Ofiary nieuczciwego pośrednictwa mogą liczyć na sprawiedliwość
   

   
Dwoje barcinian wpłaciło pośrednikom ze Złotowa łącznie 900 zł, w zamian za załatwienie legalnej pracy w Niemczech. Pośrednicy pracy nie załatwili, nie oddali też pieniędzy. Poszkodowani mówią, że nie tylko oni zostali oszukani. Chcą się zorganizować, żeby walczyć o swoje.

    Dla ludzi, którzy w Polsce nie mogą obecnie znaleźć pracy, słowo reich oznacza nadzieję na poprawę swojej sytuacji. Reich w ich slangu to Niemcy, kraina, w której w krótkim czasie można zarobić pieniądze na życiowy start w Polsce, a może i zdobyć potrzebne kontakty, które zaowocowałyby w przyszłości.
    Zdarza się, że osoby ogarnięte wizją Reichu padają ofiarami pośredników, którzy obiecują za pieniądze załatwić pracę w Niemczech. Później nic z tego nie wychodzi. Wyprowadzeni w pole, głównie młodzi ludzie, tracą włożone (bo trudno tu mówić o zainwestowanych) pieniądze.
    Tak też było z dwojgiem barcinian, którzy przed rokiem zaufali duetowi pośredników ze Złotowa.
   
BEZ PRACY
    Ofiary nieuczciwych pośredników nie chcą upubliczniać swych nazwisk. Mieszkają w Barcinie. Mają po 20 lub nieco więcej lat, niedawno skończyli się uczyć. Po ukończeniu szkół nie mogli znaleźć żadnej pracy. Wreszcie pod koniec zeszłego roku nawiązali kontakt z parą mieszkańców Złotowa w gminie Barcin. Dzięki nim pojawiła się szansa na pracę sezonową w Niemczech. Młodzi barcinianie zgłosili chęć skorzystania z propozycji przedstawionych przez złotowian.
   
KUZYN ZAŁATWI NA SZPARAGI
    Dziewczyna podkreśla, że kiedy pojawiła się propozycja, nie widziała ryzyka w tym, że trzeba przekazać pośrednikowi załatwiającemu pracę pieniądze w gotówce.
    - Ci pośrednicy, to pan Mariusz K. i jego partnerka. To miał być nawet jakiś dalszy kuzyn mojego taty, więc nie wydawało się mnie i mojej rodzinie, że mogą nas oszukać. Nie podpisaliśmy też żadnych umów z pośrednikami. Po prostu przekazaliśmy im gotówkę. Mówili, że mają w Niemczech kontakty, i że już w poprzednich latach załatwiali ludziom pracę - mówi barcinianka.  
    Jednocześnie do pośredników ze Złotowa zgłaszali się inni mieszkańcy. Mieli mieć załatwione pozwolenie na pracę.
    - Brali nawet dokumenty, ksero paszportów. To miała być legalna praca. Zapewniali, że trzeba przesłać papiery do Niemiec, a oni mają kontakty, i to uczynią. Wzięli od nas 400 i 500 zł potrzebnych na koszta. Mieliśmy pracować sezonowo. Oni te pieniądze zbierali od chętnych jakoś od jesieni zeszłego roku. Wiosną, już w b.r. mieliśmy jechać do Niemiec. Do szparagów, kwiatów, truskawek, bądź tym podobnych prac. Do czego konkretnie, miało się okazać w przyszłości - powiedzieli młodzi.
   
ZREZYGNOWALI W POLSCE
    Po wpłaceniu pieniędzy oczekiwali na sygnał ze Złotowa. Uzbroili się w cierpliwość.
    - W międzyczasie pojawiła się przede mną inna propozycja. To było 3 tygodnie przed planowanym pierwotnie terminem wyjazdu do Niemiec. Okazało się, że mam też szansę sezonowo popracować tutaj, na miejscu w Polsce. Ale odmówiłem, bo pieniądze na Niemcy już miałem wpłacone, a zresztą przecież za zachodnią granicą można było zarobić zdecydowanie więcej pieniędzy. Tym bardziej, że kiedy trzeba było znaleźć pieniądze na wpłatę dla pośredników, zadłużyłem się w tym celu u mamy - wspomina chłopak.
    - Oni nawet zaproponowali, że za dodatkowe pieniądze, kiedy przyjdzie czas, zapewnić nam mogą nawet przewiezienie nas do pracy, na miejsce w Niemczech - kontynuuje dziewczyna.
   
TERMINY PRZENOSZONE
    Pierwszy termin wyjazdu do Niemiec pośrednicy zapowiedzieli na drugi dzień świąt wielkanocnych.
    - Z tego, co wiemy, to wtedy rzeczywiście pojechało do pracy w Niemczech 2 ludzi będących również klientami pośredników ze Złotowa. Ale jak się później okazało, to byli bodaj jedyni, którym oni tę pracę załatwili. Później już nikt nie pojechał. Następnie przenieśli nam termin wyjazdu na maj. Powtarzali, że jeszcze czekają na pozwolenie na pracę i kiedy ono dotrze, to zaraz będziemy mogli wyjechać. W czerwcu zdaliśmy sobie sprawę, że z tego wyjazdu już nic konkretnego nie będzie. Później przez jakiś czas ich w Polsce nie było, sami chyba byli w Niemczech, z tego co wiemy. Nie mogliśmy się z nimi skontaktować - kontynuuje dwoje oszukanych.
   
NIE DADZĄ?
    Pod koniec sierpnia poszkodowanym udało się na nowo nawiązać kontakt z pośrednikami. Do Złotowa kilkakrotnie jeździł tata dziewczyny, ale nie odzyskał pieniędzy.
    Skutków nie przynosiły bardzo ostre w treściach telefony żądające zwrotu pieniędzy. - 15 listopada pani pośredniczka powiedziała, że w ogóle nie odda pieniędzy - żali się poszkodowana dwójka, która podkreśla, że prawdopodobnie są i inne osoby, którym pieniędzy na poczet niedoszłego wyjazdu do Niemiec nie oddano.
    - Teraz ta pani już tylko rzuca słuchawką, kiedy się do niej dzwoni - kończą.
   
A MOŻE JEDNAK ZWRÓCĄ PIENIĄDZE
    Postanowiliśmy zadzwonić do Złotowa i my. Mariusza K. nie było w domu. Rozmawiała z nami pośredniczka:
    - Jestem w tym temacie zorientowana i wiem, że informacje o tych pieniądzach macie od pani... (tu pada prawdziwe nazwisko barcinianki, przypis kg).
    Czy są jeszcze inni poszkodowani, czy poza wspomnianą dwójką barcinian, ktoś jeszcze wpłacił pośrednikom pieniądze?
    - Rozmawiałam tylko z panią... i ona dobrze wie, że ja pieniążki jej oddam. Tylko po prostu chodzi o to, że ja w tej chwili dopiero co niedawno urodziłam dziecko i wyszłam ze szpitala i nie jestem w stanie się nawet ruszyć - mówi pośredniczka ze Złotowa.
    My tłumaczymy: - Zainteresowani twierdzą, że termin oddania pieniędzy już pani kilkakrotnie przesuwała. A, że nic do tej pory z tego nie wyszło, to oni stracili już zaufanie.
    W odpowiedzi słyszę: - Ach tak. To niech pan ich poinformuje, żeby nie tracili tego zaufania i przestali mi się odgrażać.
    Na pytanie, czy pieniądze zostaną oddane, i kiedy do tego dojdzie, pośredniczka odpowiedziała, że uczyni to do połowy grudnia. Po czym odłożyła słuchawkę.
    Mama barcinianki ma jednak wątpliwości, czy rzeczywiście pieniądze do połowy grudnia zostaną oddane, gdyż pani pośredniczka mamiła już swe ofiary wcześniejszymi terminami, z których jednak nic nie wyszło.
   
ZEZNANIA TEŻ SĄ DOWODEM DO PROKURATURY
    Poszkodowani martwią się, że nie mają żadnych papierów, umów na to, że przekazali pieniądze.
    Jednak Jan Bednarek, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Bydgoszczy oznajmił, że poszkodowani nie muszą tracić ducha, gdyż mają szansę i bez dowodów w papierach walczyć o swoje pieniądze i o karę dla tych, którzy gotówkę wyłudzili.
    - W sprawie karnej nie potrzeba dowodów w postaci dokumentów. Jeśli poszkodowany ma uzasadnione podejrzenie popełnienia przestępstwa. Tu nie ma problemu, nawet jeśli ustnie zawarto transakcję zaliczkową i przekazano pieniądze bez pism. Polecenia właściwej Prokuraturze Rejonowej (czyli w opisywanym przypadku prokuraturze szubińskiej, przypis kg) wszczęcia dochodzenia, nie mogę wydać. Ale zeznania poszkodowanych starczyć mogą za wystarczający dowód, który zdecyduje o skierowaniu sprawy do sądu. To trzeba prowadzić w kierunku podejrzenia wyłudzenia. W skali całej naszej prokuratury okręgowej, to nie jest pierwszy tego typu przypadek. Wiemy o innych, podobnych. Poszkodowani powinni do swojej prokuratury napisać w kilku zdaniach, że pobrano od nich zaliczki, niczego nie organizując w zamian, i że teraz tych pieniędzy nie można odzyskać. Nie mamy podstaw w takich przypadkach, żeby nie wierzyć pokrzywdzonym. Musielibyśmy chyba znaleźć wyjątkową przesłankę, żeby im nie wierzyć - tak rzecznik rysuje przed pokrzywdzonymi ich prawne możliwości.

Karol Gapiński
Pałuki nr 615 (48/2003)
Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry