzy, też są katolicy. Ale roboty też nie brak.

Kanonier Leonard Marciniak z pułku artylerii w Toruniu (ok. 1925 r.) fot. archiwum rodzinne Marii Wiśniewskiej
Kanonier Leonard Marciniak z pułku artylerii w Toruniu (ok. 1925 r.) fot. archiwum rodzinne Marii Wiśniewskiej

     DO CYWILA NA GOSPODARSTWO
     W ostatnim liście, pisanym 1.7.40, a wysłanym przez pocztę w stalagu dopiero 16.7.40 informuje: Teraz mają nas przebrać za cywili i mamy tu dalej być, aż do ostatecznego zwolnienia. Wiadomość ta niestety okazała się prawdziwa. Wobec dotkliwego braku rąk do pracy w III Rzeszy, Hitler wydał na wiosnę 1940 roku dekret, na podstawie którego polscy szeregowi i podoficerowie byli zwalniani z niewoli i przenoszeni na status przymusowych robotników cywilnych. Szykanami zmuszano ich do podpisania zobowiązań pracy. Było to równoznaczne z utratą przysługujących praw wynikających z międzynarodowych konwencji, dotyczących traktowania jeńców wojennych. Leonard Marciniak został zwolniony ze stalagu 8 lipca 1940 roku i wraz z trzema innymi polskimi jeńcami skierowany do przymusowej pracy jako robotnik cywilny w gospodarstwie rolnym Jakoba i Anny Koller w Bawarii, w miejscowości Enzlar. Pracował tam do końca wojny w 1945 roku.
     W czasie swojej przymusowej, pięcioletniej pracy w Enzlar, Leonard Marciniak napisał bardzo wiele listów do żony i córki. Pisał je w każdą niedzielę. Były również ocenzurowane. Udało mu się jednak przemycić w nich między wierszami sporo szczegółowych faktów ze swego pobytu w stalagu. Były to najczęściej krótkie, jedno lub dwuzdaniowe informacje, wtłaczane w opis jego pobytu i pracy w gospodarstwie rolnym. Zasługują na oddzielną publikację.
     POWRÓT DO OJCZYZNY
     Ewakuacja do kraju polskich jeńców wojennych Stalagu XIII A, pracujących przymusowo w Niemczech, nastąpiła w czerwcu 1945 roku. W dniu 29 czerwca 1945 roku przybyli do Lipska, skąd byli wysyłani w różne rejony Polski.
     Grupa jeńców, w której był Leonard Marciniak, została po dwóch tygodniach przetransportowana na Dolny Śląsk, w okolice Wrocławia, gdzie byli zatrudnieni przy zagospodarowaniu przejętych terenów niemieckich. Do rodziny w Gałęzewku wrócił dopiero 21 lipca 1945 roku.
     Ciekawe i wzruszające karty pocztowe oraz listy Leonarda Marciniaka ze stalagu, które z wielką uwagą przeczytałem, zbliżyły mnie do niego. Pozwoliły poznać jako człowieka wielkiej uczciwości i dobrego Polaka. Są cennym świadectwem czasów wojny, przedstawiającym życie polskiego żołnierza w niemieckiej niewoli.

Damian Zieliński
Pałuki nr 1297 (51/2016)


Źródła:
Kriegsgefangenenpost, Stalag XIII A, Jeniecka Poczta Wojenna, karty pocztowe i listy pisane przez Leonarda Marciniaka do żony i córki od 15.11.39 do 16.7.40, ze zbiorów autora;
Centralne Muzeum Jeńców Wojennych w Łambinowicach - Opolu, WAST sygn. 4137, s.14;
Juliusz Pollack: Jeńcy polscy w hitlerowskiej niewoli, Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, 1986;
Informacje córki Marii Wiśniewskiej z Poznania.

 

Podobne teksty:

...jaki też ten nasz los jest okrutny

Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry