- Był to już ostatni pokos, bo wcześniej udało się już niemal wszystko zrobić na tych żniwach. Tato to kosił kosą, a mama i mój brat wiązali za górką na tym polu snopki. Ojca nie widzieli. W pewnym momencie usłyszeli strzał. „Mama, tatę zabili“ - przestraszył się Tadeusz. No, co ty synek mówisz - skarciła go mama. Niedaleko był taki las - dąbrowa. Brat tam pobiegł. Za tymi dębami było gospodarstwo ukraińskie i oni go tam przechowali. A mama przy lasku zobaczyła z oddali mężczyznę z kosą. Myślała, że to jej mąż. Jaśku! - krzyknęła za nim. On się odwrócił, ale to nie był nasz tato, tylko bandyta przebrany za rolnika, trzymał kosę. Z lasu wyszło następnych kilku tych bandziorów. Zaczęli ją szarpać, bić, wciągnęli mamę do tego lasu. I tam ją zamordowali - opowiada Władysław Strzałka z Wawrzynek, który w czasie rzezi wołyńskiej stracił rodziców, ale sam z rodzeństwem cudem uniknął śmierci.

Władysław Strzałka nie pamięta wszystkiego, bo w 1944 r. miał 8 lat. Jednak relację z wydarzeń w Pawlikówce, Wojniłowie i Kałuszu spisał później jego starszy brat, Michał. Dzięki tej relacji pan Władysław mógł uzupełnić własne wspomnienia. fot. Karol Gapiński
Władysław Strzałka nie pamięta wszystkiego, bo w 1944 r. miał 8 lat. Jednak relację z wydarzeń w Pawlikówce, Wojniłowie i Kałuszu spisał później jego starszy brat, Michał. Dzięki tej relacji pan Władysław mógł uzupełnić własne wspomnienia. fot. Karol Gapiński

     Władysław Strzałka jest mieszkańcem Wawrzynek od drugiej połowy lat czterdziestych ub. w. Przez całe swoje dorosłe życie zżył się z lokalną społecznością. W pobliskich Redczycach rozpoczął swoją edukację, potem pracował w tej szkole jako nauczyciel, a przez 21 lat jako dyrektor. Później prowadził z żoną Marią rodzinny dom dziecka, co w latach siedemdziesiątych było jeszcze dość rzadkim przedsięwzięciem w zakresie wychowania dzieci, których los pozbawił biologicznych rodziców.
     Trauma z dzieciństwa
     Przez długie lata PRL-u Władysław Strzałka (ur. 1936 r.) niespecjalnie mógł opowiadać o swojej traumie z dzieciństwa. Podobnie, jak jego starszy brat Michał (ur. 1925, obecnie już nie żyje), który po wojnie trafił także do Wawrzynek. Ten drugi miał w pamięci szereg nazwisk. Ze względów politycznych nie można ich było ujawniać, a tym bardziej szukać zadośćuczynienia. Osoby te wówczas w większości jeszcze żyły.
     Z kolei po roku 1989 panowie nie bardzo chcieli wracać wspomnieniami do wydarzeń z 1944 r.
     Dopiero kilka lat przed swoją śmiercią Michał Strzałka spisał odręcznie swoje wspomnienia na kartkach papieru. Pismo jest mało czytelne, ale Władysław Strzałka bez kłopotów je odczytuje. Zdążył się rozeznać w charakterze pisma swego brata.

Tadeusz Strzałka, gdy miał 12 lat, był świadkiem mordu na rodzicach. Po wojnie trafił do Wrocławia, gdzie podjął pracę i nawet przesyłał Władysławowi do Wawrzynek pieniądze na zakup przyborów szkolnych. Tadeusz zmarł w 1951 r. mając 19 lat. Jego portret zdobi ścianę w korytarzu domu Marii i Władysława Strzałków. fot. arch.
Tadeusz Strzałka, gdy miał 12 lat, był świadkiem mordu na rodzicach. Po wojnie trafił do Wrocławia, gdzie podjął pracę i nawet przesyłał Władysławowi do Wawrzynek pieniądze na zakup przyborów szkolnych. Tadeusz zmarł w 1951 r. mając 19 lat. Jego portret zdobi ścianę w korytarzu domu Marii i Władysława Strzałków. fot. arch.

     Na kresach
     Rodzice pana Władysława: Jan ur. w 1904 r. i Stefania ur. w 1906 r. mieszkali w Pawlikówce, gmina Wojniłów, powiat Kałusz, województwo stanisławowskie. To dawne Kresy Wschodnie II Rzeczypospolitej. Około 100 km od Lwowa. Rodzina Strzałków mieszkała tam od pokoleń. Zajmowali się rolnictwem - gospodarowali na 11 ha.
     - Nasza wieś była duża. Była karczma, sklepy. Tym trudnili się Żydzi. Najwięcej jednak było mieszkańców narodowości ukraińskiej, a nas - Polaków, chyba najmniej. Jak pamiętam z dzieciństwa, przez lata nie miało to żadnego znaczenia, bo wszyscy żyliśmy w zgodzie. Może Żydzi żyli trochę osobno, we własnym kręgu. Ale byliśmy dobrymi sąsiadami. Tak samo, gdy chodzi o nasze kontakty z Ukraińcami. Ludzie spotykali się wieczorami w domach swoich sąsiadów. Jedni obchodzili święta drugich i na odwrót. Niesnasek żadnych nie było. Ja przynajmniej nie pamiętam. Ale później coś się stało - opowiada Władysław Strzałka.
     Nadszedł rok 1944
     Do 1943 r. nie było w jego wsi żadnych organizacji, czy agitatorów narodowych ze środowisk ukraińskich. Pojawili się dopiero wtedy, gdy zaczęły docierać informacje o niepowodzeniach Niemców na froncie wschodnim i ofensywie radzieckiej. Nadszedł 1944 rok. Ukraińskie bandy zaczęły podpalać polskie domy. - Ponieważ te podpalenia zdarzały się coraz częściej, to ojciec z najstarszym moim bratem wykopali niedaleko naszego domu, pod lasem taki bunkier. My wieczorami chodziliśmy tam się ukrywać. Wchodziliśmy do tej dziury i przykrywaliśmy świerkiem. Baliśmy się bowiem, że nas spalą żywcem, gdy będziemy w domu - wspomina Władysław Strzałka.
     W środę wielkanocną podpalonych zostało kilka polskich domów w Pawlikówce, ale też w sąsiednich miejscowościach: w Baranówce, Czernyszewce i innych. Zamordowane zostało jedno polskie małżeństwo na oczach ich 2 córek i syna. Mordercą był Stecko - sąsiad tych Polaków.

Wujek Jan Strzałka fot. arch.
Wujek Jan Strzałka fot. arch.

     Ucieczka
     Społeczność polska z okolicznych wsi zaczęła uciekać do Kałusza. Pozostali zamieszkali w niespalonych domach. Niedaleko był już front i liczyli na to, że niedługo wejdą Rosjanie, a oni będą mogli odbudować swoje domy.
     Rodzinę Strzałków po tym, jak banda spaliła ich dom, przyjął Ukrainiec Łuczak z Wojniłowa. Michał przeniósł tam pozostały inwentarz, który ocalał. Z Wojniłowa wyjechali do Kałusza. Przyjęła ich kuzynka, która miała piętrowy dom - na parterze prowadziła sklep a na piętrze było mieszkanie.
     - To było już po tym, jak wkroczyła Armia Czerwona. Niby miasto było wyzwolone, ale nie czuliśmy się tam bezpiecznie. Ciągle zaczepiali nas Rosjanie i wygrażali palcami, potrząsali bronią. Ci Rosjanie przychodzili też do nas nocami, wchodzili na górę, ja mieszkałem w jednej izbie z bratem, a oni nam wygrażali: „Poczekajcie Polaczki, my pamiętamy 1920 rok i odpłacimy się“. Ja miałem wtedy raptem 8 lat. Przerażali mnie ci żołnierze. Michał wcielony został do takiego batalionu rosyjskiego - to nie był regularny oddział, tylko taka milicja. Miał być zaciągnięty do wojska, ale ostatecznie trafił do tej bojówki milicyjnej - snuje dalej swą opowieść Władysław Strzałka.
     Podstęp

     Ojciec rodziny Jan Strzałka chodził na miejski targ. Tam przyjeżdżali z płodami rolnymi m.in. jego znajomi Ukraińcy z Pawlikówki. - „Słuchaj Janek. Przyjeżdżaj do siebie. Przecież masz rodzinę, musisz ją wyżywić. Tam u ciebie na polu zboże dojrzewa. No i kto to skosi? Przecież szkoda tego“. Tak namawiali mojego ojca, by wrócił do Pawlikówki. A mój brat - Michał mówił: Tata, nie wierz im. Oni chcą cię tam wciągnąć w pułapkę - wspomina Władysław Strzałka.
     Jego ojciec wahał się, ale ostatecznie postanowił pójść do Pawlikówki na żniwa. - Chodził do tej pracy z moją mamą i drugim moim bratem, Tadeuszem (ur. w 1932, ale zmarł w młodym wieku kilka lat później na ziemiach odzyskanych - przypis kg). Był to już ostatni pokos, bo wcześniej udało się już niemal wszystko zrobić na tych żniwach. Tato to kosił kosą, a mama i mój brat wiązali za górką na tym polu snopki. Ojca nie widzieli. W pewnym momencie usłyszeli strzał. „Mama, tatę zabili“ - przestraszył się Tadeusz. „No co ty synek mówisz“ - skarciła go mama. Niedaleko był taki las - dąbrowa. Brat tam pobiegł. Za tymi dębami było gospodarstwo ukraińskie i oni go tam przechowali. A mama przy lasku zobaczyła z oddali mężczyznę z kosą. Myślała, że to jej mąż. „Jaśku!“ - krzyknęła za nim. On się odwrócił, ale to nie był nasz tato, tylko bandyta przebrany za rolnika, trzymał kosę. Z lasu wyszło następnych kilku tych bandziorów. Zaczęli ją szarpać, bić, wciągnęli mamę do tego lasu. I tam ją zamordowali. Tak przynajmniej opowiedział później ten Ukrainiec mieszkający w sąsiedztwie pola, u którego schronił się wtedy Tadeusz - opowiada Władysław Strzałka.
     Jego ojciec zginął kilka minut wcześniej rzeczywiście od strzału, który Stefania i Tadeusz usłyszeli wiążąc snopki. Prawdopodobnie bandyci ukraińscy zabili go strzelając z daleka z tego powodu, iż obawiali się, że może mieć broń palną, jako ojciec Michała, wcielonego do batalionu, który miał pilnować porządku. W jaki dokładnie sposób została zamordowana Stefania Strzałka, tego nie wiadomo.

Stefania Strzałka fot. arch.
Stefania Strzałka fot. arch.

     Zostali sami
     Po kilku godzinach przerażony Tadeusz wrócił do swego rodzeństwa: Władysława - naszego obecnego rozmówcy, najstarszego Michała oraz Marysi i Zosi. Opowiedział im o całej tragedii.
     - Usłyszawszy relację Tadeusza, Michał nas zabrał na komendę radziecką, powiedział im, co się stało. Tam żeśmy przenocowali pierwszą noc. Następnego dnia brat prosił tych milicjantów, żeby pojechali z nim na pole, zabrać zwłoki naszych rodziców, aby móc ich pochować. Ci Rosjanie nie chcieli tam jechać, bo się bali ukraińskich bandytów. Wtedy Michał postanowił sam iść po ciała rodziców. Jednak natknął się na sołtysa Wojniłowa, Ukraińca, który nazywał się Bas. Sołtys mu powiedział: „Michał, co ty chcesz zrobić? Przecież ci bandyci tylko na ciebie czekają, by cię zabić. Przecież ty jesteś teraz najstarszy w rodzinie. Masz dwie siostry, dwóch braci. To nimi musisz się opiekować.“ No i w ten sposób przekonał Michała, by nie szedł na to pole - mówi Władysław Strzałka.
     Co prawda Tadeusz, który wrócił poprzedniego wieczora, po tym, jak zamordowali rodziców, wyszedł ze wszystkiego bez szwanku, ale wkrótce okazało się, że mniej szczęścia mieli ci, którzy mu wtedy pomogli, udzielając schronienia w swoim gospodarstwie pod lasem. - To było małżeństwo Ukraińca i Polki. Mieli troje dzieci. Oni przykryli ciała naszych rodziców gałęziami świerkowymi. Później jednak przyszli do nich ukraińscy bandyci. Tę polską żonę Ukraińca zabili, podcinając gardło. A jego przywiązali i podpalili. Zanim umarł, to męczył się długo. To zresztą był jeden ze sposobów tych bandytów, że robili z ludzi żywe pochodnie i się cieszyli krzycząc: „o, patrzcie, jaka ładna, rozświetlona alejka!“ - opowiada Władysław Strzałka.
     Musieli udawać ukraińców
     Do Kałusza było 18 km. Michał Strzałka miał na przechowaniu u znajomych Ukraińców trochę pszenicy i żyta. Znajoma Ukrainka powiedziała Strzałkom, żeby udawali zwykłych Ukraińców w razie, gdy napotkają bandę ukraińską. Mieli wtedy mówić, że byli wcześniej wysiedleni z Kałusza przez Niemców, i że niby teraz, gdy Niemców już nie ma, to wracają do Kałusza. Siostry: Marysia i Zosia zostały przez Michała ulokowane na przechowanie u ukraińskich sióstr zakonnych w Wojniłowie. Chłopcy, czyli 19-letni Michał, 12-letni Tadeusz i 8-letni Władysław mieli do Kałusza dostać się sami.
     - Tylko to nas mogło uratować, że każdy z nas, od dziecka mówił i po polsku i po ukraińsku - bez akcentu. W razie czego mogliśmy udawać Ukraińców. Brat zorganizował wóz konny, na który dobytek załadował. Poza tym trochę posiadanych przez rodzinę sprzętów. Michał miał też karabin, włożył go pod wóz i miał też dwa siekane granaty, które schował do kieszeni. Droga wiodła przez las. Konie były słabe. Stanęliśmy. Brat odłamał z drzewa i dał mi leszczynową gałąź do obrania, abyśmy mieli czym te konie popędzać. No i ja strugam te gałąź, gdy nagle słyszę trzask żelaza i widzę, okrążają nas ukraińscy bandyci. „Mamy tebe ptaszku“, zaczęli do Michała mówić. A mój brat się odezwał po ukraińsku: „Ne ptaszku, ne ptaszku“. I zaczął tłumaczyć tak, jak nam przedtem poleciła tamta znajoma Ukrainka. Tymczasem ci bandyci się pytają, gdzie mamy rodziców. Michał odpowiedział, że ojca Niemcy zabili, a matka z siostrą poszły do wsi do sołtysa, załatwić jeszcze dokumenty i dopiero później przyjdą do nas, ciągnąc też nasze krowy. Na to ci bandyci stali się podejrzliwi. Zaczęli pytać brata, gdzie mamy jakieś dokumenty. I zaczął przeszukiwać brata. Ten, owszem, miał jakieś dokumenty w bucie wojskowym, ale cały czas trzymał się wersji, że nie ma, że mama i siostra zostały u sołtysa, by wyrobić jeszcze jakieś papiery. Najgorsze jednak było to, że brat miał przecież w kieszeni granaty. Plan był taki, że jak już nie będziemy mieli żadnej szansy, bo zostaniemy zdemaskowani, że wcale nie jesteśmy uchodźcami ukraińskimi, to Michał odbezpieczy te granaty, żeby wybuchły i żebyśmy razem z tymi bandytami zginęli. Brat uważał, że lepiej, gdybyśmy tak mieli zginąć, szybką śmiercią od razu, a nie będąc zamęczonymi przez tych bandytów. Inaczej byśmy męki przeszli niesamowite. Oni Polakom nosy ucinali, uszy ucinali, piłowali żywe ciała tępą piła, by więcej boleści zadać. Metod tortur mieli kilkadziesiąt różnych. Przybijali dzieci do drzew, albo np. do drzwi domów, rozpruwali brzuchy, jelita wyciągali i dawali podpis: „oto godło Polski“. Ja tych rzeczy nie widziałem, ale starszy brat tak i on o tym napisał w swoich wspomnieniach, które teraz czytamy - mówi Władysław Strzałka.

Michał Strzałka z córką Ireną i kuzynką Danutą Kuśnierz fot. arch.
Michał Strzałka z córką Ireną i kuzynką Danutą Kuśnierz fot. arch.

     Cudem uratowani
     Podczas pobieżnego przeszukania Michała Strzałki w lesie między Wojniłowem a Kałuszem w sierpniu 1944 r. ukraiński bandyta nie odkrył trzymanych w jego kieszeni granatów. Władysław Strzałka jest dzisiaj pewien, że tylko dzięki temu przeżyli.
     - No i Bóg nas tylko uratował. To cud, bo przecież ten bandyta ukraiński wiedział, jak wygląda broń, jak wyglądają granaty. Musiał mieć takie rzeczy w rękach nie jeden raz. A tutaj wymacał ubranie mego brata i nie wyczuł tych granatów. Zapytał się Michała, jak się nazywamy. Brat odpowiedział, że Steczko. My mieliśmy mówić to samo. Tadeusz grzecznie powiedział tak samo - Steczko. A Ukrainiec pyta się mnie, jak się nazywam, a ja odpowiadam, po ukraińsku, że ja zabuł. Ukrainiec się wściekł: „nie jesteście Ukraińcami! jak on mógł zapomnieć swego nazwiska?“ - krzyczał ten bandyta. A mój brat tłumaczył, że ja mały jestem, że widziałem niby, jak wszędzie mordują Ukraińców i jestem mocno przestraszony, to przez to wszystko zapomniałem. No i koniec końców puścili nas w dalszą drogę - opowiada Władysław Strzałka.
     Bracia szczęśliwie dotarli do Kałusza. Do wspomnianej kuzynki Heleny Olewicz, która miała tutaj sklep. Wkrótce, gdy sytuacja w terenie nieco się uspokoiła, Michał ściągnął do Kałusza również ich siostry.
     Przesiedlenie
     Wiosną 1945 r. zostali wszyscy przesiedleni do Polski. - Jechaliśmy długo. Pociąg co chwila stawał. Rosjanie też kradli ludziom, co tam cenniejszego wieźli w nowe miejsce - mówi Władysław Strzałka.
     Pierwszym opiekunem osieroconego rodzeństwa po przesiedleniu na Pałuki został wujek, imiennik ich zamordowanego ojca, Jan Strzałka. Był on ojcem Heleny Olewicz. Ta również wróciła do Polski, ale trafiła na ziemie odzyskane.
     z bożejewic do wawrzynek
     Rodzina Strzałków zamieszkała najpierw na kilka tygodni u rodziny Jastrzębskich w Bożejewicach, a na stałe trafili do Wawrzynek. Otrzymali tutaj małe gospodarstwo. W Wawrzynkach, aż do swojej śmierci, mieszkał również Michał Strzałka. Natomiast średni brat, Tadeusz zmarł wskutek choroby w 1951 r. Śmierć spotkała go, gdy już się usamodzielnił, podjął pierwszą pracę i zamieszkał na Dolnym Śląsku. Póki żył, wspierał finansowo młodsze rodzeństwo, przysyłając do Wawrzynek pieniądze, aby Władysław mógł kupić przybory szkolne.
     Władysław został po osiągnięciu pełnoletności najpierw nauczycielem w szkole w Redczycach, a później jej dyrektorem. Ożenił się z Marią, której rodzina trafiła na Pałuki z okolic Krakowa. Małżonkowie doczekali się trojga biologicznych dzieci, ale od lat siedemdziesiątych prowadzili rodzinny dom dziecka w piętrowym domu w Wawrzynkach, który udało im się wybudować. Tam mieszkają do dzisiaj, a liczne dzieci i wnuki odwiedzają ich przyjeżdżając najczęściej na niedzielę i święta zarówno z bliskiej okolicy, jak i dalszych stron.

Maria Strzałka, żona Władysława przyznaje, że mąż rzadko wraca wspomnieniami do traumy z 1944 r. Jest to dla niego zbyt bolesne. fot. Karol Gapiński
Maria Strzałka, żona Władysława przyznaje, że mąż rzadko wraca wspomnieniami do traumy z 1944 r. Jest to dla niego zbyt bolesne. fot. Karol Gapiński

     W sercu żałość pozostała
     Władysław Strzałka, choć nie mógł opowiadać przez lata o tym, co jego rodzina przeżyła na Wołyniu, swoje uczucia przelewał na papier w formie wierszy. Pisał je będąc jeszcze nastolatkiem, a później już jako dorosły mężczyzna. Trzyma je do dzisiaj.
     - „O przeszłości moja, gdzieś mi się podziała? Gdzie jest dawna piękność twoja? W sercu żałość pozostała. I gdy wspomnę na te lata, jakże smutno bywa, bo to wielka strata, o ludzkości niegodziwa. Żywot pięknie się tak wiódł, radością młode serce biło. Teraz pozostał żal i trud, nagle wszystko się skończyło. Zabili ojca, i matkę. Wypędzili w dalekie strony. Spalili rodzinną chatkę. O narodzie niewzruszony. Ta pamięć pewnie nie zaginie, choćbym miał żyć wieki: co się działo w Ukrainie. Gdy będę sam, gdy będę miał zamknąć powieki wspomnę ten smutny czas, który pozostawił na mnie smutku cień, jak mordowano Polaków, nas (...)“ - głos Władysława Strzałki drży od emocji, gdy czyta ten wiersz napisany wiele lat temu. O tym, gdzie leżą szczątki rodziców, nigdy się nie dowiedział. Nigdy też nie był po wojnie w rodzinnych stronach.
     Kiedyś usłyszał pytanie, co by zrobił z tymi bandytami, którzy mu zamordowali rodziców, gdyby ich później spotkał. - Ja odpowiedziałem: przebaczyłbym im. Nie jestem sędzią, Bóg ich osądzi - zakończył swoją opowieść Władysław Strzałka.
     Film w zakładce Filmy.


Karol Gapiński
Pałuki nr 1327 (29/2017)

Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry