- Szczęśliwy sąsiad to były sąsiad
    Okno otwarte na sąsiadów
    W jednym komunalnym domu mieszkają cztery rodziny: państwo Górakowie, Kozłowscy, Eichstaedtowie oraz Irena Romańczyk z córką Wiolettą. Trzy pierwsze rodziny odnoszą wrażenie, że są na pozycji przegranej w każdej sytuacji, ponieważ wszyscy stoją zawsze po stronie czwartej sąsiadki, a oni czują się jak systematycznie nękane szczury w klatce i muszą podporządkować się osobie, która przez lata sterroryzowała cały dom. Sąsiadka uważa, że to właśnie ona jest przez sąsiadów szykanowana i podkreśla, że jeśli różne sprawy są załatwiane pozytywnie dla niej, to fakt ten najlepiej świadczy o tym, że to ona ma rację i że jest w zgodzie z prawem.

    Państwo Górakowie, Kozłowscy i Eichstaedtowie zaprosili mnie na spotkanie. Każda z rodzin opowiadała o przykrościach, jakich doznała od pań Romańczyk. Najbardziej przykre jest dla nich, kiedy przezywane są i prześmiewane osoby z grupami inwalidzkimi, które mieszkają w tym domu.
  
palucka1.jpg
Sąsiedzi trzech rodzin z pismami, jakie skierują do burmistrza i administratora w sprawie przekwaterowania Ireny Romańczyk wraz z córką
 fot. Sylwia Wysocka
  - Sama Romańczykowa ma niepełnosprawną córkę, a naśmiewa się z nas. Wyzywa od kalek, poczwar, kulasów, garbusów, niedorozwojów czy esemków (przezwisko to pochodzi od skrótu osób cierpiących na stwardnienie rozsiane) - mówi w imieniu osób chorych mieszkających w tym domu Barbara Eichstaedt. - Ja w ogóle nie wychodzę na zewnątrz, jestem na I grupie inwalidzkiej, choruję na stwardnienie rozsiane, zamknięta jestem w czterech ścianach. Nie wychodzę już nawet na balkon latem, bo zaraz pod swym adresem słyszę wyzwiska i przezwiska. Nie jest to miłe, zaraz się trzęsę i biorę środki na uspokojenie. Choroby nikt sobie nie wybiera. Też bym chciała być zdrowa i móc sprawnie chodzić - mówi Barbara Eichsteadt.
    Środki uspokajające biorą też inne lokatorki tego budynku. - Trudno jest mieszkać z tak złośliwą osobą pod jednym dachem. Ona wciąż widzi u nas wszystko i komentuje ciągle nasze zachowanie, mruczy pod nosem, kiedy przechodzimy. Tak się nie da żyć. Za kogo mamy tak cierpieć? - żalą się mieszkańcy.
    Barbara Gniadzik wyszła za mąż i wyprowadziła się z tego domu. Mimo to - jak twierdzi - pani Romańczyk nadal ingeruje w jej życie, gdyż na parterze skłóconego domu nadal mieszka matka Barbary Gniadzik - Janina Górak.
    - Kiedy przychodzę do mamy z moim dziewięciomiesięcznym dzieckiem, słyszę komentarze, że znów przyszłam, że mam się wynosić, choć bardziej wulgarnie jest to powiedziane. Przeszkadza jej, że na klatkę wstawię wózek, mimo że klatka jest tu naprawdę bardzo duża. Mieszkam w bloku i często przy wejściu do piwnicy, czy na klatce stoi nie jeden, a więcej wózków. Nikomu to nie przeszkadza i wszyscy się zgodzą. Stawiam wózek przy ścianie, żeby zajmował jak najmniej miejsca, mimo to i tak jest źle. Trudno zostawić wózek dziecięcy na dworze, gdy zacina śnieg i jest minusowa temperatura. Jak później w taki wyziębnięty i mokry mam wsadzić dziecko? Pytam więc: co jest jej winne takie maleństwo? Czy nie ma prawa odwiedzić własnej babci? - opowiada Barbara Gniadzik.

    NIE KAŻDY MOŻE MIEĆ KURY
    Mieszkańcy opowiadają też o nieżyjącej już lokatorce pani Fiszerowej, która miała dwie kury i musiała je wiązać, gdyż przeszkadzały pani Romańczykowej. Inni lokatorzy też mieli kury i musieli je zlikwidować. - Kon-trolowała nas Straż Miejska, musieli-śmy usunąć nasze kury, a pani Romańczykowa trzyma do dziś w garażu kury. Latem chodzą po całym terenie wokół domu. Teren posesji wraz z dojazdem, jaki sami sobie utwardziliśmy, żeby nie topić się w błocie, jak i schody zabrudzone są przez kurze odchody. Latem na nagrzanym żużlu przed domem leżą kaczki, leżą kury i nie sposób przejechać. Jeden z lokatorów przejechał kaczkę i z tego względu miał szereg nieprzyjemności i do dziś jest za to szkalowany - mówią mieszkańcy pokazując zdjęcia drobiu, wędrującego wokół domu.
- My nie możemy trzymać kur, więc niech wszyscy mieszkańcy się zastosują do tego, niech prawo obowiązujące w naszym domu traktuje wszystkich równo - mówi Janina Górak.

    MIARA SIĘ PRZEBRAŁA
    Marian Eichstaedt przyznaje, że przez lata ustępowali, dawali spokój, schodzili z drogi Irenie Romańczyk, ale miara się przebrała. - Przez blisko czternaście lat ustępujemy w Janowcu, wcześniej ustępowaliśmy w Laskowie. Jak długo jeszcze można? W końcu ktoś nie wytrzyma, puszczą mu nerwy i nie daj Boże stanie się jakieś nieszczęście. Później każdy powie, że nie słyszał o naszym problemie zamkniętym w czterech ścianach i czterech lokatorskich rodzinach. Właśnie dlatego zwróciliśmy się do �Pałuk�. Byliśmy też u burmistrza z sąsiadem Markiem Kozłowskim, skierowaliśmy pismo do administratora budynku Zakładu Usług Miejskich. Dłużej tak być nie może - mówi Marian Eichsteadt.
    - W tym budynku mamy piece kaflowe. Przywiozłem palety drewniane do pocięcia. Pociąłem sąsiadowi, moich dwóch czy trzech palet już nie zdążyłem, napadało śniegu i palety ustawiłem przy murze. Na wezwanie przyszła Straż Miejska i nakazano mi, bym usunął drewno. Mimo że było obsypane śniegiem, musiałem schować do składu na
palucka3.jpg
Irena Romańczyk z martwą kurą, która jej zdaniem zdechła z powodu otrucia przez sąsiadów. A sąsiedzi piszą pismo z prośbą o zmianę miejsca zamieszkania sąsiadki, z którą nie można ułożyć dobrosąsiedzkich stosunków.
fot. Sylwia Wysocka
opał, bo zawadzało Romańczykowej. Ona sama za budynkami ma ogromną hałdę drewna przykrytą gumolitami, ale jej wolno składować stos, a ja musiałem uprzątnąć dwie palety, których nie zdążyłem pociąć. Mamy wszyscy składy na drewno i musimy tam składować opał, dlaczego Romańczykowa też tam nie magazynuje swojego drewna? Mieli-śmy stolik i ławeczki, latem siadaliśmy po sąsiedzku, po pracy piliśmy wspólnie kawę. Nasza zgoda i sąsiedzka przyjaźń przeszkadzała tej kobiecie. Kolejny raz przyszła komisja na wezwanie Romańczykowej i nakazano nam uprzątnąć teren. Sąsiad się zdenerwował wezwaniem do porządku i porąbał drewnianą ławkę, by nie mieć zatargów. A Romańczykowa do dziś ma ławkę i stolik, gdzie całymi dniami przesiaduje latem jej córka, która na dodatek załatwia swoje potrzeby za naszymi budynkami gospodarczymi. Latem nasze dzieciaki rozłożyły sobie namiot, to musiały złożyć. Mimo że było to pod naszym okiem, Romańczykowa twierdziła, że odchodzą tam orgie. Zabrania nam parkować samochody pod domem - wylewa swe żale Marian Eichstaedt.
    - Na działce zrobiliśmy sobie małe ogródki, latem zawsze przyjemniej jak zakwitną tam kwiaty. Chcemy, by było tu jak najprzyjemniej. Romańczykowa rzuca tam nam łupiny, śmieci, obierki, nawet flaki z kiełbasy. Postawiliśmy za pozwoleniem garaż, w którym parkował też mój zięć, to wpłynął donos, że mam garaż, a samochód mojego syna stoi pod domem. Musiałam zwrócić się do urzędu o pozwolenie, by mogli z garażu korzystać też inni członkowie rodziny. Mamy wojny też o parkowanie samochodu przy domu, mimo że teren od wjazdu na posesję aż za schody domu nawiózł sąsiad żużlem, który sam załatwił, żebyśmy nie grzęźli w błocie - mówi Janina Górak.
    Mieszkańcy opowiadają też o niedawnym incydencie, kiedy interweniowała Straż Miejska. Sprawa dotyczyła odśnieżania. Irena Romańczyk miała pretensje, że śnieg odgarnięto pod mur.

    POLICJA PRZYCHODZI W INNEJ SPRAWIE
    - Odnosimy wrażenie, że prawo działa tu na korzyść pani Romańczykowej, jej wolno wszystko, a my musimy się podporządkowywać. Kiedy przychodzi Straż Miejska, a akurat wędrują po posesji kury, to my, korzystając z sytuacji, zwracamy ich uwagę na to. Odpowiadają, że nie w tej sprawie przyszli i nie reagują na naszą skargę. Sąsiedzi z dołu wystawili jeszcze w bardzo dobrym stanie dwa fotele i ławę, ustawili pod schodami na klatce. Jak przychodzi inkasent, może usiąść, zrobiło się przytulnie. Pani Irena wezwała straż i musieliśmy meble wystawić - mnożą przykłady konfliktów członkowie trzech żyjących w zgodzie rodzin.
    - Cały czas wszystkie jesteśmy na środkach uspokajających. Nie chcemy się kłócić, nie chcemy awantur, ale czasami złośliwość pani Romańczykowej nas przerasta. Kiedy mąż wymalował klatkę, by było czysto, usłyszał pod swym adresem złośliwości, że znów maluje, wydziwia, coś kombinuje. Inni się cieszą z tego, ona wciąż gani i takich przykładów jest wiele. Szarga nam opinię wszędzie, gdzie tylko może, pisze donosy, prześladuje moje chore dzieci - mówi Małgorzata Kozłowska.
Mieszkańcy dodają, że o każdej porze roku lokatorka z piętra ma otwarte okno, wciąż śledzi ich życie, wyzywa ich, prześladuje, naśmiewa się zwłaszcza z chorych lokatorów. Irena Romańczyk chwali się szerokimi znajomościami, twierdzi, że tak długo będzie pisała pisma, aż nie spowoduje, że pozostali zostaną eksmitowani.
    Ewa Eichsteadt słyszała groźbę, że zostanie pobita przez Irenę Romańczyk, kiedy zostaną same. To słyszeli też lokatorzy z parteru. Ewa Eich-staedt zgłosiła to na policję. Irena Romańczyk - jak twierdzi - straszyła dziewczynę po tym, jak ta na jej widok pukała się w czoło. A wcześniej Irena Romańczyk tak samo zachowywała się na widok sąsiadki.
    - Na policji dzielnicowy po tym, co mu powiedziałam, pytał mnie, czy pani Romańczyk nie drapała się po czole. Poczułam się bezradna. Dopiero drugi funkcjonariusz pouczył mnie, jakie mam prawa wobec takich gróźb - powiedziała Ewa Eichstaedt.
Mieszkańcy tego domu odnoszą często wrażenie, że są na pozycji przegranej w każdej sytuacji, ponieważ wszyscy stoją po stronie Ireny Romańczyk, a oni muszą się jej podporządkować. Twierdzą, że przez te lata sterroryzowała cały dom, a oni czują się jak szczury w klatce systematycznie nękane. - Tu straż czy policja jest tak często, że można pomyśleć, że tu mieszka ostatni element, jakieś patologiczne rodziny, a tak nie jest - mówią zgodnie sąsiedzi.

    ZMOWA MIESZKAŃCÓW
    Irena Romańczyk twierdzi, że wszystko co mówią współlokatorzy, to kłamstwo.
    - Można to wszystko określić jednym zdaniem: zmowa mieszkańców. To my jesteśmy szykanowane, przezywane, nabijają się z mojej córki, każą jej to co mówi napisać wiedząc, że ma z tym problem. Moja córka jest chora, ma duszności, dużą nadwagę, nic więc dziwnego, że mam otwarte okno, by nie musiała się dusić i kisić w zamkniętym pomieszczeniu. A oni specjalnie z tego korzystają i parkują pod domem, pod naszymi oknami. Czy mi potrzeba wąchać spaliny, słuchać wyjącego odkurzacza w czasie sprzątania w samochodzie, czy muzyki z aut? Wracają po nocy, stają tu samochodami, jest hałas - mówi Irena Romańczyk.
    Irena Romańczyk twierdzi, że nigdzie nie płacze, nie pada na kolana, a wszędzie gdzie się zwróci, to sprawy załatwiane są pozytywnie dla niej, co najlepiej świadczy o tym, że to ona ma rację i jest w zgodzie z prawem.
    - Nie wyzywam nikogo, nie poniewieram, tym bardziej ludzi schorowanych jacy tu mieszkają. Sama wiem najlepiej, jak cierpi matka chorego dziecka - powiedziała Irena Romańczyk.
    - Nic mnie oni nie obchodzą, ani ich problemy. Zgłosiłam do straży fakt zastawienia korytarza taboretami, robiono wówczas tam schadzki młodzieży, że nie było można przejść, więc zgłosiłam, ale bzdurą jest to, że wózek mi przeszkadza. Co ta dziecina jest mi winna? Za takie bzdury, jakie opowiada Gniadzikowa, to będę się teraz modliła, żeby jak największe kary na nią szły, za moją krzywdę i krzywdę mojej córki. Kiedyś naszłam, jak Gniadzikowa kazała mojej córce napisać to, co mówi - twierdzi Irena Romańczyk.
Kobieta twierdzi, że ma pozwolenie na trzymanie kur, bo lekarze zalecają dla jej córki Wioletty takie zdrowe jajka. Twierdzi jednak, że kury ma w zagrodzeniu i nie brudzą na całej posesji.
    - Zgłosiłam na policję, że zatruli mi kury. Cztery zdechły. Pod murem i przy ławce znalazłam trutkę, co pokazałam policji, kiedy tu przybyła. Weterynarz poradził, bym dawała kurom wodę z cukrem i tak też robię. Mimo to cztery już zdechły, a inne są już niemrawe - mówi lokatorka.
    Trutka była rozsypana przy murze budynków gospodarczych i przy ławeczce w kilkumetrowej odległości od zagrody kur. Kobieta twierdzi, że wypuszcza kury z ogrodzenia tylko na godzinę i to tylko pod jej obecność. Sprawę bada policja.

    ŻYCZENIA DLA SĄSIADÓW
    - Życzę im, żeby tygodniami konali za moje kury i za tę gehennę, jaką przechodzimy tu obie z córką w obliczu tej zmowy, jaka tu panuje. Żeby chociaż żył mąż, zawsze by się jakoś inaczej liczyli z człowiekiem, a tak robią z nami co zechcą. Powiedziałam teraz, że nie odpuszczę, ma być urządzony parking i kiedy powstanie, niech mi tylko jakiś samochód zaparkuje pod oknem! Niech stosują się do przepisów. Odnośnie ławek wokół domu czy drewnianych raszek - dzwoniłam. Chodzi mi tu o jakiś wygląd, ład i estetykę wokół budynku. Słyszę często wyzwiska, jak idziemy do kościoła w niedzielę z córką, to słyszymy �gdzie te maciory grube idą, chyba kościół okraść�. Tego się nie da opowiedzieć, co tu z nami robią, a już wiele razy udowodniłam, że prawo jest po naszej stronie - mówi Irena Romańczyk.
    Kobieta mówi, że odgarnięty śnieg ograniczał jej dojście do budynku gospodarczego i pojemnika na śmieci.
    - Ostatnim razem, kiedy przybyła tu komisja składająca się z pracowników ZUM i Straży Miejskiej, syn Górakowej odnosił się do mnie na ty. Ja sobie nie pozwolę, mam 65 lat, on nawet nie ma 30 i nie będzie się tak do mnie odnosił. Był arogancki w stosunku do mnie. Ja nie jestem święta, jestem zwykłym człowiekiem, ale nie pozwolę sobie mną pomiatać. Zgłoszę to do opieki społecznej, niech wiedzą, jak się tu odnoszą do starszych - mówi Irena Romańczyk.
    Kobieta wspomina też incydent z maja, kiedy na zamknięciu swego budynku gospodarczego znalazła zawieszoną prezerwatywę.
- Nie mówię, ani też nie pokazuję nikomu, że jest głupi, nie prześmiewam się z nikogo, to tylko wymysły sąsiadów i ich zmowa. Chcą nas zniszczyć. Z tego co oni mówią, to ja nic nie robię, tylko siedzę w oknie, wyzywam ich, prześladuję, kontroluję. A ja w domu mam chorą córkę wymagającą opieki. Sama się nią zajmuję, kiedy więc mam mieć czas na to wszystko? - pyta kobieta przekonana, że sąsiedzi zmówili się, by uprzykrzyć życie jej i córce.

    BRAK DOBREJ WOLI
    Trzy rodziny z budynku komunalnego przy Pałuckiej skierowały pismo do administratora budynku, czyli Zakładu Usług Miejskich oraz zarządcy, czyli burmistrza. Opisują w nim sytuację, przedstawiają zachowanie współlokatorki i domagają się jej przeniesienia do innego lokalu zastępczego.
    - Budynek ten jest budynkiem komunalnym, mieszkania tam wydzielone są mieszkaniami socjalnymi. Na dzień dzisiejszy nie ma możliwości, by przenieść panią Romańczyk do innego lokalu. Zresztą ku temu muszą być konkretne przesłanki, jak np. demolowanie mieszkania, niszczenie go. Nie posiadamy też wolnych lokali - mówi burmistrz Maciej Sobczak.
    Burmistrz dodał, że do dobrego współżycia sąsiedzkiego w tym budynku brakuje tylko dobrej woli mieszkańców. Zapowiedział też, że prawo będzie tam przestrzegane za pośrednictwem policji i Straży Miejskiej.

    JEDNAKOWE PRAWA DLA WSZYSTKICH
    Administratorem budynku przy ulicy Pałuckiej z ramienia Zakładu Usług Miejskich jest Lidia Ksycka, która zapewniła nas, że obowiązują jednakowe prawa wszystkich lokatorów tego budynku. - Wydaliśmy pisemne zobowiązanie do wszystkich czterech rodzin lokatorskich, w którym do dnia 15 marca zobowiązujemy ich do uporządkowania terenu. Po tym terminie udamy się na miej-sce i sprawdzimy, czy wszyscy zastosowali się do tego zobowiązania - powiedziała Lidia Ksycka.
- My możemy działać jako zarządca na zasadzie próśb i wezwań do odpowiedniego zachowania w ramach prawa lokatorskiego. Jeżeli nie zastosują się lokatorzy do naszych poleceń zgodnych z prawem, wówczas powiadomimy Straż Miejską, jeśli nastąpi konflikt prawny - powiedział kierownik ZUM Grzegorz Senger.
    Lidia Ksycka przeglądając teczkę dotyczącą spraw związanych z tym budynkiem przyznała, że do tej pory pisemne oraz telefoniczne wnioski i zażalenia kierowała Irena Romańczyk. Pozostali mieszkańcy zwrócili się do zarządcy tylko raz w sprawie wędrujących po całej posesji i brudzących kur.
    Administrator zapytana o stos drewna zalegający za budynkami będący własnościa Ireny Romańczyk przyznała, że musi być on uprzątnięty, gdyż prawo dotyczy wszystkich w jednakowym stopniu.
    Przy konflikcie, jaki zdaniem Ireny Romańczyk powstał przy ostatniej kontroli, kiedy brak szacunku do sąsiadki okazał Górak, obecna była z ZUM Lidia Ksycka i Zbigniew Czerwiń-ski oraz funkcjonariusz Straży Miej-skiej Jerzy Górski. Te trzy osoby przyznały, że mieszkańcy sami za-ostrzali konflikty, odnosząc się do siebie na ty, polegało to na wymianie zdań i złośliwościach wobec siebie.
W najbliższych dniach burmistrz i kierownictwo ZUM-u będzie dokładnie badało konflikt sąsiedzki z ulicy Pałuckiej, także to, czy Irena Romańczyk może hodować kury.

    SZCZĘŚLIWY BYŁY WSPÓŁLOKATOR
    Państwo Górakowie oraz Eichstaedtowie mieszkali już w jednym budynku z Ireną Romańczyk w Laskowie. Po sprzedaży tamtego budynku przeniesiono ich do Janowca, przyznano im mieszkania socjalne w domu komunalnym przy ulicy Pałuckiej. Są oni zgodni co do tego, że już w Laskowie z Ireną Romańczyk nie dawało się żyć pod jednym dachem.
Kiedy rodziny te mieszkały wspólnie w Laskowie mieszkali tam też inni ludzie. Dotarliśmy do jednej z tych rodzin, która znalazła zakwaterowanie na wsi.
    - Proszę nie podawać mojego nazwiska, cieszę się spokojem i chcę by tak zostało. Współczuję jednak sąsiadom, którzy nadal mieszkają z Ireną Romańczyk pod wspólnym dachem, wierzę we wszystko co o niej mówią, znam ją i wiem do czego jest zdolna. My jesteśmy w tej komfortowej sytuacji, że nie dzielimy już z
nią wspólnego budynku. Pozostałym współlokatorem z pałacu w Laskowie możemy tylko współczuć - powiedział mężczyzna, który kiedyś był sąsiadem Ireny Romańczyk.
Sylwia Wysocka
Pałuki nr 9/05

Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry