I nagroda w konkursie na najlepszy reportaż zorganizowanym w 1993 r. przez redakcję pisma kulturalnego żnińskich licealistów "Humanista"

   

    Chcieć powierzyć wszystko pamięci, to zapisywać na wietrze, pamięć bowiem jest jak sito, przyjmuje mnóstwo rzeczy, ale zaraz je wypuszcza i traci, jeśli ich nie zatrzyma pismo. Chcąc więc ustrzec przed zapomnieniem, zapisuję wspomnienia o pewnym dworku niedaleko Szczepanowa.

    Słaboszewko istniało już pod koniec XIV wieku. Działała tu gorzelnia, cegielnia i duża owczarnia. Zdziechowscy stali się właścicielami tego majątku - kolejnymi po Niemcach: Firyngu, Borku i Brandale - w 1922 r., kiedy to opuścili wcześniejszą swoją własność ziemską Raków koło Mińska, podzieloną po traktacie ryskim nową granicą polsko-radziecką.

fot. Dominik Księski

    Majątek Słaboszewko, choć obejmował 425 ha, był bardzo zadłużony. Najważniejszą jego częścią był oczywiście dworek. Otaczał go park z sadzawką, altankami i równie starannie utrzymanym ogrodem, o co szczególnie troszczyła się pani Amelia, żona gospodarza Kazimierza Zdziechowskiego, o której bardzo ciepłe wspomnienia jeszcze dotąd zachowały się w pamięci wielu osób. Ich potwierdzeniem są współczesne relacje m. in. Tekli Glinkowskiej i Walentego Chlebka ze Słaboszewka.
    Amelia Zdziechowska była, jak mawiano, przemiła. Grubiutka, różowa na buzi, krótkowzroczna, zawsze uśmiechnięta i chyba zawsze w jedwabnych sukniach, czarnych albo granatowych w większe lub mniejsze kropki. Jej anielska dobroć i bezinteresowna troskliwość ujawniały się zarówno wobec gości, jak i mieszkańców tej wsi i okolicy. W niedziele regularnie zabierała kosze pełne różnych leków i prowiantu, szła do czworaków, rozdając ich zawartość. Prowadziła również Katolickie Stowarzyszenie Włościanek i to dzięki niej, w domu zamieszkiwanym niegdyś przez urzędnika, powstało przedszkole dla dzieci ze wsi. Wzbudzające zachwyt wszystkich kwiaty z jej ogrodu kilka razy w tygodniu dostarczane były do kwiaciarni na ul. Solankowej w Inowrocławiu. Według relacji pana Walentego Chlebka, którego ojciec Franciszek był tu ogrodnikiem, w przypałacowym parku był nawet kort tenisowy.
      Zdziechowscy mieli troje dzieci: Jana (1911 r.), Pawła (1914 r.) i Marię (1915 r.), urodzonych jeszcze w dalekim Rakowie. Zgodnie z planami najstarszy syn Jan, po ukończeniu studiów rolniczych w Poznaniu, miał przejąć prowadzenie majątku. Natomiast w Pawle chciano widzieć kontynuatora literackich tradycji ojca. Mało kto wówczas wiedział, że nowy gospodarz Słaboszewka, który w chwili objęcia majątku liczył 47 lat, ma za sobą całkiem bogate dokonania literackie, wiele artykułów, opowiadań, a także kilka powieści o tematyce współczesnej, obyczajowej i społecznej, jak również różnorakie kontakty z polskimi twórcami, a szczególnie zaś z bardzo mu życzliwą Elizą Orzeszkową. Życiowa konieczność zajęcia się codziennymi obowiązkami ograniczyła tu jego pisarstwo. Tak więc w Słaboszewku Kazimierz Zdziechowski napisał tylko jedną powieść pt. "Podzwonne" wydaną w 1933 r.

fot. Dominik Księski
fot. Dominik Księski

    "Kazimierz Zdziechowski" - mówi pani Tekla - "wstawał wcześnie, około szóstej rano. Potem szedł obejrzeć gospodarstwo, wracał, zjadał śniadanie i pisał prawie do samego obiadu. Po obiedzie trochę zajmował się interesami. Przed wieczorem szedł ponownie na obchód pól. Prowadził również miejscową drużynę strzelecką. Gospodarstwem zaś bezpośrednio zajmowali się wynajęci rządcy". Jednakże wciąż rozległe zainteresowania gospodarza sprzyjały systematycznym tu wizytom - szczególnie w okresie wakacji - wielu przedstawicieli polskiego świata literackiego, artystycznego i naukowego.
    Do najczęstszych gości należał niewątpliwie antropolog dr Stanisław Żejmo-Żejmis, traktowany jako najbliższy domownik. Przebywając w Słaboszewku służył swoją pomocą jako korepetytor dzieci Zdziechowskich, a jego równoczesne zainteresowanie polskim regionem zaowocowało pracą doktorską pt. "Pałuczanie żnińsko-mogileńscy (Województwo Poznańskie) - charakterystyka antropologiczna". Równie blisko związanym z pałacem w Słaboszewku był Witold Malcużyński (kolega szkolny i rówieśnik Pawła Zdziechowskiego), który nie tylko świetnie się bawił i wypoczywał, ale i miał dobre warunki do doskonalenia swej muzycznej pasji.
     Wszystkich cieszyły sukcesy Witolda, jak choćby V miejsce na II Międzynarodowym Konkursie Chopinowskim w Warszawie w 1937 r. Do blisko zaprzyjaźnionych ze Zdziechowskimi należeli również Uniechowscy. Popularny już wówczas grafik i ilustrator książek Antoni Uniechowski nigdy latem nie widział dla siebie innego miejsca, niż Słaboszewko. Na ogół przyjeżdżał tu z córeczką Krystyną i jej opiekunką. Zgodnie uznawany przez towarzystwo jako wyjątkowo uroczy kompan i dowcipny rozmówca, po wnętrzach domu i jego otoczeniu poruszał się z nieodłącznym szkicownikiem. Wszystkie te szkice gdzieś później przepadły. Zachowała się jedynie okładka "Podróży do piekieł" Bolesława Micińskiego, wydanych w 1937 r., która powstała właśnie w słaboszewskim parku. Filozof i poeta - Bolesław Miciński uwielbiał rozmowy z Kazimierzem Zdziechowskim, poświęcając im z ochotą wiele czasu. Do Słaboszewka przyjechał z gotowym tekstem zbioru esejów filozoficznych pt. "Podróże do piekieł". Zachwycony słaboszewską atmosferą i serdecznością gospodarzy, niemal tuż przed drukiem postanowił zadedykować jeden z jego rozdziałów Amelii i Kazimierzowi Zdziechowskim, zamiast - jak zamierzał wcześniej - swojemu profesorowi Władysławowi Tatarkiewiczowi. Do najszacowniejszych gości w Słaboszewku należał jednakże prof. Marian Zdziechowski, jeden z trzech braci gospodarza, znany historyk kultury i literatur słowiańskich, filozof, krytyk literacki i publicysta blisko zaprzyjaźniony m. in. z Lwem Tołstojem, którego dowiedział w Jasnej Polanie. Do grona osobistych gości Kazimierza Zdziechowskiego należał też, mieszkający w pobliskim Barcinie Jakub Wojciechowski, znany pamiętnikarz i prozaik, zdobywca I nagrody za "Życiorys własny robotnika" w konkursie Polskiego Instytutu Socjologicznego i laureat Złotego Wawrzynu polskiej Akademii Literatury. Obaj o sobie wiedzieli dużo, ale ze względu na różnice klasowe i odmienne poglądy społeczne nigdy nie łączyły ich zbyt bliskie i serdeczne więzy.
     Większość z tych znakomitych gości przybyła na równoczesny ślub... dwu Marii Zdziechowskich. Jedną z panien młodych była 20-letnia córka gospodarzy, która ukończyła znane gimnazjum im. E. Plater w Warszawie (gdzie uczyła się również w tym czasie siostra Witolda Małcużyńskiego - Teresa) - Maria Helena Zdziechowska, której narzeczonym był 25-letni inżynier rolnictwa hrabia Władysław Krasicki z miejscowości Worokomle koło Łucka, syn Ignacego i Marii z Lach-Szyrmów. Drugą parę młodych stanowili jej bliska Kuzynka - 27-letnia Maria Zdziechowska, córka Józefa i Salomei z Lach-Szyrmów oraz 30-letni inżynier rolnictwa Stanisław Kostka Marian Mikołaj Maciołowski z miejscowości Białcz Stary koło Kościana, syn Juliusza i Heleny z Pańkowskich.
    Szczególnie starannymi przygotowaniami do tego niecodziennego ślubu żył od wielu tygodni pałac w Słaboszewku, a także większość mieszkańców tej miejscowości. Atmosfera tych przygotowań pozostała w pamięci wszystkich żyjących jeszcze świadków. Mnie udało się niestety dotrzeć tylko do dwojga z nich: Tekli Glinkowskiej i Walentego Chlebka. Oto niektóre z ich wypowiedzi: "Podczas weselnych przygotowań do parku niespodziewanie wpadł dzik, usiłując zaatakować córkę gospodarzy. Goście wpadli w panikę. Nad sytuacją w porę zapanował służący z Miastowic, który zabił napastnika. Ślub odbył się w Słaboszewie (3-4 km od Słaboszewka) 8 X 1935 r. Córka gospodarzy jechała karetą w cztery konie. Jej kuzynka samochodem". Pan Walenty: "Po powrocie z kościoła wyprzęgliśmy konie i sami ciągnęliśmy powóz drogą, na której zostali ustawieni pracownicy z pochodniami, przez park do pałacu. Potem była zabawa dla pracowników majątku. Wszyscy wówczas otrzymali paczki z upominkami".
    Będąc na plebanii w Słaboszewie mogłam w parafialnej księdze małżeństw obejrzeć zapis dokumentujący pamiętny ślub. Zdziwienie identycznością imion i nazwisk panien młodych potęguje jeszcze jedno spostrzeżenie: otóż obie urodziły się w maju i niemal tegoż samego dnia, Maria Helena - 21, a jej kuzynka - 23. W maju urodził się także narzeczony tej pierwszej - Władysław Krasicki. W roli świadków Marii Heleny Zdziechowskiej wystąpili: Władysław Pusławski - ziemianin z Albertyna w dalekim powiecie Słonim i prof. Marian Zdziechowski. Świadkami drugiej pary byli ziemianie Władysław Żółtowski z Niechanowa i Kazimierz Zdziechowski - gospodarz uroczystości w Słaboszewku. Ślubu obu parom udzielił ks. prałat Świeykowski, przybyły tu specjalnie z okolic Krosna.
    Dwa lata później, w lipcu 1937 r. na miesięczny odpoczynek do Zdziechowskich przyjechał Jerzy Andrzejewski i Witold Gombrowicz. Później, niemal tuż przed śmiercią, autor "Popiołu i diamentu" wspominał pałacową egzystencję Słaboszewka, sute podwieczorki, gry w szachy i nieustanne konflikty z Gombrowiczem. Sam Gombrowicz, który w okresie swej jedynej wizyty u Zdziechowskich liczył prawie 33 lata zapisał w swym dzienniku następująco: "Uciekliśmy z miasta przed żywiołem upału, lecz tutaj pod skrzydłami gościnnego dworu w Poznańskiem inny zagraża żywioł - żywioł żarcia". Tuż po wyjeździe ze Słaboszewka Witold Gombrowicz stał się sprawcą głośnego skandalu towarzyskiego, a wybuchł on natychmiast po opublikowaniu na łamach "Kuriera Porannego" kilku jego felietonów, w których - serdecznie goszczących go ludzi - obficie obdarzył zaskakującymi złośliwościami. Dzisiejsza popularność autora "Ferdydurke" usunęła w cień zapomnienia tamto zdarzenie, które nieoczekiwanie odżyło w XI tomie Dzieł zebranych Witolda Gombrowicza pt. "Wspomnienia polskie - Wędrówki po Argentynie", w którym autor wraca do spowodowanego przez siebie skandalu, wyraźnie próbując złagodzić jego wymowę. Na stronie 122 i 123 "Wspomnień polskich" Gombrowicz pisze: "(...) Powróciwszy do Warszawy napisałem kilka felietonów do "Kuriera Porannego" z tej mojej eskapady w Poznańskie - ale tak naładowany byłem dziwną złością, tyle urazów we mnie tkwiło na punkcie dworów ziemiańskich, poczynając od mego własnego, jeszcze z dzieciństwa, że nie zdołałem powstrzymać się od pewnych złośliwości". Poszukując usprawiedliwienia Gombrowicz stwierdza też: "Według ówczesnych moich poglądów tzw. nietakt towarzyski był czynnikiem wysoce twórczym w sztuce? I dalej: "artysta, który boi się niewłaściwości, niesmaku, skandalu, niewiele jest wart, poddawanie się formom towarzyskim nie było dobre dla tych co formę tworzą. Doskonale więc zdając sobie sprawę, że to co piszę nie jest właściwe, właśnie dlatego to napisałem".
    Życie w dworku toczyło się dalej, mimo że nikt nie uświadamiał sobie szybko zbliżającej się tragicznej zawieruchy. Do jej wybuchu zostały niespełna dwa lata. W sierpniu 1939 r. Zdziechowscy opuszczają Słaboszewko, udając się na długą i tragiczną tułaczkę wojenną, do ostatniej chwili służąc serdeczną gościną wielu swoim bliskim i znajomym. Kazimierz Zdziechowski zapisał w dzienniku: "Opuściliśmy Słaboszewko, jak przed 24 laty Raków. Było upalne, pogodne przedpołudnie. Obszedłem ogród pałający chwałą jesieni. Dwie białe kury wymknęły się z wybiegu na trawnik. Czyżby miała nadejść groza wojny?" "Dziennik" kończy się twierdzeniem: "wszystko przeminie i klęski na froncie, będzie znowu Polska - tylko nam trzeba cierpieć bez miary".
    Wojenna tułaczka zawiodła Zdziechowskich do miejscowości Jedlicze koło Krosna. Znalazła się tam również ich córka Maria wraz z mężem Władysławem Krasickim oraz Stanisław Żejmo-Żejmis. Niestety z początkiem lutego 1942 r. Kazimierz Zdziechowski wraz z zięciem Władysławem Krasickim, Stanisławem Żejmo-Żejmisem i jeszcze kilkoma domownikami zostali aresztowani przez gestapo i po krótkim pobycie w krakowskim więzieniu Montelupich osadzeni w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, gdzie w połowie roku 1942 ich zamordowano. Maria Krasicka, główna bohaterka słaboszewskiej uroczystości z 1935 r. wraz z trojgiem dzieci i osamotnioną matką pozostały bez środków do życia. W bardzo trudnych warunkach egzystowały, niestety, także po wyzwoleniu Polski. W czerwcu 1950 r. Maria Krasicka zrezygnowała z funkcji księgowej-magazyniera w majątku pod Lesznem i dzięki życzliwemu wsparciu Romana Brandstaettera przeniosła się z dziećmi do Zakopanego, zostając na 25 lat kierowniczką Domu Pracy Twórczej ZLP "Astoria". Po przejściu na emeryturę, dzięki pomocy Jarosława Iwaszkiewicza zamieszkała w Warszawie i tam zmarła 5 VIII 1989 r. Zgodnie z ostatnią swoją wolą spoczęła w grobowcu rodzinnym w Gorlicach, blisko miejsca tak dla jej rodziny tragicznych wydarzeń okupacyjnej nocy.
    Dworek, po opuszczeniu go przez Zdziechowskich, zajął Niemiec o nazwisku Fryc, starający się zachować piękno drewnianej budowli, która w 1942 r. spaliła się, a którą wkrótce odbudowano, nie starając się jednakże, by odpowiadała ona pierwowzorowi. Po wojnie w 1947 r. w bardzo dobrym stanie murowany dworek zajęło kilka rodzin z województwa lubelskiego, które całkowicie zdewastowały wnętrza i ich wyposażenie. Dopiero rok później udało się ówczesnemu wójtowi - p. Rykowskiemu oraz p. Kieszkowskiemu ustrzec budynek przed kompletną ruiną, zakładając tam szkołę państwową, która istnieje do dziś.
    Jedyny, żyjący dzisiaj uczestnik przedwojennych spotkań, Jan Zdziechowski, mieszkający obecnie w Kórniku i przechowujący starannie pamiątki rodzinne, których niewiele pozostało, nie zamierza, mimo wprowadzenia ustawy reprywatyzacyjnej przejąć majątku, a raczej pozostałości po nim, gdyż jak wynika z jego rozmowy sprzed kilku lat z p. Glinkowską i p. Chlebkiem, nie ma dostatecznych funduszy na odrestaurowanie tak zniszczonej posiadłości, poza tym jego obecnym domem jest teraz Kórnik, więc najlepiej będzie, jeśli we dworku nadal istnieć będzie szkoła. Sam natomiast od kilku lat odwiedza p. Walentego i ożywia wspomnienia. Zerwanie bowiem z rzeczami realnymi - to nic, ale ze wspomnieniami! Serce pęka przy rozstawaniu się z marzeniami... - tak mało jest w człowieku rzeczywistości.

Joanna Kujawa
Pałuki nr 87 (39/1993)
Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry