Grafik kreatywny potrzebny

- I widzę postaci ludzi na brzegu. Krzyczę słabym, dziecięcym głosem o pomoc. Później dowiedziałyśmy się, że początkowo ludzie z brzegu myśleli, widząc nas z daleka, że to nie dzieci, lecz chyba jakieś psy wpadły do wody i próbują się wydostać - opowiada Grażyna. Zarówno ona, jak i jej siostra Barbara traumę z lutowego dnia 1960 r. przeżywają w wyobraźni do dzisiaj. Nie mają wątpliwości, że gdyby nie traf, iż akurat o tej samej godzinie na żnińskie łazienki wybrał się wtedy Zbyszek Rogaczewski, teraz nie miałyby już żadnych wspomnień. Po prostu nie byłoby ich wśród żywych.

Grażyna (po lewej) i Barbara - siostry Śladkowskie podarowały Zbigniewowi Rogaczewskiemu artykuł o tym, jak je uratował przed śmiercią, który opublikowany był w 1960 r. w „Świecie Młodych“ fot. Karol Gapiński
Grażyna (po lewej) i Barbara - siostry Śladkowskie podarowały Zbigniewowi Rogaczewskiemu artykuł o tym, jak je uratował przed śmiercią, który opublikowany był w 1960 r. w „Świecie Młodych“ fot. Karol Gapiński

     Zbigniew Rogaczewski to najprawdopodobniej pierwszy żninianin, który wystąpił w programie telewizji ogólnopolskiej. Było to w jedynej wówczas stacji o zasięgu krajowym, czyli w TVP. Był rok 1960, a on miał wtedy 14 lat, chodził do I Liceum Ogólnokształcącego w Żninie i był harcerzem w IV Drużynie im. Zawiszy Czarnego w stolicy Pałuk. Do Warszawy na występ telewizyjny pojechał sam, pociągiem. Na zaproszenie nie tylko redakcji TVP, ale też komendanta głównego Związku Harcerstwa Polskiego.
     - Wtedy telewizja była robiona i emitowana na żywo, więc sam nie widziałem tego programu, ale rodzina, znajomi, koledzy ze szkoły oglądali mnie - o czym później się dowiedziałem - z wypiekami na twarzach. Oglądali wspólnie, na nielicznych jeszcze wtedy odbiornikach telewizyjnych. Paradoksalnie, to ten mój występ w ówczesnej, dopiero raczkującej telewizji był powodem większej ekscytacji żninian, niż przyczyna, dla której mnie do tej Warszawy wtedy zaprosili. Pamiętam, że jak wróciłem do szkoły po tej wizycie w telewizji, to społeczność liceum powitała mnie apelem przed wejściem do szkoły. Zrobili z kartonu atrapę telewizora, a w środku było moje zdjęcie wklejone z napisem „Ten, który rozsławił imię szkoły“. Czyli w domyśle: bo wystąpiłem w telewizji. To zaś, dlaczego tam wystąpiłem, było już jakby mniej istotne. A przecież powinno być zupełnie na odwrót - śmieje się dzisiaj Zbigniew Rogaczewski.
     Obecnie to już emerytowany geofizyk, który większość swojego życia zawodowego spędził w różnych miejscach w Polsce, pracując podczas poszukiwań pokładów nafty i gazu. Mimo że na stałe mieszkał w Żninie, to jednak nie bywał tutaj zawsze i na co dzień. To też miało pewien wpływ na to, że dopiero w ostatni wtorek po raz pierwszy spotkał się po 57 latach z paniami, których niebezpieczna przygoda przeżyta w 1960 r., stała się wspomnianym przyczynkiem do tego, iż Zbigniew Rogaczewski zaistniał jako pierwszy - jak dzisiaj żartuje - żniński celebryta telewizyjny.
     Potrzebę doprowadzenia do takiego spotkania poczuły teraz właśnie obydwie panie. To rodzone siostry, które w 1960 r. miały 7 lat - Grażyna i 6 lat - Basia Śladkowskie. Mieszkały wtedy na ul. Łąkowej w Żninie. Obecnie młodsza z nich nadal mieszka w Żninie, a starsza od lat związana jest z Piłą. Obydwie to dzisiaj już emerytowane nauczycielki.
     - Był to luty, bardzo mroźny dzień, już popołudnie. Byłyśmy nad Małym Jeziorem, w tzw. łazienkach. Skrzący się śnieg na tafli lodu zachęcał, aby wejść na ów lód, poślizgać się i pobawić śnieżkami. Łyżew nie miałyśmy, ale na gładkich podeszwach butów, też było można się rozpędzić. W pewnym momencie znalazłyśmy się na środku szerokości jeziora - opowiada Grażyna.
     - Nagle lód się skończył. Nawet nie miałam szans wyhamować i wpadłam do wody - wspomina wydarzenia z zimowego dnia 1960 r. Barbara. Starsza siostra zbliżyła się do krawędzi lodu i instynktownie ruszyła jej na pomoc. Po chwili jednak sama też znalazła się w wodzie. Zimowe płaszczyki, buty, czapeczki, które zresztą po chwili spadły tonącym dziewczynkom z głów, szybko nasiąkły wodą. Ruchy przerażonych dziewczynek najpierw chaotyczne, wkrótce stały się ociężałe. Grażyna pamięta i czuje do dzisiaj chropowatą powierzchnię lodu pod paluszkami rąk i to, jak bezsilnie próbuje złapać jakiś opór na tej powierzchni, aby jakoś się wydostać. - I widzę postaci ludzi na brzegu. Krzyczę słabym, dziecięcym głosem o pomoc. Później dowiedziałyśmy się, że początkowo ludzie z brzegu myśleli, widząc nas z daleka, że to nie dzieci, lecz chyba jakieś psy wpadły do wody i próbują się wydostać - opowiada Grażyna. Zarówno ona, jak i Barbara traumę z lutowego dnia 1960 r. przeżywają w wyobraźni do dzisiaj.
     Nie mają wątpliwości, że gdyby nie traf, iż akurat o tej samej godzinie na żnińskie łazienki wybrał się wtedy Zbyszek Rogaczewski, dzisiaj nie miałyby już żadnych wspomnień. Po prostu od dawna już nie byłoby ich wśród żywych.

Zbigniew Rogaczewski po 57 latach mógł objąć i przytulić panią Grażynę, którą uratował przed utonięciem w Jeziorze Czaplem, gdy miała 7 lat fot. Karol Gapiński
Zbigniew Rogaczewski po 57 latach mógł objąć i przytulić panią Grażynę, którą uratował przed utonięciem w Jeziorze Czaplem, gdy miała 7 lat fot. Karol Gapiński

     - Ja mieszkałem na ul. Szkolnej. Miałem nad jezioro naprawdę blisko. Popołudniami, po lekcjach i załatwieniu wszystkich swoich obowiązków nie mieliśmy jako młodzież wielu alternatyw na spędzanie czasu. Nie było komputerów, w telewizji też niewiele się działo, a zresztą rzadko kto miał telewizor. Czytało się książki, albo spędzało czas na świeżym powietrzu. Z racji bliskości jeziora moją ulubioną rozrywką podczas mroźnych zim była jazda na łyżwach. Taki też miałem plan tamtego dnia. Pojawiłem się na brzegu jeziora. Zdążyłem założyć jedną dopiero łyżwę, gdy dostrzegłem, że w wodzie, kilkadziesiąt metrów od brzegu tonie jakieś dziecko. Zaraz, na tej jednej łyżwie tam pobiegłem. Faktycznie, w jeziorze była dziewczynka. Kilkulatka. W grubej na kilkadziesiąt centymetrów tafli jeziora była wycięta maszyną do krojenia lodu wielka jego połać. Na powierzchni wody równej sali restauracyjnej, w której teraz jesteśmy. Grube, lodowe sześciany były magazynowane w bunkrze na terenie ośrodka PTTK. Później służyły jako naturalna lodówka do przechowywania artykułów spożywczych - opowiadał nam Zbigniew Rogaczewski w ostatni wtorek w restauracji Basztowa, gdzie po raz pierwszy od 57 lat spotkał się z siostrami Śladkowskimi, które uratował od śmierci, gdy miał 14 lat.
     Przychodząc wtedy z pomocą nawet nie zdawał sobie sprawy, że w wodzie są dwie dziewczynki. Początkowo widział tylko jedną z nich. Chwycił Grażynkę za ręce i z niemałym trudem udało mu się ją powoli wyciągnąć na lód. Jeszcze jej całe, siedmioletnie ciałko nie znalazło się na tafli, gdy Zbyszek ze zdumieniem zdał sobie sprawę, że za kostki nóg dziewczynki kurczowo rączkami trzyma się drugie, jeszcze mniejsze dziecko. Basia była zanurzona całkowicie w lodowatej wodzie. Zaczynała już tracić przytomność. Nastolatkowi udało się i ją wyciągnąć na lód. Dziewczynki szybko odzyskały siły i były w stanie dotrzeć o własnych siłach na brzeg jeziora. Tutaj rozstały się ze swoim wybawicielem i same powędrowały do domu. Gdy mama, Irena, zobaczyła tylko córeczki, usłyszała z ich ust, że spotkała je przygoda. Innych wyjaśnień na razie nie było. Zaraz przebrała je w suchą bieliznę i odzież i mocno opatuliła kołdrami. Dopiero później dziewczynki opowiedziały mamie szczegółowo, co im się przytrafiło na Jeziorze Czaplem. Okazało się, że dziewczynki nawet się nie przeziębiły mimo dłuższego kontaktu z lodowatą tonią.
     Kilka dni później dzięki własnemu rozeznaniu w mieście, mama dziewczynek dowiedziała się, kto je uratował od niechybnej śmierci w odmętach jeziora i gdzie ów chłopiec mieszka. Poszły do jego domu z Basią. Dziewczynka była onieśmielona. Pamięta dzisiaj, że odczuwała wstyd z tego powodu, iż wpadła wcześniej do lodowatej wody i chłopiec musiał ją ratować. Dlatego podczas tamtej wizyty chowała się za swoją mamą i nawet nie była w stanie podziękować temu, kto ją uratował od śmierci. Chłopak wraz z podziękowaniami od pani Ireny otrzymał książkę pt. Za krakowską bramą. W książce jest specjalna dedykacja z podziękowaniami i Zbigniew Rogaczewski trzyma ten tom do dzisiaj na półce z książkami.
     Po wielu latach od tamtego wydarzenia siostry doszły do wniosku, że tak traumatyczne zdarzenie, które skutkowało na całą ich przyszłość instynktownym strachem przed lodem i jeziorem w zimowych szatach, wymaga w należytej formie, świadomego i dojrzałego podziękowania temu, który uratował ich życie. Impulsem było znalezienie przez panią Barbarę w domowym archiwum starego artykułu z ogólnokrajowego pisma Świat Młodych. Tekst ten opublikowany został po wizycie Zbyszka Rogaczewskiego na zaproszenie Komendy Głównej ZHP w telewizji w Warszawie.
     Siostry poprzez wspólnych znajomych nawiązały kontakt ze Zbigniewem Rogaczewskim i zaprosiły go w ostatni wtorek na obiad do restauracji. - Doszliśmy też do wniosku, bo namawiał nas do tego również mój mąż, iż trzeba tę historię podać dalej. Teraz w prasie są podejmowane przeważnie reportaże o tym, co ludzie robią złego. A przecież warto pokazywać też dobre i piękne przykłady takich postaw, jaką wykazał Zbyszek - mówi pani Grażyna.
     Uratowane przez Zbigniewa Rogaczewskiego od utonięcia podarowały mu oprawiony w ramkę stary artykuł ze Świata Młodych. Niestety, nie odnalazły innego tekstu o tamtym zdarzeniu, który ukazał się w 1960 r. w Ilustrowanym Kurierze Polskim. Choć pani Barbara przypomina sobie, że taki artykuł na pewno był na tych łamach.
     Ich wybawca na dalszą pamiątkę otrzymał też od pań w ostatni wtorek kryształowe serce. Obiecali sobie kontynuować znajomość, którą faktycznie zawarli dopiero teraz. Trudno bowiem nazwać znajomością krótki moment, gdy nastolatek ratuje z lodowatej toni dziewczynki. Teraz jednak chcą się widywać częściej. Umówili się już na kolejne spotkanie, tym razem w Pile.
     Film w zakładce Filmy.

Karol Gapiński
Pałuki nr 1328 (30/2017)

Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry