Drukuj

Sielec
   
   
W Sielcu nie ma ani jednego gospodarstwa indywidualnego. Mieszkańcy wsi swoje życie związali z majątkiem. Najstarsi pracowali w nim już przed wojną, a później w Państwowym Gospodarstwie Rolnym. Młode pokolenie, wychowane najczęściej w żnińskich szkołach zawodowych i średnich, swoje losy związało z zakładami pracy w okolicznych miejscowościach. Dziś w (stanowiącym część gospodarstwa w Cerekwicy) Gospodarstwie Rolnym Skarbu Państwa w Sielcu pracuje średnie pokolenie.  

    Podwórze tego gospodarstwa było pierwszym miejscem, który dane było mi zobaczyć w czasie wizyty w Sielcu. Był to zupełny przypadek, bowiem szłam polną drogą, która niespodziewanie zaprowadziła mnie właśnie tam. Na podwórzu panowała senna atmosfera, ciszę zakłócał jedynie stukot młotka.  
    Obok pracującego robotnika stało dwóch mężczyzn. Udałam się w ich kierunku. W jednym rozpoznałam Romana Rezulaka - szefa gospodarstwa w Cerekwicy. Rozmawiał pilnie z brodatym jegomościem. Po dłuższej chwili udało mi się przerwać ten dialog pytaniem o kierownika zakładu. Powiedział (nie wiem - żartem, czy na poważnie?), że w gospodarstwie nie ma kierownika - został zwolniony, bo nie umiał pracować.  
    Później dowiedziałam się, że kierownik - Ryszard Kulczyński - stał obok nas. Był nim wspomniany brodaty jegomość, który również nie przyznał się do pełnionej funkcji. Panowie odwrócili się do mnie plecami i odeszli. Odwracanie się plecami do ludzi, to - zdaniem mieszkańców Sielca - specjalność kierownictwa zakładu.  
    Mieszkający w domach należących niegdyś do PGR płacą czynsz do kasy "Cerplonu". Pomimo tego, jak powiedzieli mi emeryci, w żaden sposób nie mogą uzyskać informacji, kto odpowiedzialny jest za remonty. Najczęściej odsyłani są do Spółdzielni Mieszkaniowej w Cerekwicy, której nie są członkami. Sołtys wsi Franciszek Nowak powiedział, że wszelkie interwencje skutkują tak, jak rzucanie grochem o ścianę.  
    Ludzie mówią, że najlepiej dogadywali się z Janem Rogoszem. Niestety, od jakiegoś czasu nie pracuje on w zakładzie.  
    Dworek, gdzie dziś mieszczą się biura "Cerplonu" i mieszka kilka rodzin, należał do admirała Józefa Unruga - dowódcy Marynarki Wojennej Rzeczpospolitej Polskiej w latach 1925-1939. Posiadłość tę wraz z ziemią kupili jego rodzice od Adolfa Potworowskiego. Majątek zapisali synowi.  
    Admirał był rzadkim gościem w Sielcu. W majątku rodzinnym przebywał od października 1923 r. do maja 1925 r i czas ten poświęcił przede wszystkim na unowocześnianie gospodarstwa. Kładł duży nacisk na dyscyplinę i organizację pracy, bardzo sprawnie prowadził majątek.  
    Wacław Napierała i jego żona pamiętają jego rządy. Wspominają, że był człowiekiem wymagającym, ale ludzie go szanowali, gdyż był sprawiedliwy. Umiał uznać racje robotnika. Objawiło się to podczas strajku, do którego przystąpili pracownicy, gdy rządca nie wypłacał im pensji. Kiedy kapitan Unrung dowiedział się o tym, przyjechał do Sielca, wypłacił pieniądze obiecując za przystąpienie do pracy po dwa worki zboża, jako rekompensatę za krzywdę. Robotnicy przystąpili do pracy dopiero następnego dnia od rana, więc za niepodjęcie jej natychmiast, otrzymali tylko po worku zboża.  
    Kiedy trzeba było, pracował wspólnie z robotnikami dworskimi. Często razem z nimi naprawiał popsute maszyny.  
W kampanii wrześniowej admirał był dowódcą obrony wybrzeża, 2 października 1939 roku, po kapitulacji Helu, został jeńcem wojennym, po uwolnieniu przez amerykanów obozu jenieckiego w Murnau został na Zachodzie, pochowany jest na cmentarzu w Montesor (Francja).  
    Około 500 metrów od pałacyku, w parku o który nikt nie dba, spoczęły szczątki rodziców admirała - hrabiny Izydory Bunau-Unrug, Tadeusza Unruga oraz Henryka Unruga, ich gosposi, a także Adolfa Potworowskiego.
    Przed laty za dyrektora PGR Konrada Muellera oddano hołd tej rodzinie. Odnowiono groby, odprawiono uroczystą akademię. Ludzie są zdania, że nie było to przypadkowe. Ich zdaniem dyrektor Mueller był równie dobrym gospodarzem, jak przedwojenny właściciel i podobnie traktował ludzi. Odnawiając groby oddał hołd ludziom, o których pamięć powinna być zawsze żywa.  
    Czy dzisiejsi zarządcy uprawiający ziemię Unrugów, odebraną im po wojnie, nie są zobowiązani pamiętać o grobach dawnych prawowitych właścicieli? Wielkim patriotom należy się, moim zdaniem, izba pamięci w ich własnym domu. Krzaki i chaszcze też przydałoby się wyciąć.  
    W Sielcu wiele jest jeszcze do zrobienia, aby ludziom żyło się tu dobrze.  

Maria Warda
Pałuki nr 190 (41/1995)