Okradziony, zbity i skrępowany  - umarł
   
    Ostatni raz żywego mieszkańca Zalesia Barcińskiego Józefa P. mieszkańcy wsi widzieli w czwartek. Później widzieć go mogli już tylko jego zabójcy, którzy wtargnęli na położoną pod lasem, na skraju wsi posesję. Dopiero we wtorek rano zwłoki umęczonego mężczyzny odnalazła jego sąsiadka.


panfil3.jpg
Prosiaki wałęsały się po okolicy i dzięki temu przeżyły przez 5 dni, choć nikt ich nie karmił - zakładając, że pan Józef P. nie żył już od czwartku wieczorem, bądź piątkowego ranka.
fot. Karol Gapiński

    Samotny 77-letni Józef P. mieszkał w Zalesiu Barcińskim na uboczu wsi, kilkaset metrów od lasu. Posiadał kilkanaście hektarów pola, ale większość wydzierżawiał, bo sił już brakowało do gospodarzenia. Hodował tylko małe stadko trzody chlewnej i bydła. Sam uprawiał hektar, bądź dwa, aby wyprodukować żywność dla swojej hodowli. Trzy psy chadzały po podwórzu. Zwykłe kundelki, żaden z nich nie mógł zrobić krzywdy zbrodniarzom, którzy zaatakowali Józefa P. w zeszłym tygodniu.
   
OSTATNI CZWARTEK
    Tydzień temu jak zwykle Józefa P. odwiedziła sąsiadka, która w ostatnich latach pomagała mu w miarę wolnego czasu w utrzymaniu gospodarstwa. Tamtego dnia była mowa również o tym, że pan Józef zamierza oddać do skupu kilka swoich tuczników. Sąsiadka umówiła się z nim, że we wtorek jej mąż świnie zawiezie do skupu, bo sam również zamierza sprzedać kilka swoich sztuk. Pani M. zapowiedziała więc panu Józefowi, że  przyjdzie we wtorek.
Od tamtej pory nikt już, oprócz zabójców, nie widział Józefa P. żywego. Można wnosić, że zabity został jeszcze w czwartek. Dzień później bowiem jego gospodarstwo odwiedziła  pani z Barcina, która zajmuje się handlem obwoźnym i regularnie dowoziła panu Józefowi podstawowe produkty spożywcze i papierosy. Tego ranka jednak drzwi pana Józefa były zamknięte, ale Marzena R. nie musiała się tym wcale niepokoić, bo przecież to mogło oznaczać, że gospodarz gdzieś wyszedł, albo wyjechał ciągnikiem. Dlatego powiesiła zakupy dla gospodarza na furtce i pojechała dalej.
    Józef P. tego chleba nie ściągnął z furtki. Zrobiły to po kilku dniach zapewne podwórkowe psy, którym zaczął doskwierać głód, gdy nikt ich nie karmił.
    Komisarz Krzysztof Jaźwiński, oficer prasowy w Komendzie Powiatowej Policji w Żninie, każe się wstrzymać z przyjęciem ostatecznej chwili zgonu do czasu otrzymania wyników sekcji zwłok Józefa P.
   
MAKABRYCZNE ODKRYCIE
    Pani M., sąsiadka pomagająca starszemu panu, przyszła we wtorek.
    – Od razu zdziwił mnie brak ciągnika. Pan Józef miał tu na podwórzu takiego „ursusa” C 360. Żółtego, jeszcze z lat osiemdziesiątych. Powiem panu też, że nie widziałam wszystkich zwierząt. Brakowało na pewno tych średnich świnek, warchlaków. Jednej krowy też nie widziałam. Ale pozostałe zwierzęta były w zagrodzie. Dodam, że chlew i obora pana Józefa mieściły się w budynku bez drzwi, bo zwierzęta chowały się bezuwięziowo i mogły sobie wychodzić nieraz na cały dzień. Ale wieczorem zawsze wracały. Nie było takiej sytuacji, że odeszły gdzieś daleko i się zgubiły. Dlatego brak kilku stworzeń aż tak mnie nie zdziwił, jak brak tego ciągnika. Nie chciało mi się wierzyć, że pan Józef gdzieś już nim wyjechał tak rano. Było przecież dopiero coś około wpół do ósmej – opowiada pani M.
    Na brak ciągnika zwrócił też uwagę w sobotę kuzyn córki Józefa P., który tamtego dnia chciał go odwiedzić. Zobaczył jednak klucz w drzwiach i brak traktora więc wyciągnął wniosek, że pan Józef gdzieś na chwilę wyjechał. – Dlatego nie zajrzałem do środka. A pani współczuję, bo to musiało być wstrząsające odkrycie – mówi do sąsiadki swego zmarłego krewnego mężczyzna.
    Pani M. kontynuuje relację: - Weszłam do środka.  Było zimno. Nawet nie widziałam na początku pana Józefa. Dopiero po chwili dostrzegłam go skulonego na podłodze. Linkami miał związane ręce i nogi. Był ubrany w golf, a spodnie opuszczone do kolan. To było jego codzienne odzienie, nie do spania, więc pewnie nie zaskoczyli go podczas snu. Ja nie przyglądałam się temu długo. Od razu pomyślałam, że nie żyje. Nie było widać żadnych oznak życia. Wyglądał jak umarły. Jakiś większych śladów pobicia nie widziałam. Byłam w szoku, wybiegłam natychmiast.
- Nie mógł się bronić. To taki chuderlaczek był. Ja, jak bym ich dorwał, to od razu powiesił bym na słupie, albo wrzucił do wody! Nie mogli zabrać, co chcieli i zostawić chłopa w spokoju? – pytał później retorycznie jednego z policjantów przyjaciel zabitego.
   
DZIESIĄTKI FUNKCJONARIUSZY
    Na miejscu wkrótce pojawiło się kilkudziesięciu policjantów ze Żnina, z Komendy Wojewódzkiej Policji w Bydgoszczy,  z Barcina, z Prokuratury Rejonowej w Szubinie, z laboratorium kryminalistycznego oraz technicy policyjni. Lekarz wezwany z Zakładu Medycyny Sądowej stwierdził zgon Józefa P., jednak nie podał przyczyn zgonu, ani czasu, kiedy to się stało.
     – Nie należy się temu dziwić, bo lekarze czekają zawsze w takich przypadkach, gdy przyczyna śmierci nie jest wyraźna, z wydaniem opinii do czasu sekcji zwłok i wyników z laboratorium. A czasami nawet jeszcze wtedy wstrzymują się z wydaniem ostatecznej decyzji, aż do potwierdzenia wyników analiz laboratoryjnych. Nie wiemy też w związku z brakiem ostatecznych wyników sekcji, jak zakwalifikujemy ten czyn. To mogło być zabójstwo na tle rabunkowym, zwykłe zabójstwo, śmierć wskutek pobicia, albo też np. śmierć przeżyciowa, jeśli np. okazałoby się, że ustanie czynności życiowych nastąpiło wskutek zawału serca. Nie mogę też zbyt wiele mówić na temat postępów w śledztwie, a to wszystko dla dobra tego śledztwa – powiedział nam wczoraj szef Prokuratury Rejonowej w Szubinie Dariusz Mańkowski.
    Komisarz Krzysztof Jaźwiński poinformował, że denat nie miał rozbitej czaszki, jak to później rozeszło się w okolicy wskutek różnego rodzaju plotek. Miał natomiast zasinienia, krwawiące rany naskórka głowy i twarzy, które na pewno były efektem działań osób trzecich. Na pewno też, co potwierdza Dariusz Mańkowski, zbrodnia opierała się na tle rabunkowym. Zresztą, jak wynikało z inwentaryzacji majątku w gospodarstwie, w którym pomagała pani M., oprócz ciągnika i kilku zwierząt brakowało też siewnika. - Dotychczas panu Józefowi kradli takie drobiazgi, ci złomiarze po prostu. Narzekał, że to mu młotek, a to siekierkę ukradli – mówiła pani M.
    Nie udało się natomiast zbrodniarzom ukraść z garażu daewoo tico pana Józefa. Do samochodu był podpięty łańcuch. Pani M. powiedziała, że ostatnio pan Józef P. miał problemy z uruchamianiem silnika tego samochodu. – Nie wiem, czy coś ukradli z samego mieszkania, bo po prostu nie wiem, co tam wcześniej nasz sąsiad miał – stwierdza pani M. Szafki jednak, jak informuje komisarz Krzysztof Jaźwiński, były w domu pootwierane, co świadczy, że napastnicy szukali łupów.
    Jak się dowiedzieliśmy od Dariusza Mańkowskiego, udało się na miejscu zabezpieczyć ślady daktyloskopijne i ślady innego rodzaju. – Wiem dużo więcej niż pan w tej chwili na  temat tego zdarzenia, jednak dla dobra dochodzenia na razie nie mogę ujawniać szczegółów, i proszę, niech pan mnie nie ciągnie za język – powiedział reporterowi Pałuk szef szubińskiej prokuratury.
   
POPRAWKA, CZY SPRAWY BEZ ZWIĄZKU?
    Natomiast nie wiedział pan prokurator, że już 8 lat temu Józef P. padł ofiarą brutalnego ataku napastników, którzy wtargnęli do jego domu, związali go, wyrwali telefon, aby nie mógł dzwonić na policję, zabrali mu pieniądze i wrzucili do piwnicy. Wówczas jeszcze dużo sprawniejszy Józef P. zdołał się wydostać z więzów i dojść do sąsiadów, aby dzwonili po pomoc. Wtedy sprawców nie udało się ująć.
    Zdaniem policji i prokuratury sprawy te mogą mieć związek. Niewykluczone, że rozochoceni udanym napadem przestępcy ponowili atak. Tak jednak być nie musi. – Nie pamiętam tej sprawy, nawet chyba jeszcze wtedy nie pracowałem w tutejszej prokuraturze. Osiem lat jednak to dość dawno. Nie wiem, czy te sprawy mogą mieć jakiś związek poza tym, że ofiarą jest ta sama osoba – powiedział Dariusz Mańkowski.
    Prace dochodzeniowe w ostatni wtorek trwały na miejscu zbrodni aż do późnego wieczora.
   
ZAPACHY, KREW W TICO I W CHLEWIE
    Przy pomocy sąsiadów i sołtysa Zalesia Stefana Fojutowskiego oraz urzędników gminy Barcin, którzy na czele z zastępcą kierownika referatu budownictwa, gospodarki przestrzennej i ochrony środowiska Markiem Palickim przybyli na miejsce tragedii, udało się zapewnić przechowanie tymczasowe dla sprzętów należących do ofiary. Zabezpieczono samochód i co cenniejsze maszyny.
    Jak już wspomnieliśmy, większą część zwierząt odzyskano, ale zbrodniarze dokonali zapewne rzezi części bydła i trzody. Krew była w chlewie. Krew również była na tylnych siedzeniach tico. Prawdopodobnie wrzucili tam zabite sztuki, albo sami zachlapali ten samochód krwią po wyrżnięciu zwierząt. W samochodzie śmierdziała ropa, prawdopodobnie po to rozlana przez sprawców, ażeby zatrzeć ślady zapachowe.
    Jak sądzi pan sołtys, sprawcy być może podczepili pod skradzionego ursusa siewnik, aby do niego wrzucić zabite zwierzęta.
    Ocalałe zwierzęta i cały majątek zinwentaryzowano w obecności córki Józefa P., która mieszka w Bydgoszczy. Po sąsiedzku kilku gospodarzy skupiło 5 tuczników, 6 prosiąt, krowę i byczka. Wczoraj znaleźli się kolejni nabywcy dla niewyrośniętego tucznika i maciory. Psy do schroniska zobowiązała się zabrać gmina, a zostały jeszcze trzy małe kotki z matką, które wczoraj dokarmiali mlekiem państwo Fojutowscy. W okolicy nie odnaleziono żywych, ani padłych sztuk, które mogłyby pochodzić z hodowli zamordowanego.

Karol Gapiński
Pałuki nr (42/2007)

Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry