Grafik kreatywny potrzebny

Sołtys pomaga rodzinie
   

   
Decyzją sądu ograniczono jej władzę rodzicielską nad nieletnimi synami. Myśli o nich bez przerwy. Odwiedza. Podjęła terapię odwykową. Robi to dla synów. Ma nadzieję, że organy sprawiedliwości docenią jej starania i odzyska dzieci. Decyzja sądu dała jej wyraźny sygnał, że musi dokonać wyboru: albo alkohol, albo dzieci.

Każdy w życiu popełnia błędy. Teresa W. zdaje sobie sprawę, że również  się ich nie ustrzegła. Wierzy, że każdy może naprawić błąd i czeka na szansę odzyskania dzieci. fot. Arkadiusz Majszak
Każdy w życiu popełnia błędy. Teresa W. zdaje sobie sprawę, że również  się ich nie ustrzegła. Wierzy, że każdy może naprawić błąd i czeka na szansę odzyskania dzieci.
fot. Arkadiusz Majszak

    Teresa W. z Brzyskorzystwi to drobna kobieta. Jej dom wypełnia pustka. Wcześniej był w nim sześcioletni Januszek i piętnastoletni Witek. Teraz pozostała tylko z mężem i pełnoletnią Sylwią. Teresę W. dotknęła największa tragedia, jaka może spotkać matkę. Sąd ograniczył jej i mężowi prawa rodzicielskie do opieki nad Januszem i Witoldem. - Czuję pustkę. Siedzę samotnie i płaczę. Nie ma dnia i godziny, kiedy bym o nich nie myślała - mówi Teresa W.
    Decyzję o odebraniu dzieci przyspieszyło wydarzenie, które o mały włos nie skończyło się tragicznie dla Janusza. 21 maja mąż Teresy wracał od sąsiadów z najmłodszym dzieckiem, które jechało rowerem. Nagle Janusz zjechał z chodnika na jezdnię i się przewrócił. O mało co nie został potrącony przez samochód. Zdenerwowany ojciec, który był wówczas pod wpływem alkoholu, zadzwonił po pogotowie. Na miejscu zjawiła się też policja. To wydarzenie  przyczyniło się do decyzji sądu. Teresa W. przyznaje, że głównym powodem odebrania dzieci był alkohol.
   
NIE PODJĘLI LECZENIA
    - W zasadzie przyczynił się do tego alkohol. Miałam skłonności do alkoholu. Mąż też. Nie piłam jednak na tyle, by ktoś musiał się opiekować dziećmi. Jak zdarzało mi się wypić, to wieczorem, kiedy dzieci spały - przyznaje kobieta.
    Prezes żnińskiego sądu Jacek Krysztofiak wyjaśnił, że w 2005 r. Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej w Żninie przesłał informację dotyczącą rodziny państwa W. MOPS zwrócił uwagę na nadużywanie alkoholu przez rodziców i wnioskował, by sąd zainteresował się tą sytuacją. Sąd wszczął postępowanie z urzędu. Zostali przesłuchani rodzice dzieci, jak również - na polecenie sądu - swoją opinię wydał kurator. Sędzia Jacek Krysztofiak po wykonaniu wszystkich czynności doszedł do wniosku, że Teresa W. i jej mąż w niewłaściwy sposób wywiązują się z rodzicielskich obowiązków i 14 listopada 2005 r. ograniczył władzę rodzicielską wobec Sylwii, Witolda i Janusza (dziewczyna była wtedy jeszcze nieletnia). Ograniczeniem tym był nadzór kuratora.
    Sytuacja się nie zmieniała. Cały czas pojawiały się zarzuty, że matka dzieci nadużywa alkoholu. Jacek Krysztofiak wyjaśnia, że podczas przesłuchań sama to przyznała.
    Po zdarzeniu z 21 maja 2007 r., kiedy ojciec nie upilnował Janusza, kurator złożył wniosek o zmianę wydanego wcześniej postanowienia i umieszczenie nieletnich w placówce opiekuńczo-wychowawczej. Prezes zwraca uwagę, że od czasu wydania postanowienia 14 listopada 2005 r., pomimo podejmowanych działań resocjalizacyjnych, sytuacja w rodzinie się pogarszała, a rodzice coraz częściej nadużywali alkoholu i odmawiali podjęcia leczenia. Opieka sprawowana przez nadużywających alkoholu rodziców była dla dzieci zagrożeniem zdrowia, a nawet życia.
    Sędzia Jacek Krysztofiak postanowił umieścić dzieci w placówce opiekuńczo-wychowawczej.
Zmiana postanowienia wydana pod koniec czerwca polegała na ograniczeniu władzy rodzicielskiej poprzez umieszczenie chłopców w Domu Dziecka w Kołdrąbiu.
    Dyrektor Domu Dziecka Caritas w Kołdrąbiu Maria Mrowińska mówi o sytuacji w domu chłopców: -  Warunki są tam gorzej niż skromne. Jak przyjechaliśmy po dzieci, rodziców w domu nie było. Malutki Janusz spał. On nigdy nie jadał przed południem. My go nauczyliśmy tego. Potwierdził to starszy, który też nie jadł.
    25 czerwca dzieci zostały zabrane do Domu Dziecka w Kołdrąbiu. Był to najsmutniejszy dzień w życiu Teresy. W obecności kuratorów, wychowawców z Domu Dziecka i policjantów nie stawiała oporu. Być może teraz postąpiłaby inaczej. - Małego wyciągnęli mi z łóżka. Lubił sobie dłużej pospać - wspomina z żalem matka.
   
ODWIEDZINY W DOMU
    Po pomoc zwróciła się do sołtys Marii Chmielewskiej. Często ją odwiedza, ponieważ to jedyna osoba, która podtrzymuje ją na duchu i pozwala wierzyć, że odzyska dzieci. Sołtys motywuje Teresę do walki o odzyskanie dzieci i dożywotnie rozstanie z nałogiem.
    Kobieta podjęła terapię odwykową. Robi to przede wszystkim dla dzieci. Nie pije i wierzy, że to pierwszy krok do tego, by dać sobie i dzieciom nadzieję, że znów rodzina będzie w komplecie.     Ojciec chłopców nie podjął terapii.
    - Mąż też chce przestać pić. Obiecał, że kropli nie ruszy. I jak na razie nie pije - cieszy się kobieta.
Maria Chmielewska, emerytowana nauczycielka, nie ukrywa, że jest zbulwersowana działaniami sądu.
    - Ja odwiedzając te dzieci 3 lipca w Domu Dziecka zauważyłam, że wyrządzono im krzywdę, jakiej w życiu nie zaznały. Przecież były ubrane, zadbane, miały jedzenie. Nie brakowało im niczego. W innych rodzinach w Brzyskorzystwi dzieci są zaniedbane. Gdyby to, że chłopy popijają miało być jedyną przyczyną dla odebrania dzieci, to wszystkim rodzinom w Brzyskorzystwi dzieci powinno się odebrać. Dlaczego innym nie odebrali? Tym dzieciom wyrządzono okropną krzywdę. Witek jest załamany psychicznie. Zwrócił się do mnie słowami: „Czy mogłaby się pani postarać, żebym chociaż na 2 dni mógł pojechać do domu, a przy okazji kolegów odwiedzić”. Ja znam to dziecko. Jest pracowity. Nie miał problemów w nauce. Zdolny. Nigdy nie było z nim problemów wychowawczych - wspomina pani sołtys.
    Maria Chmielewska dała nastolatkowi słowo, że zrobi wszystko, by mógł odwiedzić dom rodzinny. 3 sierpnia wybrała się do sądu na rozmowę z kuratorem Henrykiem Pawlaczykiem. Zapytała, co należy zrobić, by dzieci mogły chociaż na sobotę i niedzielę znaleźć się w domu.
    - Pan kurator mówi: - „Z chwilą umieszczenia dzieci w Domu Dziecka my nie mamy do nich nic. To jest w kompetencji pani dyrektor Domu Dziecka”. Pojechałam zadowolona do Brzyskorzystwi. Poszłam do matki i mówię: - „Jedziemy po dzieciaki”. Zajeżdżamy do Domu Dziecka, a pani dyrektor oświadcza, że na urlopowanie dzieci musi być zezwolenie sądu. Poprosiłam zatem, by zadzwoniła do pana Pawlaczyka i zapytała, dlaczego mnie okłamał. Pani dyrektor zadzwoniła i okazało się, że pan Pawlaczyk jest na urlopie. Pani dyrektor rozmawiała z panią kurator. Po rozmowie dyrektor poinformowała nas, że w sądzie będzie na nas czekała pani kurator, przywieziemy zaświadczenie i dzieci będziemy mogli zabrać do domu. Wsiedliśmy do samochodu i przyjechaliśmy do sądu. W sądzie nam powiedzieli, że pani kurator wyjechała. Wtedy zadzwoniłam do pani dyrektor i powiedziałam, że uzyskanie zaświadczenia nie jest takie proste. Zdenerwowałam się. Dzieci wiedziały, że jedziemy po nie. Daliśmy im nadzieje, które zostały zawiedzione. 10 sierpnia ponownie zapytałam w sekretariacie wydziału dla nieletnich, czy dzieci będą mogły być urlopowane 29 i 30 sierpnia. Usłyszałam odpowiedź, że tak. 30 sierpnia poszłam więc do W. i pytam: - „A dzieci gdzie?” A oni: „Dzieciaków nam nie dali” - nie kryje oburzenia pani sołtys.
    Teresa W. nie kryje, że z ogromnym żalem przyjęła wiadomość, że dzieci nie będą mogły przyjechać do domu. Miała wielką nadzieję, podobnie jak dzieci. Podjęła kolejną próbę. W ubiegłym tygodniu złożyła wniosek o całkowite urlopowanie dzieci. Chodzi o to, by Witek i Janusz co tydzień mogli przyjeżdżać do domu na weekend. Czeka na odpowiedź.
    Teresa W. bardzo często odwiedza chłopców w Domu Dziecka w Kołdrąbiu. - U dzieci byliśmy ostatnio we wtorek (11 września - am) Tęsknią. Czują rozłąkę. Najczęściej pytają się, kiedy wrócą do domu. To najczęściej zadawane przez nich pytanie. Ja im wtedy odpowiadam, ze staram się jak mogę. To moje leczenie... To wszystko dla nich robię. Starszy syn jest bardzo załamany. Kiedy odjeżdżamy, czeka aż zniknie samochód. Kiedy się nie widzimy, dzwoni pięć razy na dzień. I wciąż pyta kiedy wróci - nie kryje łez matka.
    Na wcześniej złożony przez Teresę W. wniosek o urlopowanie dzieci, pod nieobecność prezesa sądu sędzia Tomasz Michalak zwrócił się z pytaniem do kuratora, czy zachodzą przesłanki do wyrażenia zgody na urlopowanie dzieci. Kurator nie widział przeszkód, by dzieci były urlopowane na próbę. W tym czasie Teresa W. złożyła do sądu drugi wniosek, o zgodę na urlopowanie dzieci w każdy weekend.
    18 września prezes otrzymał odpowiedź od dyrektor Domu Dziecka w Kołdrąbiu, że nie widzi przeszkód, by chłopcy mogli w każdy weekend jechać do domu. Pani dyrektor w swym piśmie nadmieniła, że dzieci są odwiedzane przez rodziców oraz zauważalne są więzi emocjonalne.
Jacek Krysztofiak prawdopodobnie wyrazi zgodę na urlopowanie chłopców w każdym weekend.
Martwi się jednak, że terapię odwykową podjęła tylko matka.
    - Matka podjęła leczenie, ale takiej potrzeby nie widzi ojciec. Jest bezkrytyczny wobec swojego nałogu - mówi prezes.
   
DYREKTOR DOMU DZIECKA: NA PRÓBĘ NA WEEKEND
    Teresa W. kontynuuje leczenie odwykowe już trzeci miesiąc. Jeździ do Żnina 3 razy w tygodniu do trzech różnych konsultantów. Czy jest szansa, że matka odzyska dzieci? Prezes sądu wyjaśnia, że w głównej mierze jest to uzależnione od kontynuacji leczenia odwykowego w dłuższym czasie. Jeśli rodzice będą kontynuować terapię odwykową, w kwietniu przyszłego roku będą mogli złożyć wniosek o odzyskanie dzieci.
    - Ja uważam, że dzieci powinny być w domu z rodzicami - uważa prezes.
    Dyrektor Domu Dziecka Caritas w Kołdrąbiu Maria Mrowińska mówi, że chłopcy mają stały kontakt z rodziną i czują się w placówce bardzo dobrze. Nie ukrywa, że przynajmniej 2 lub 3 razy w tygodniu któryś z rodziców odwiedza dzieci. Pani dyrektor dodaje, że przyjeżdża również siostra, a nawet sołtys i pracodawca ojca chłopców.
    - Chłopcy funkcjonują bardzo dobrze. Witold chodzi do III klasy gimnazjum w Janowcu. Janusz do przedszkola. Żadnych problemów wychowawczych z nimi nie mamy. Myślę, że na próbę na weekend może warto byłoby dzieci wysyłać do domu. Powrotu stałego na razie nie widzę. Powrót na stałe jest uzależniony od tego, by rodzice przestali pić - wyjaśnia pani dyrektor.

Arkadiusz Majszak
Pałuki 38/2007
Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry