Tu drukowano niezależne pismo chłopskie Żywią i Bronią
     
      W latach 1984-1985 w Wenecji, w domu Bronisława Gila działała tajna drukarnia podziemnej Solidarności. Przedstawiamy dziś jej historię, technikę pracy i ludzi, którzy w niej działali.

    POWSTANIE DRUKARNI

    Pod koniec lutego lub na początku marca 1984 r. zrodził się pomysł, by w zasięgu działania Solidarności w Żninie otworzyć drukarnię. - Drukarnia w Bydgoszczy była namierzona i trzeba było przenieść jej produkcję gdzie indziej, aby zmylić tropy. Zwrócono się do nas, czy nie moglibyśmy drukować - wspomina Andrzej Wybrański, długoletni nauczyciel matematyki żnińskiego LO, wybrany przed wprowadzeniem stanu wojennego przewodniczącym Solidarności Ziemi Pałuckiej. Z projektem uruchomienia drukarni Andrzej Wybrański zwrócił się do Dominika Księskiego, który na jesieni 1983 roku świeżo wstąpił do zdelegalizowanego wówczas związku. Dominik Księski - polonista po specjalizacji edytorstwo, mający z czasów strajków studenckich w Poznaniu praktykę w obsłudze powielaczy, z entuzjazmem odniósł się do pomysłu.
    Na lokalizację drukarni Andrzej Wybrański wybrał dom Bronisława Gila, członka Solidarności mieszkającego w Wenecji, wcześniej przewodniczącego koła Solidarności Grupy Remontowo-Budowlanej, wznoszącej ośrodek ZSMP w Wenecji; zwolnionego z pracy w maju 1982 roku i utrzymującego się następnie z uprawy porzeczek.Po uzyskaniu jego zgody Andrzej Wybrański i Dominik Księski wybrali się do Wenecji, gdzie omówili zasady organizacji pracy przedsięwzięcia, którego się podejmowali.
    Szefem drukarni i osobą za nią odpowiedzialną był Dominik Księski, który wraz z Bronisławem Gilem bezpośrednio uczestniczył w drukowaniu. Sprzęt do powielania został przywieziony z Bydgoszczy. Tego, jak wygląda drukowanie przy pomocy sitodruku w praktyce, uczył Księskiego i Gila Tadeusz Jaskulski z Bydgoszczy, który obok Solidarności działał także w Komitecie Prymasowskim. Był on w Wenecji dwa razy.
    O funkcjonowaniu drukarni w Wenecji obok Wybrańskiego i Jaskulskiego wiedzieli także Henryk Tokarz, Stanisław Raczyński oraz Marek Koczwara z Bydgoszczy, który przekazywał diapozytywy. Z osób spoza związku - Adam Cenian z Gdańska i Józef Kaźmierski z Bydgoszczy, którzy odpoczywali u Bronisława Gila w czasie, gdy drukarnia funkcjonowała.

    PRZYGOTOWALNIA

    Drukarnia wykonywała ulotki i gazety, dostarczane na gotowych diapozytywach z Bydgoszczy, miała również własną przygotowalnię.

    - By powstała nasza ulotka, najpierw pracowicie wyciskałem literka po literce tekst lettrasetem, następnie na niskoczułej kliszy (15 DIN, miałem też kilka rolek siódemki) fotografowałem to zwykłą lustrzanką z zakupionym na te potrzeby mieszkiem reprodukcyjnym zaopatrzonym w obiektyw powiększalnika "Krokus". Wywoływałem to sam w koreksie, po czym następowała najważniejsza faza: zrobienie odbitki na przezroczystym papierze światłoczułym, który był na wagę złota. Odbitkę robiło się tak samo, jak zwykłe zdjęcie, tylko powstawała na przezroczystej kliszy formatu A4 lub A5, zwanej diapozytywem - objaśnia szef drukarni. Makiety ulotek za pomocą lettrasetu robił także Jerzy Zawadzki, przyjaciel Bronisława Gila, na stałe zamieszkały w Chełmie Lubelskim, a czasowo przemieszkujący u Gila.
    Można też było czytelnym charakterem pisma pisać bezpośrednio na folii lub na kalce technicznej. Pisywał na folii Jerzy - miał bardzo ładny, techniczny charakter pisma, wykonywał teksty z niezwykłą starannością, bez pośpiechu.
    Pisał także na kalce Dominik Księski, usiłując, by nie robić tego swoim charakterem pisma. Jednego jednak razu wydrukowana w 1984 roku ulotka na odległość zdradzała autora. Wtedy Księski zawiózł ją na obcy teren, do Poznania, sprezentował Izie Wiedmied i Markowi Jurkowi - swym towarzyszom ze strajku studenckiego i tam zostały wykorzystane.

    Fotografowano także teksty napisane na maszynie do pisania. By zminimalizować szansę na odkrycie maszyny, na której napisano dany tekst, który pojawiał się później na ulotkach, do fotografowania wykorzystywano pierwszą kopię po kalce, a nie oryginał.

    TECHNIKA DRUKU

    - Pierwsze nasze sito powstało w oparciu o ramę od obrazu, którą Bronek znalazł gdzieś na strychu. Nie nadawało się do powielania, było za duże i nieporęczne. Nawet w balii się nie mieściło - wspomina Dominik Księski. - Drugie było już mniejsze, łatwiej było je zaprawiać i płukać. Na początku drukowaliśmy w nie używanym pokoju po lewej stronie od wejścia, w którym Bronek miał sadzonki jakieś i kwiatki. Bałem się, że pozdychają od oparów formaliny, ale jakoś żyły. Potem przenieśliśmy się do garażu. Po zakończeniu roboty wszystko rozmontowywaliśmy i ukrywaliśmy.
    Drukowane ulotki powstawały przy wykorzystaniu techniki sitodruku. Wykorzystywano tkaninę o osnowie 75-150 nitek na cal (w dzisiejszej technice komputerowej te wartości określa się mianem DPI). Taką gęstą tkaninę, naciągniętą na drewnianą ramę o wymiarach około 30 na 40 cm, nasączano emulsją światłoczułą. Na tym etapie bardzo ważne było pokrycie siatki równą warstwą emulsji, bez niedolewek i dziurek, każda dziurka bowiem powodowała przy powielaniu pojawianie się na kartce kleksa. Emulsję wykonywano z żelatyny, wody i dwuchromianu potasu.
    Po wyschnięciu emulsji kładło się na sito wzornik: kliszę (kalkę) z tekstem czy ilustracją i dociskano diapozytyw do sita szybą. Następnie naświetlano całość lampą halogenową (od 20 sekund do kilku minut - w zależności od odległości lampy i charakteru drukowanego materiału).
    Naświetlone sito płukało się we wrzącej wodzie, pełniącej rolę wywoływacza. Części nienaświetlone wypłukiwały się, a naświetlone - nie. Patrząc pod światło, sprawdzano wizualnie czy sito nadaje się do drukowania. Następnie całość utrwalano roztworem formaliny.
    Farbę drukarską uzyskiwano z pasty BHP, do której dodawało się tusz, barwnik indygo lub farbę akrylową. Gotowe sito stawiano na ryzie papieru, nakładało się nań farbę drukarską. Przeciągało się w tę i z powrotem raklem, za który służyła ściągarka do mycia szyb.

    - Podnosiło się sito i było widać gotową ulotkę. Wielka radość, gdy była udana. Choć niekiedy sito trzeba było wykonywać 2 razy, nim się udało. Takim sitem można było wykonać około 1500 ulotek, fachowcy w tej dziedzinie dochodzili do 5000 sztuk z jednego sita - wspomina Bronisław Gil.

    Po wykonaniu ulotek odzyskiwano materiał na sito, które było towarem deficytowym. Utrwalony wzór wypłukiwano wodorotlenkiem sodowym i wrzątkiem. - Paznokcie się od tego wywijały - mówią zgodnie o tym etapie drukarze z Wenecji. Po kilkunastokrotnym (czasem tylko kilkukrotnym, jeśli myło się sito zbyt silnym roztworem) użyciu sito się rozłaziło. Trzeba było na ramkę naciągnąć nową tkaninę. W Polsce była nie do kupienia, płótno dostarczali przyjaciele z Zachodu za pośrednictwem centralnych struktur Solidarności. Był to materiał strategiczny.
    W trakcie działalności drukarnia w Wenecji obdarowana została przez rolnika spod Bydgoszczy małą offsetową maszyną drukarską. Sprzęt okazał się niekompletny i nigdy nie został uruchomiony.
    LUDZIE

    Przez pierwsze miesiące działalności drukarni pracą zajmowali się Gil i Księski. Razem rozstawiali sprzęt, drukowali i sprzątali; Księski zajmował się oprócz tego zaopatrzeniem, przygotowalnią, przyjmowaniem zleceń i oddawaniem produkcji do kolportażu.
    W pionierskim okresie działalności współpracował z drukarnią Jerzy Zawadzki, przygotowując wzory druków.
    Ważnym momentem dla jakości powstających ulotek było pojawienie się w Wenecji Piotra Badowskiego, który używał w Wenecji pseudonimu Paweł. On dopiero tak naprawdę nauczył obu weneckich drukarzy fachu.
    Po wyjeździe Piotra Badowskiego w drukarni pojawiał się Dariusz Król, który kilka razy pomagał przy druku.
    PAWEŁ
    Po wprowadzeniu stanu wojennego Piotr Badowski pracował w Zakładach Przemysłu Odzieżowego Modus w Bydgoszczy. Już w styczniu 1982 r. rozpoczął wraz z Tadeuszem Jaskulskim i Wiesławem Węglarzem działalność w nielegalnej solidarnościowej drukarni.
    Około 6.00 1 marca 1984 r. do drzwi domu Badowskiego przy ul. Wodnej w Bydgoszczy (i o tej samej porze do siedmiu innych jeszcze mieszkań osób związanych z bydgoskim podziemiem) zapukała Służba Bezpieczeństwa.

    W domu obok Badowskiego była jego matka oraz żona Krystyna z czteromiesięczną wówczas córką Joanną. Około dziesięciu funkcjonariuszy zaczęło przeprowadzać rewizję. Po domu oprowadzał ich Piotr Badowski, który nie został skuty kajdankami. Żonie udało się ukryć pod dziecięcym łóżeczkiem szyby z diapozytywami, pod kołdrą - jedno z sit, ale wszystkiego nie udało się schować. Esbecy w piwnicy znaleźli zaprawione do druku sita i chemikalia. Na strychu - gotowe ulotki i literaturę.
    Wykorzystując nieuwagę nieproszonych gości, którzy sprawdzali pomieszczenia, Badowski wsunął cicho nogi w buty, nałożył kurtkę i wyszedł z domu. Budynek nie został obstawiony. Przeskoczył przez ogrodzenie i przez ogrody sąsiadów dostał się na ul. Mińską, a następnie skierował swe kroki do przyjaciela Leszka Jankowskiego. W mieszkaniu zastał jego matkę, która udzieliła mu schronienia. Leszek Jankowski powiadomił Czesławę Rywolt, która skontaktowała się z Tadeuszem Jaskulskim, by ten ostrzegł wszystkich w grupie Badowskiego.
    Po południu Piotr Badowski umówił się na pętli tramwajowej na Wilczaku z Jaskulskim. Na spotkanie przyszedł tak ucharakteryzowany, że Jaskulski miał trudności z poznaniem go. Następnie taksówką udali się do domu Czesławy i Ryszarda Rywolt, gdzie poszukiwany spędził pierwszą noc. Tam też otrzymał zastrzyk przeciw tężcowi; był konieczny, gdyż podczas ucieczki Badowski skaleczył się w rękę przeskakując przez płot.
    Kolejny tydzień spędził w akademiku studenckim przy ul. Łużyckiej. Następne siedem dni gościł u Marka Januszewskiego w Więcborku. W Zakrzewskiej Osadzie, u Józefa Kosiniaka, pomieszkiwał do kwietnia. Powrócił do Bydgoszczy, gdzie ulokowano go u Renaty i Leszka Jakubowskich.
    Z mieszkania przy ul. Zamojskiego był dobry punkt obserwacyjny na kasyno policyjne. Stefan Pastuszewski zlecił Pawłowi obserwację tego miejsca i notowanie numerów rejestracyjnych cywilnych samochodów tam się pojawiających. Tam z blondyna Badowski stał się bardzo ciemnym brunetem, dzięki Renacie Jakubowskiej, która ufarbowała mu włosy. Kolejne miejsce pobytu zorganizowano w Grudziądzu, a następnie przewieziony został do Mierzyna koło Nowego Miasta Lubawskiego, do Barbary i Wojciecha Perlik. Pobyt prawie zakończył się dekonspiracją gościa, gdy niespodziewanie przyjechali milicjanci. Badowski uciekł przez kuchenne okno i ukrył się w stogu na polu. Po odjeździe funkcjonariuszy wrócił. Okazało się jednak, że ucieczkę z domu widzieli pracownicy Wojciecha Perlika, którym nie ufał i którzy zaczęli go szantażować. Gość musiał opuścić to lokum.
    Do początku maja schronienie znalazł w miejscowości pod Brodnicą, a później spędził jeden dzień w Toruniu. PKS-em wrócił do Bydgoszczy. Na pętli autobusowej na Błoniu czekał na niego Wojciech Hubnicki z żoną Badowskiego. Było to pierwsze spotkanie Badowskiego z żoną od czasu ucieczki 1 marca. Wcześniej małżonkowie kontaktowali się tylko listownie.
    Starą warszawą przewiezieni zostali do Józefa Waźbińskiego, do Żnina (miejsce u Waźbińskiego uzgodnił wcześniej Andrzej Wybrański). Badowscy przebywali u Waźbińskich ponad dwa tygodnie.
    Pod koniec maja Paweł został ulokowany w Wenecji u Bronisława Gila (przewiózł go małym fiatem Krzysztof Kosmowski), gdzie - z małymi przerwami - mieszkał aż do amnestii. Utrzymanie rezydenta wziął na siebie gościnny gospodarz.
    Na początku lipca około tygodnia przebywał u Jana Kowalskiego w Laskach Małych. - Źle się czułem u tego człowieka, który namawiał mnie do ujawnienia się - wspomina Piotr Badowski, który pieszo wrócił stamtąd do poprzedniego lokum u Gila.
    W lipcu kilka dni poszukiwany spędził w domu należącym do rodziny Jacka Mielcarzewicza w Chomiąży Księżej. - Wtedy odwiedziłem rodzinę w Inowrocławiu. Pod koniec lipca, z Chomiąży Księżej, autobusem PKS udałem się do Bydgoszczy, do mieszkania Tadeusza Jaskulskiego. Akurat moja żona przyszła do Tadeusza, gdy tam byłem. Wróciłem razem z nią do domu, a Jaskulski skontaktował mnie z adwokatem. Po 22 lipca 1984 r., gdy ogłoszono amnestię, ujawniłem się w prokuraturze - dodaje Piotr Badowski. Była to amnestia z 21 lipca, Sejm objął nią między innymi wszystkich skazanych i aresztowanych tymczasowo za czyny o charakterze politycznym. Nie zawierała warunku ujawnienia nielegalnej działalności, jaką się prowadziło. Amnestia nie objęła Bogdana Lisa i aresztowanego z nim Piotra Mierzejewskiego, których sprawę zakwalifikowano jako zdradę ojczyzny.
    - "Paweł" mieszkał u Bronka dwa miesiące? Mnie się wydaje, że to był co najmniej rok - dziwi się Dominik Księski.

    ANEGDOTY

   Praca w drukarni obfitowała w liczne niespodzianki, o których drukarze mogą opowiadać bez końca:
    - Dominik najczęściej przyjeżdżał do Wenecji po pracy rowerem, a wracał do domu późno w nocy. Zazwyczaj odwoziłem go wraz z rowerem "nysą". Kiedyś, zimą Dominik nie miał jak wrócić do Żnina. Drukowaliśmy, nie wiedzieliśmy, co się dzieje na dworze, a tam - zadymka. Wszystko było zasypane. Pożyczyliśmy mu narty i wracał przez Skarbienice i taflę Małego Jeziora. Anna, moja żona cała była niespokojna, czy szczęśliwie wrócił do domu - wspomina Gil.
    W rozkładzie tygodniowym zajęć w szkole Dominik Księski jeden dzień w tygodniu rozpoczynał lekcje dopiero o 13.50, więc rano, od ósmej był już w Wenecji i drukował. Po jednym z takich dni, już w szkole, pisząc temat na tablicy zauważył, że koniec rękawa ma umazany farbą drukarską w charakterystycznym kolorze indygo. Spostrzegawczy obserwator domyśliłby się od razu, czym trudni się polonista w czasie wolnym od pracy. Na najbliższej przerwie możliwość dekonspiracji została zlikwidowana.
    TEMATYKA

    Gotowe diapozytywy zazwyczaj przychodziły z Bydgoszczy. Drukowano Żywią i Bronią, ulotki, kalendarze, kartki okolicznościowe, plakaty.
    Osobą odpowiedzialną za treść ulotek, jakie powstawały w Żninie, był Dominik Księski. Na niektórych ulotkach przedwyborczych pojawiały się fragmenty utworów Ryszarda Krynickiego z tomiku Niewiele więcej, który wydała Oficyna KOS w 1981 r. Wiersz *** Na jaki naród... wydrukowano w formie plakatu w formacie A3, a na kartkach formatu A5 - wiersze: *** Mówiąc, jak mogę walczyć...., *** Ty, który tak łatwo oddajesz swój głos.... Te ulotki zachowały się do dziś, wiszą w biurze Pałuk w Żninie w ramkach na ścianie.

    Drukarnia pracowała pełną parą zawsze przed ważnymi wyborami. - System wyborczy w tamtych czasach przewidywał, że wystawiać kandydatów mogą trzy partie, które notabene miały jeden program, a był to program jedności narodu. Były - a jakże - także tak zwane społeczne kandydatury (w PZPR mówili o nich "nasi bezpartyjni"), ale każda musiała mieć akceptację komitetu PZPR. Kto się nie podobał - nie trafiał na listę, więc w praktyce nie można tego było nazwać wyborami. Nawoływaliśmy do bojkotu wyborów, ponieważ nie było z kogo wybierać - prawdziwych wyborów dokonywała władza już przed wyborami - wyjaśnia Księski.
    Gdy przyjechał Badowski, przygotowywano ulotki, namawiające do bojkotu wyborów do rad narodowych z 17 czerwca 1984 r. Po jego przyjeździe drukarnia obok ulotek zaczęła w szerszym zakresie powielać gazety - głównie Żywią i Bronią, organ Niezależnego Samorządowego Związku Zawodowego Rolników Indywidualnych. Pismo wydawane w formacie A5 najczęściej liczyło od 4 do 6 kartek. Winieta często drukowana była innym kolorem niż litery - na zielono. Tekst - czasem czarny, czasem fioletowy, czasem farbą z barwnikiem indygo.
    Żywią i Bronią, redagowane przez Romana Bartoszcze i jego ojca Michała Bartoszcze, pisało nie tylko o sprawach związanych ze wsią. Drukowano tam teksty odkłamujące historię i opisujące rzeczy, o których się w oficjalnym obiegu nie pisało. Na łamach pojawiały się tematy związane z naszym regionem: pielgrzymka młodzieży maturalnej z technikum rolniczego w Gąsawie, okoliczności śmierci Piotra Bartoszcze; w jednym z numerów mowa jest o Łukaszu Ciemnoczołowskim, działaczu NSZZ RI Solidarność z Janowca Wielkopolskiego, który otrzymał z Wojewódzkiego Związku Hodowców Trzody Chlewnej pismo, że wykorzystuje służbowe zebrania z rolnikami w Łabiszynie i Janowcu Wielkopolskim do wyrażania swoich poglądów i realizacji celów politycznych.
    KOLPORTAŻ

    Gotowe ulotki i gazety drukowane w Wenecji odbierał najczęściej Henryk Tokarz. Czasem zawoził je do niego rowerem Dominik Księski, wracając z ciepłym towarem z pracy w drukarni. Czasem odwoził je Tokarzowi swoją nysą Bronisław Gil. Rozrzucali je zarówno szeregowi członkowie Solidarności, jak i osoby, które z racji wymogów konspiracji i pełnienia innych funkcji w podziemiu nie powinny tego robić.
    Bibuła trafiała na przystanki autobusowe, przed skupy mleka, do kościołów, rozrzucano ją w centralnych punktach miast i wsi. Andrzej Wybrański wspomina, że często wychodząc z żoną na spacer brał ze sobą ulotki i rozrzucał.
    Materiały drukowane w Wenecji trafiały nie tylko do Żnina i okolic - również do Bydgoszczy, Gąsawy, Szubina, Trzemeszna, Wągrowca. Do Nakła Wybrański przekazywał je swojemu bratu, Januszowi Wybrańskiemu. Z Nakła przekazywano je do Wąbrzeźna. Ulotki z Wenecji można było spotkać również w Chojnicach, gdzie od Wybrańskiego odbierał je Stanisław Grzonkowski.
    Drukarnia produkowała duże ilości ulotek. - Kiedyś zrobiliśmy ich tak dużo, że jedna osoba ze Żnina, która nie wiedziała, że u Bronka jest drukarnia, przekazała mu całą paczkę, by ten je rozrzucił, a on nie chcąc się ujawnić, ani wyjść na bojącego - przyjął je. Wraz z Piotrem Badowskim postanowili rowerami rozwieźć materiał. Gdy jechali w stronę Gąsawy z ?Pawłem?, zauważyli milicję. Milicjanci jechali wolno za nimi, świecili światłami - wspomina Księski.
    - Był wieczór przed wyborami, mieliśmy rowery wyposażone w lampy, by nie było do czego się przyczepić - kontynuuje Gil. - Powiedziałem do Piotra, że jak się zatrzymają, rzucamy rowery i uciekamy w zboże. Nie zatrzymali się jednak, tylko wolno przejechali przyglądając się nam. Mieliśmy przy sobie we wszystkich kieszeniach mnóstwo ulotek, a w domu... tajną drukarnię - mówi Gil.
    - Jak zaczynaliśmy akcję przed pierwszymi wyborami, marzyłem, żeby zrobić tyle ulotek, ilu było mieszkańców Żnina. Plan kilkukrotnie przekroczyliśmy - podkreśla Księski.

    ZAOPATRZENIE

    By produkować tysiące ulotek potrzebny był przede wszystkim papier. Aby nie zwracać uwagi, nigdy nie robiono dużych zakupów w sklepie papierniczym, najczęściej nabywano jedną - dwie ryzy papieru. Robiła to sieć współpracujących z drukarnią członków koła Solidarności, działającego przy LO w Żninie.
    Pastę BHP i Komfort oraz wodorotlenek sodu nabywano w drogerii, tusz chiński w sklepie papierniczym, żelatynę - najczęściej w kiosku warzywnym u Bąka nad Gąsawką - tam, gdzie dziś wywołuje się zdjęcia. Barwnik indygo przychodził z Bydgoszczy, a dwuchromian potasu potrzebny do drukowania zdobywał w Proszkowni Mleka w Żninie Kornel Kurczewski.
    - Pieniądze na zakupy w sklepach pochodziły między innym ze składek Koła Solidarności Nauczycielskiej, które działało w Liceum Ogólnokształcącym im. Braci Śniadeckich w Żninie - wspomina Dominik Księski. - Gotówkę przyniosła także akcja kolędowania z szopką na święta Bożego Narodzenia w 1984 r. po okolicznych wsiach. Z tych pieniędzy finansowaliśmy druk bardzo długo - zebraliśmy wtedy ok. 20.000 zł. Za wydrukowane ulotki drukarnia w Wenecji nie otrzymywała nigdy pieniędzy od struktur odbierających nasze druki.
    WPADKA SPRZĘTU

    Ostatnim akordem działalności drukarni był druk ulotek na wybory 13 października 1985 r.
    Po półtora roku funkcjonowania drukarni w jednym miejscu w celu zmniejszenia poziomu ryzyka postanowiono przenieść firmę w inne miejsce. Sita były już mocno wyeksploatowane, ale kilka nieużytych jeszcze kolorowych sztuk płótna drukarskiego umożliwiało dalszą działalność.
    Ponieważ uzgodnienia, związane z miejscem przenosin przeciągały się, zdecydowano do czasu znalezienia nowego lokum przerwać pracę, a na pewien czas przewieźć sprzęt w bezpieczne miejsce.

    Wybrano nie zamieszkany dom w Chomiąży Księżej, dom będący w gestii rodziny Jacka Mielcarzewicza. Wyposażenie drukarni miało tu czekać zaledwie kilka dni, następnie planowano przewieźć je w inne miejsce i uruchomić.
    Chomiąża Księża to miejsce raczej odludne i częste wizyty obcych osób mogły wzbudzić zainteresowanie, a w dalszej kolejności zdekonspirować drukarnię, więc nie zdecydowano się na jej uruchomienie w Chomiąży Księżej - nie było zresztą na to zgody osób dysponujących lokalem.
    Nie udawało się jednak znaleźć nikogo, kto przyjąłby pod dach drukarnię, a w tym czasie produkcja innych podziemnych oficyn na tyle sprofesjonalizowała się, że nie było dużego nacisku na to, by kontynuować działalność.
    W drugiej połowie 1986 r. sprzęt zgromadzony w Chomiąży Księżej został odkryty. Wyposażenie drukarni zostało zdekonspirowane przypadkowo przy okazji interwencji w sąsiedztwie. Nie pociągnęło za sobą przesłuchań członków podejrzanych o przynależność do Solidarności.
    - Ktoś będąc w sąsiedztwie zauważył sprzęt i powiadomił nas o tym. Sprzęt, który mógł w przeszłości służyć do drukowania wyglądał na porzucony. Zabrała go Bydgoszcz. Nie było osób zatrzymanych ani przez Bydgoszcz, ani przez Żnin w związku z odkryciem urządzeń - wspomina Michał Grobelny, ówczesny zastępca szefa do spraw bezpieczeństwa w Żninie.
    W kwietniu 1986 r. Bronisław Gil wyjechał do USA. Dominik Księski o wpadce wyposażenia zawiadomił go słowami, wplecionymi w inne informacje z listu: "Kocioł w którym gotowaliśmy żarcie dla świń, spalił się". - Nie potrzebowałem żadnych więcej wyjaśnień - wspomi­na Gil.

Kamila Czechowska

Pałuki nr 616 (49/2003)

 

LITERATURA: * Biernacki Leszek, Kronika Solidarności, 20 lat dzień za dniem..., Sopot 2000. * Roszkowski Wojciech, Historia Polski 1914-1991, Warszawa 1992. * Róg Mariusz, Stan wojenny w prawie i praktyce PRL, s. 142, [w] Prawa człowieka w sytuacjach nadzwyczajnych, pod red. Tadeusza Jasudowicza, Toruń 1997, s. 137-147. * Pernal Marek, Skórzyński Jan, Kalendarium Solidarności, 1980-1989, Warszawa 1990. * Solidarność XX lat historii, pod red. Mirosławy Łątkowskiej, Warszawa 2000. * W artykule wykorzystano będące w zbiorach autorki wspomnienia i relacje Piotra Badowskiego, Bronisława Gila, Dominika Księskiego, Jacka Mielcarzewicza, Henryka Tokarza, Józefa Waźbińskiego, Andrzeja Wybrańskiego, a także materiały archiwalne: Żywią i Bronią - Pismo Chłopskie NSZZ Rolników Indywidualnych nr 3 (V 1984); nr 8 (X 1985) i ulotki wydrukowane w drukarni w Wenecji w latach 1984-1985 * Tekst powstał w roku 2000, obecnie (2013 r.) jego autorka jest dyrektorem Muzeum Ziemi Szubińskiej.

 

2str.jpg 3str.jpg
Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry