Drukuj

         Piękny, słoneczny dzień jesienny. Słońce ogarnia las ciepłymi promieniami. Drzewa zachwycają barwami liści i zapachem jesieni.

    Szukając grzybów w iglastym zagajniku schodzę na skraj polany i nagle cudny widok ukazuje się moim oczom: przede mną osnute mgłą jezioro u kresu swego życia. Od ciemnej, zwartej ściany lasu nieśmiało odbija się tafla spokojnej wody. Tu i ówdzie widać kępy kolorowej roślinności, która wydziera teren jeziora. Nagle kilka dzikich kaczek bezszelestnie opada na powierzchnię wody.  
    A wokół mnie cisza, cisza...
    Nie wiem, czy stoję tak minutę, pięć czy dwadzieścia. Nasycam się tym widokiem, chłonę go i staram się zapamiętać każdy szczegół.
    Tajemnicza mgła, którym spowite jest "moje" jezioro, skłania mnie do refleksji. Oto stoję przed jeziorem, które niegdyś wabiło szumem fal i chłodną głębiną. Niedługo już nikt nie będzie tutaj zażywał kąpieli w upalne letnie dni, a leśne zwierzęta nie będą wędrować do wodopoju.
    Wszystko kiedyś się skończy, zamilknie, przestanie istnieć. Taka jest już kolej rzeczy. Ale ja nigdy nie zapomnę tego dnia, kiedy oczom moim ukazała się ta tajemnica, ani jeziora, które umiera.

Katarzyna Wyppich
Pałuki nr 191 (42/1995)