Jest 1982 rok. Za wywieszenie życzeń bożonarodzeniowych od Solidarności Andrzej Wybrański został skazany na rok i sześć miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata oraz 15.000 zł grzywny. Za drukowanie i roznoszenie ulotek: Piotr Najsztub - rok i sześć miesięcy pozbawienia wolności i pozbawienie praw publicznych przez dwa lata, Andrzej Katulski - rok i trzy miesiące pozbawienia wolności i rok pozbawienia praw publicznych, Piotr Goltz - rok pozbawienia wolności i rok pozbawienia praw publicznych, Jerzy Winiecki - rok pozbawienia wolności, Krzysztof Malinowski otrzymał karę roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata oraz 6.000 zł grzywny. Z okazji 25. rocznicy powstania Solidarności przypominamy dziś historię procesu, jaki w początku roku 1982 sąd wojskowy wytoczył żninianom, którzy nie przyjęli do wiadomości zlikwidowania wywalczonych w 1980 roku względnych swobód obywatelskich.

    Który z dzisiejszych dziewiętnastolatków pamięta dziś 1989 rok, czy pierwsze wolne wybory z 1990 roku? Mieli wtedy trzy, cztery lata. Czy wiedzą czym były wydarzenia z sierpnia 1980 roku i stan wojenny wprowadzony 13 grudnia 1981 roku? Ich rówieśnicy postanowili wtedy zamanifestować swoje dążenia do wolności, otwartości i swobód obywatelskich. Zrobili to na swój sposób, płacąc za to ceną więzienia.
    Z notatki urzędowej MO: W dniu 23 grudnia 1981 roku funkcjonariusze Komisariatu MO w Żninie patrolując ul. Śniadeckich w Żninie zauważyli w gablocie wiszącej na budynku byłej siedziby NSZZ Solidarność wywieszoną kartkę z życzeniami świątecznymi. Gablota ta przeznaczona w przeszłości na ogłoszenia Solidarności była zamknięta na zamek. Powyższą kartkę z życzeniami zabezpieczono w tutejszym komisariacie i załączono do niniejszej notatki.
    Treść owych życzeń była następująca: Z okazji zbliżającego się Bożego Narodzenia życzymy Wam Spokojnych Świąt i Spokojnego Nowego Roku na tyle ile spokojne być mogą. Dzieląc się przy swoich stołach wigilijnych opłatkiem pomyślcie choć przez chwilę o tych, którzy Świąt spokojnych nie mają. Solidarność. 23.12.81 r.

wojenny9.jpg
To zdjęcie z 1979 roku pochodzi z książeczki wojskowej Krzysztofa Malinowskiego. Miał wtedy 18 lat.
wojen8a.jpg
Krzysztof Malinowski pracuje w nadleśnictwie Łobez (woj. zachodnio-pomorskie)

    Tydzień później na tej samej gablocie oraz w dziewięciu innych miejscach w Żninie pojawiły się nekrologi polskiej wolności. Na klatkach schodowych w sylwestrowy poranek żninianie mogli przeczytać interpretację tego, co się stało 13 grudnia 1981 roku. Milicja wszczęła dochodzenie i po kilku dniach znalazła sprawców. Byli nimi młodzi ludzie, którzy na święta wrócili ze studiów do Żnina. Inicjatorami wywieszenia nekrologów i rozrzucania ulotek byli Andrzej Katulski, który obecnie prowadzi firmę w Poznaniu i Piotr Najsztub, dziś redaktor naczelny Przekroju w Warszawie. Współoskarżonymi byli ich trzej koledzy z czasów nauki w żnińskim Liceum Ogólnokształcącym: Piotr Goltz, Krzysztof Malinowski i Jerzy Winiecki. W krótkim procesie wszyscy zostali skazani na kary więzienia. Wraz z nimi sądzony i skazany był ich nauczyciel Andrzej Wybrański - odpowiadał za to, że nie doniósł władzy o planowanej przez młodzież akcji.
    Aby dokładnie poznać motywy i działanie młodych ludzi musimy cofnąć się o kilka tygodni.

    LEONARD COHEN I STRAJKI
    Po zdaniu matury absolwenci Liceum Ogólnokształcącego im. Braci Śniadeckich w Żninie rozpoczęli w październiku 1981 roku dalszą naukę. Andrzej Katulski jesienią tego roku był studentem Akademii Rolniczej w Szczecinie. Piotr Najsztub został słuchaczem policealnego studium reklamy w Pile. Obydwaj mieli jednak ze sobą ciągły kontakt.
    - Ja to w ogóle nie byłem studentem - wspomina Piotr Najsztub. - Byłem uczniem policealnego studium reklamy w Pile i byłem tam tylko parę razy. Siedziałem w Szczecinie u Andrzeja. Jesienią w pilskiej Wyższej Szkole Wojsk Zmechanizowanych urządziłem wieczór poetycki patriotyczno-solidarnościowy. Co mi zresztą potem w śledztwie wypominano. Ktoś tam beknął wtedy za to, że pozwolono mi to zrobić.
   
Czas pobytu w Szczecinie upłynął młodym ludziom na organizowaniu spotkań i wieczorów poetyckich. Jesień 1981 roku to ostatnie chwile przed wprowadzeniem stanu wojennego.

wojen15.jpg
Jerzy Winiecki w połowie lat osiemdziesiątych - już po odbyciu kary za roznoszenie ulotek
wojen11A.jpg
Jerzy Winiecki prowadzi gospodarstwo w Ostrowicach koło Połczyna Zdroju

    - W 1981 roku powszechne były strajki. Odbywały się tuż przed stanem wojennym na uczelni - mówi Andrzej Katulski. - Organizowaliśmy w Szczecinie szereg różnych koncertów, występów na strajkach. Piotr śpiewał rzeczy swojego autorstwa, a także Cohena.

    - Z Andrzejem żeśmy grali i śpiewali jeszcze w Żninie w małych grupach. I to nie tylko Cohena, ale też Kaczmarskiego - opowiada Piotr Najszub. - Także własne piosenki, które odwoływały się do rzeczywistości politycznej czy społecznej. Potem trochę na strajkach graliśmy i śpiewaliśmy. Jak wybuchł stan wojenny, to pamiętam, że byliśmy w szkole rolniczej w Szczecinie. W przeddzień 12 grudnia 1981 także mieliśmy koncert. Zresztą koncert to za duże słowo. Występ.
    BEZ TELERANKA

    12 grudnia 1981 roku to była sobota. Mało kto mógł wtedy domyślać się co nastąpi nazajutrz. W sobotę ludzkie głowy zaprzątnięte były zwykłymi troskami o dzień następny, a przede wszystkim ulgą, że jutro jest niedziela i że będzie można trochę odpocząć i od rana usiąść przed telewizorem.

wojenny1.jpg
nekrolog ze str. 11
wojenny2.jpg
str. 14

    Był taki czas, kiedy w soboty i niedziele równo o godzinie 9.00 w telewizji prezentowane były programy dla dzieci i młodzieży. W soboty Sobótka, a w niedzielę Teleranek. Niedziela 13 grudnia 1981 roku przeszła do historii jako niedziela bez Teleranka. Zamiast piejącego kogucika na płocie, charakterystycznej czołówki Teleranka, na małym ekranie - wtedy często jeszcze czarno-białym - ludzie zobaczyli generała Wojciecha Jaruzelskiego. Oznajmił obywatelkom i obywatelom, że wprowadzono stan wojenny, godzinę milicyjną oraz poinformował o ukonstytuowaniu się Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, w skrócie WRON. Ludzie szybko przerobili na własny sposób tę nazwę i określali radę po prostu jako WRON-ę. Odtąd na ulicach i w kolejkach przed sklepami mięsnymi mówiło się WRON-a to, albo WRON-a tamto.
    Ale w ten niedzielny poranek obywatele Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej nie byli jeszcze tak weseli. Generał mówił: - Trzeba powiedzieć dość! Trzeba zapobiec, zagrodzić drogę konfrontacji, którą zapowiedzieli otwarcie przywódcy Solidarności. Musimy to oznajmić właśnie dziś, kiedy znana jest bliska data masowych politycznych demonstracji, w tym również w centrum Warszawy, zwołanych w związku z rocznicą wydarzeń grudniowych [chodzi o grudzień 1970 roku - przyp. red.]. Tamta tragedia powtórzyć się nie może. [...] Awanturnikom trzeba skrępować ręce, zanim wtrącą ojczyznę w otchłań bratobójczej walki.
     Dla członków i sympatyków zarejestrowanego niedawno Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Solidarność oznaczało to koniec wywalczonych w sierpniu 1980 roku względnych swobód obywatelskich. Działacze związkowi musieli liczyć się z aresztowaniami i więzieniem. Wprowadzenie stanu wojennego nie zastopowało dążenia do wolności.

wojenny3a.jpg
Piotr Najsztub latem 1981 roku
wojen26A.jpg
Dziś Piotr Najsztub jest redaktorem naczelnym tygodnika "Przekrój", mieszka pod Warszawą.

    Piotr Najsztub był 13 grudnia 1981 roku w Szczecinie. Opowiedział ciekawą historię z tych pierwszych dni stanu wojennego:
    - Mam taką sceną w pamięci, choć nie wiem czy jej sobie nie wymyśliłem i nie zrytualizowałem w sobie. Siedzę, nie pamiętam czy z Andrzejem, przy drzwiach wejściowych Wyższej Szkoły Rolniczej w Szczecinie. To był poranek trzynastego. Koło mnie był taki wielki kosz. Z uczelni wychodzili studenci i wyrzucali znaczki, które mieli wszędzie. Była wtedy taka moda, gdzie każdy miał przywieszonych na sobie kilka znaczków z hasłami np. "Pełzający karzeł reakcji". Takie satyryczno-polityczne. Bardzo szybko ten kosz się zapełnił, a był dość duży. Zaznaczam, że nie wiem czy ta scena rzeczywiście miała miejsce. Kosz się zapełnił dość szybko, a oni wychodzili. Wtedy, 13 grudnia nie wiadomo było co się stanie. W Szczecinie było dużo czołgów i wojska, bo były dwie stocznie, których pracownicy stanowili dla władzy niebezpieczeństwo.

    - W czasie kiedy rozpoczął się stan wojenny za dwadzieścia pierwsza w nocy słuchaliśmy programu trzeciego w radiu. Leciała wtedy piosenka Kory. Nagle zapadła cisza. Za dwadzieścia pierwsza. Zupełnie nie wiedzieliśmy co się stało. Poszliśmy spać. O szóstej rano koledzy nas obudzili i powiedzieli, że wybuchł stan wojenny. Pierwszą reakcją było zdziwienie - wspomina Andrzej Katulski. - Później zaczęliśmy myśleć racjonalnie. Po pierwsze - przy spodziewanej groźbie interwencji milicji musieliśmy zabezpieczyć materiały poligraficzne. Przede wszystkim maszyny poligraficzne, które były najważniejsze. Lokowaliśmy je w różnych miejscach. Zdarzało się, że w przygodnych garażach i innych dziwnych miejscach.

wojenny7b.jpg
Andrzej Katulski mieszka i pracuje w Poznaniu. Prowadzi firmę - sprzedaż mebli biurowych
wojenny7.jpg
Andrzej Katulski na zdjęciu klasowym w mundurku uczniowskim, rok 1978

    Dla ludzi, którzy nie przyjęli do wiadomości komunikatu generała Jaruzelskiego, rozpoczął się okres działania. Andrzej Katulski już po południu 13 grudnia w niedzielę roznosił ulotki ze świeżo wydrukowanymi informacjami o stanie wojennym.
    - Piękny był wtedy dzień, spokojny, mroźny, śnieżny, nie pasujący do naszego wyobrażenia o wojnie. Od czasu do czasu tylko gdzieś wojskowy czy milicyjny patrol. Bez wpadek wszystkie wydrukowane ulotki poroznosiliśmy. Dwa, trzy dni później była decyzja o zawieszeniu zajęć dydaktycznych i o tym, żeby studenci rozjechali się do swoich rodzinnych domów. I tak żeśmy znaleźli się w Żninie - powiedział Andrzej Katulski.

    ŻEBY LUDZIE WIEDZIELI
    O tym jak wyglądał Żnin przed wydarzeniami sierpnia 1980 roku opowiedział Piotr Najsztub.
    - Poza sporadycznie pojawiającymi się jakimiś odpryskami bezdebitowych wydawnictw - głównie książkami - to nic się nie działo. Było w Żninie środowisko młodych ludzi, którzy jakoś kontestowali, może nie tyle ustrój, co pewną oficjalność w tamtych czasach dominującą. Pewną rytualność. Była to grupa znajomych, przyjaciół. Środowisko Liceum Ogólnokształcącego było najaktywniejsze, ale też nie jedyne. Dopiero później, jak Solidarność się zaczęła, to przybrało to formy regularniejsze, ale szczerze mówiąc nie mogę sobie przypomnieć jakie. Śpiewanie Leonarda Cohena nie można uznać za kontestowanie PRL-u, prawda? To raczej było grono osób, które nie chciały brać udział w takim życiu, jakby to powiedzieć, oficjalnym życiu kulturalnym, czy społecznym. Myśmy najpierw kontestowali życie społeczne, które nas otaczało. A potem, kiedy pojawiła się Solidarność, to naturalnie przesunęliśmy się w tamtym kierunku, ale też nie do samej Solidarności, bo nie byliśmy jej członkami - oprócz Andrzeja Wybrańskiego. Stanowiliśmy za to jej zaplecze - wyjaśnia naczelny Przekroju.

    ŻYCZENIA I NEKROLOGI
    Na święta Bożego Narodzenia 1981 roku mieszkańcy Żnina otrzymali życzenia, które zostały wywieszone na gablocie informacyjnej NSZZ Solidarność przy ul. Śniadeckich. Życzenia napisał i wywiesił ówczesny szef żnińskiej Solidarności Andrzej Wybrański.
    - Pierwotnie podpisałem życzenia imieniem i nazwiskiem, zmieniając później na Solidarność - wspomina Andrzej Wybrański.
    Życzenia z gabloty zniknęły jeszcze tego samego dnia. Nie wiadomo ilu ludzi je przeczytało. na pewno przeczytali je milicjanci, którzy zerwali kartkę, zabezpieczyli ją jako materiał dowodowy, sporządzili notatkę i wszczęli postępowanie.
    Tuż przed świętami żnińscy studenci zjeżdżali się ze swoich uczelni do domów. Nie było to spowodowane jedynie przerwą świąteczną. Na wyższych uczelniach po wprowadzeniu stanu wojennego zostały przerwane zajęcia. Trafili do Żnina także Andrzej Katulski z Piotrem Najsztubem. To wtedy wpadli na pomysł sporządzenia nekrologów i ulotek.
    - Nie jestem pewien, ale pomieszkałem jeszcze kilka dni z Andrzejem w Szczecinie i wróciliśmy do Żnina. Zdaje się, że wcześniej wiedziałem, iż po wybuchu stanu wojennego, milicja była u mnie w domu i mnie szukała. Pewnie żeby jakąś ostrzegawczą rozmówkę ze mną przeprowadzić. Więc jak wróciliśmy do Żnina, to ja nie mieszkałem w domu. Nie wiem, chyba gdzieś na wsi. Milicja się o mnie dopytywała. Pojawiałem w domu w nocy. Rzadko właściwie. Przyjeżdżałem zmienić rzeczy. Potem zaczęliśmy kombinować, co by tutaj zrobić coś ciekawego - mówi Piotr Najsztub.
    - Z racji tego, że wcześniej coś robiliśmy, to w Żninie postanowiliśmy też biernie nie czekać na rozwój wypadków, tylko się przeciwstawić sytuacji. Wydawało się to nam potrzebne i oczywiste. Nie moglibyśmy siedzieć i patrzeć co się dzieje. Postanowiliśmy ściągać z eteru informacje i przekazywać je ludziom. Wtedy to był jedyny sposób. Właśnie taki sposób działania - powiedział Andrzej Katulski.
    Wtedy bohaterowie artykułu mieli po 18, 19 lat. Nie mieli żadnych urządzeń poligraficznych, a jakoś trzeba było zrealizować pomysł wydrukowania i powielenia ulotek. Kilka kserografów w żnińskich zakładach przemysłowych było pod ścisłą kontrolą; punktów kserograficznych nie było, komputerów, ani drukarek - też nie.
    - Wpadłem na pomysł, aby za pomocą drukarenek dziecięcych wydrukować tyle ile możliwe ulotek i rozkolportować w Żninie - przyznaje Andrzej Katulski. - Do kolportażu było potrzebnych kilku ludzi. Sami z Piotrem nie dalibyśmy rady. Postanowiliśmy popytać tych, którzy wrócili ze studiów.
    Zanim młodzi żninianie wyruszyli w teren roznosić ulotki, musieli je najpierw wykonać. Materiał dostarczył ich starszy kolega Mirosław Jarzeński, który w późniejszym procesie zeznawał jako świadek. Piotr Najsztub na kartkach papieru w formacie A4 wykonał 10 nekrologów polskiej wolności: Dnia 12.12.1981 r. odeszła od nas zamordowana, ukochana i wytęskniona świętej pamięci POLSKA WOLNOŚĆ, ur. sierpień 1980 r. Pogrzebu nie będzie. Jeśli pragniecie jej tak jak my, zmartwychwstanie. Rodzina.
    - Ta forma, to było oczywiste. To tak naprawdę mieliśmy poczucie, że to właśnie tak jest. Że ktoś zabił wolną Polskę, która istniała przez kilkanaście miesięcy. Forma klepsydry wydawała się oczywista - wyjaśnia Piotr Najsztub. Ulotek powstało znacznie więcej, bo około 150.
    - Kto ustalił treść, to nie pamiętam. Pewnie wspólnie się zastanowiliśmy, być może Piotr? Może rzeczywiście on mi to podyktował. Ale na pewno był pomysłodawcą i wykazywał najwięcej pomysłów jak to zrobić. Chcieliśmy dotrzeć do jak największej ilości ludzi. W związku z tym ulotki pojawiały się w różnych miejscach. Chodziło o różnorodność. Chcieliśmy trafić do jak największej liczby odbiorców, a ci z kolei pocztą pantoflową też dotrą do jakiejś części - informuje Andrzej Katulski.
    - Mieliśmy wtedy poczucie bezsilności, które chcieliśmy przerwać. Poza tym wydawało nam się, że jest to właśnie taki moment dla naszego pokolenia. Taki moment próby. Nie wyobrażaliśmy sobie, że możemy nic nie robić. Taką mieliśmy świadomość. Docierały do nas szczątkowe informacje, ilu jest internowanych, że są aresztowania. Andrzej miał kolegę na studiach, który był zaangażowany w działalność opozycyjną. Był z Bydgoszczy i wrócił do domu. Jeździliśmy tam do niego. Pamiętam, że pokazywał nam jakieś materiały, z których dowiedzieliśmy się co się dzieje z ludźmi z opozycji, ale mieliśmy poczucie, że nas nie złapią. Żadnych doświadczeń konspiracyjnych nie mieliśmy, ta ostrożność przyszła później - czytaliśmy instrukcje i poradniki jak i co robić. Tutaj żeśmy to wszystko po dziecinnemu robili, ale z poczuciem, że nam się uda. Nie złapali nas od razu. Byliśmy w takiej euforii i zdecydowaliśmy, że musimy pójść krok dalej. Pamiętam, że przez tego znajomego z Bydgoszczy próbowaliśmy zakombinować jakiś mały offset.

    Okazało się to mrzonką w tamtych czasach - opowiada Piotr Najsztub.
    Do akcji roznoszenia ulotek przyłączyli się Piotr Goltz, Krzysztof Malinowski i Jerzy Winiecki. Wieczorem 30 grudnia 1981 roku postanowili rozkolportować ulotki i wywiesić klepsydry. Był z nimi także ówczesny uczeń drugiej klasy liceum Grzegorz Koszel, który dwa miesiące później nie stanął przed sądem ze względu na swój wiek.
    - Spotkaliśmy się w kawiarni "Zacisze". Siedzieliśmy przy stoliku i ustalaliśmy, co mamy robić - powiedział Jerzy Winiecki.
    - Zgadzaliśmy się z Piotrem i Andrzejem, że coś trzeba zrobić. Stąd wzięła się nasza współpraca. Spotkaliśmy się w "Zaciszu".

    Dowiedzieliśmy się kto, co, jak i kiedy ma zrobić. Wyszliśmy i zaczęliśmy roznosić ulotki, żeby zdążyć przed godziną milicyjną, która zaczynała się chyba o 22.00 - wspomina Krzysztof Malinowski.
    - Pamiętam, że podzieliliśmy się na dwie grupy. Podzieliliśmy sobie Żnin na pół. Część roznosiła w jednej części. A my w tej części gdzie mieszkaliśmy. Na ulicy 700-lecia, aż pod Gnieźnieńską. Nie wiem czy także częściowo w Górze. Druga grupa miała osiedla. Ulice Kopernika, Mickiewicza, Szpitalną, 1000-lecia - wyjaśnia Andrzej Katulski. - Myślę, że zaczęliśmy gdzieś około 21.00. Całość nie trwała długo. Mieliśmy wtedy młode nogi. Dosyć szybko to robiliśmy. Poza tym, było to trochę partyzanckie, a więc szybkie i zwinne, czające się. Przyklejaliśmy kartki na dworcu PKS nie myśląc, że ktoś może poszukiwać godziny odjazdu autobusu. Wydawało nam się, że jest to miejsce, gdzie będzie ktoś chciał tam zajrzeć i że informacja zostanie na pewno przeczytana - dodaje.
    Grupa z Piotrem Goltzem i Krzysztofem Malinowskim wymalowała na ścianach znaki Solidarności Walczącej. Znak ten został namalowany na budynku Pewexu, restauracji Słoneczna i na domu ówczesnego sekretarza Komitetu Centralnego PZPR.
    To wszystko zbiegło się z sylwestrem. Grupa kolegów umówiła się na sylwestra w Gościeszynie. Już 3 stycznia 1982 roku Andrzej Katulski spotykał się u Piotra Najsztuba i przygotowywali materiał do kolejnych ulotek.
    - W nocy z 3 na 4 stycznia produkowaliśmy te ulotki całą noc. Rano ledwo co skończyliśmy, o ósmej rano wparowała milicja i się skończyło - z żalem powiedział Andrzej Katulski.

    ZATRZYMANIE I ARESZTOWANIE
    Dwaj młodzi studenci zostali nakryci przez milicjantów w chwili kiedy skończyli drukowanie kolejnych ulotek. Ręce mieli brudne od tuszu, w ostatnim momencie usiłowali ukryć drukarenkę i ulotki.
    - Najpierw nakryli Piotra. Później przyszli do kuchni. Ja tam siedziałem z rękoma w tuszu po łokcie. Nie wiem co się stało z tymi ulotkami, które wydrukowaliśmy. Czy schowaliśmy je, czy dostały się w ręce milicji. Nie pamiętam - rozkłada ręce Andrzej Katulski.
O tym co się wydarzyło opowiada Piotr Najsztub:
    - Udało nam się schować drukarenki i ulotki i - co śmieszne - drukowaliśmy to u mnie w domu. To była niedziela rano. Mój ojciec się przytomnie zachował, bo schował drukarenkę w łóżku, w którym spała moja chora mama. I jak zaczęli przeszukiwać mój dom, to ojciec wytłumaczył im, że jeśli ją obudzą, to ona wpadnie w taką histerię i takie im piekło urządzi, to lepiej by dla nich było, żeby tego nie robili. I oni obeszli to łóżko. Moja mama brała środki nasenne i to, że oni tam chodzili to jej i tak by nie obudziło. Milicjanci nie podnieśli łóżka, a tam była te drukarenka i tam było chyba też to cośmy wydrukowali. Przyjechało ich paru. Mieli długą broń, sąsiedzi wychodzili, nie wiedzieli co się dzieje. Ale samego narzędzia przestępstwa nie udało im się znaleźć.
    Z mieszkania Piotra Najsztuba przy ul. Szpitalnej milicjanci załadowali ich do samochodu i zawieźli do aresztu na placu Wolności. Tam zostali przesłuchani.
    - Po 24 godzinach przyznaliśmy się. Zatrzymanie w Żninie trwało jedną lub trzy doby. Potem "wołgą" skutych przewieźli nas do Bydgoszczy. Jechaliśmy we dwójkę i podziwialiśmy krajobrazy. W Bydgoszczy siedzieliśmy odcięci od świata w trudnych warunkach. Ale dla młodych ludzi nie ma trudnych warunków. Podejrzewam, że dziś byłoby nam trudniej to znieść - powiedział Andrzej Katulski.
    - Z tego co pamiętam, to się przyznałem. Tym bardziej, że oni mi pokazali zeznania, że inni się przyznali. Przyznałem się od razu. Dalsze przesłuchania polegały na tym, że oni chcieli się ode mnie dowiedzieć o mojej działalności. O Szczecinie, o Pile, o Wyższej Szkole Oficerskiej. Pytali kogo ja tam znałem, jak było wcześniej, kto może mieć jakiś sprzęt drukujący. Tego typu przesłuchania - przypomina sobie Piotr Najsztub.
    Ich koledzy pozostawali jeszcze na wolności.
    - Zatrzymali nas chyba tydzień później. Poszliśmy na miasto jeszcze raz, aby namalować na ścianach znaki Solidarności Walczącej. Miało to im pomóc w tym, żeby milicjanci pomyśleli, że działa inna grupa. Ale jak widać nie pomogło - powiedział Krzysztof Malinowski. Z ust do ust po Żninie chodziły rady, aby włączać się w malowanie po murach, bo wtedy uprawdopodobni się tezę, że to nie oni malowali. Z tego to powodu pewnej styczniowej nocy śpiewająca wcześniej z Piotrem piosenki Leonarda Cohena (chórek) uczennica II klasy liceum Ania Księska wymalowała białą farbą na murze sklepu spożywczego przy ul Tysiąclecia (od strony garaży) znak Polski Walczącej. Rano był już zamalowany.
    Pozostała trójka: Piotr Goltz, Jerzy Winiecki i Krzysztof Malinowski zostali zatrzymani 15 stycznia 1982 roku. Oni także po krótkim pobycie w Żninie zostali przewiezieni do aresztu w Bydgoszczy. Tam już cała piątka oczekiwała na rozpoczęcie procesu. Później zostali przewiezieni do aresztu w Inowrocławiu.
    - Każdy był zamknięty osobno. Byliśmy zamknięci w celach z ludźmi, którzy byli podejrzani o różne przestępstwa, głównie pospolite: włamanie i kradzież, produkcja sfałszowanych kartek żywnościowych, napady i pobicia. Nie spotykaliśmy się z postawami aroganckimi czy wrogimi ze strony przestępców pospolitych. Podział i rozrzucenie nas miało na celu uniemożliwienie kontaktu. Nie dotyczyło to tylko naszej grupy, ale też nie pozwalali nam na kontaktowanie się ze sobą. Nie wiedziałem co dzieje się z pozostałymi. Nie pamiętam też jak przewożono nas z Bydgoszczy do aresztu w Inowrocławiu, z którego było już widać świat. Nie wiem czy razem czy osobno. W każdym razie na sali sądowej już się widzieliśmy - opowiada Andrzej Katulski.
    - Nastąpiła taka śmieszna sytuacja. Znam Andrzeja od dziecka. Kiedy po raz pierwszy, jeszcze przed procesem, zobaczyłem Andrzeja (w Bydgoszczy na Wałach), to byliśmy ostrzyżeni. I ja go nie poznałem, stał obok mnie i go nie poznałem. Stało się to dopiero po dłuższej chwili. On zresztą też miał trudności, bo ja miałem wcześniej brodę i dredy, a jak nas ostrzyżono i ogolono, to byliśmy zupełnie innymi ludźmi. Powiedział wtedy, że uczy się grypsować, starałem się wybić mu to z głowy, chyba mi się udało - powiedział Piotr Najsztub.

    ZAKAZANA NAZWA
    Ówczesny działacz Solidarności Henryk Tokarz powiedział, że był to pierwszy proces przeciwko mieszkańcom Żnina w stanie wojennym, a mieszkańcy śledzili jego przebieg i oczekiwali na wyrok z niecierpliwością i swego rodzaju przejęciem.
    Na ławie oskarżonych usiadło nie pięć, ale sześć osób. 22 stycznia 1982 roku został aresztowany Andrzej Wybrański. Ówczesne władze postawiły przeciw niemu dwa zarzuty. Po pierwsze o to, że podpisując życzenie bożonarodzeniowe użył nazwy zawieszonej organizacji, jaką był NSZZ Solidarność. Po drugie o to, że wiedział o planowanej akcji roznoszenia ulotek, a nie powiadomił władz.
    - Myśmy wcześniej poszli do Andrzeja Wybrańskiego i powiedzieliśmy mu o wszystkim. Nie chcieliśmy bezsensownie działać na własną rękę. Chcieliśmy poradzić się starszych osób. Poszliśmy do Andrzeja Wybrańskiego. Pewnie się ucieszył, że są ludzie, którzy chcą coś zrobić - wyjaśnia Andrzej Katulski.
    - Prawo żadnego państwa nie może zmuszać do donoszenia na własnego ucznia, aktualnego, czy też byłego - przypomina Andrzej Wybrański i dodaje: - Kiedy mnie aresztowano, to usiłowano mi udowodnić, że kierowałem tymi ludźmi. Prawda była taka, że faktycznie spotkałem się z Piotrem Najsztubem i Andrzejem Katulskim, którzy powiedzieli mi o swoich zamierzeniach.
    W trakcie śledztwa Andrzej Wybrański przyznał się jedynie do wykonania życzeń świątecznych.

    WROGOWIE LUDU
    Ówczesna władza ludowa oskarżyła piątkę młodych studentów głównie o to, że roznosząc ulotki i rozwieszając klepsydry zamieścili fałszywe informacje, które mogły wywołać niepokój publiczny. Cała szóstka stanęła przed Sądem Pomorskiego Okręgu Wojskowego w Bydgoszczy. Proces trwał trzy dni. Rozpoczął się 15, a zakończył 17 lutego 1982 roku.
    - Pamiętam ten proces i salę sądową jako teatr. Pamiętam, że dużo ludzi przyjeżdżało ze Żnina. Pamiętam swego rodzaju podniosłość, gdy wchodziliśmy na salę. Szliśmy szpalerem. Jak wychodziliśmy po wyroku, to były słyszalne półgłosem wypowiadane słowa, żebyśmy się trzymali - wspomina naczelny Przekroju. - Ja byłem głównym oskarżonym. Sprokurowano dla mnie badania psychiatryczne. One miały doprowadzić do tego, aby uznano moją, choćby częściową niezdolność rozpoznania znamion czynu - jak to wtedy nazywano. Dzięki czemu można by zdjąć ze mnie tryb doraźny i dzięki temu wszyscy inni mogli mieć zdjęty tryb doraźny.
Tryb doraźny polegał na tym, że wyrok nie mógł być mniejszy niż trzy lata więzienia. W końcu go zdjęto i wszyscy oskarżeni otrzymali mniej niż trzy lata pozbawienia wolności.
    - Dostałem cynk od adwokata, że mam wystąpić o badanie psychiatryczne - kontynuuje Piotr Najsztub. - Od znajomych doszła do mnie informacja, że mam tam iść i że tam będzie ktoś życzliwy. Ja o to wystąpiłem i rzeczywiście był tam lekarz - wojskowy psychiatra - który przyszedł do mnie i dał mi do zrozumienia jak mam się zachowywać. Podczas głównego badania kilka osób siedziało w komisji. Ja siedziałem naprzeciwko nich i zadawali mi pytania. Ten lekarz - nie pamiętam już jego nazwiska - prowokował mnie pytaniami do wywołania we mnie emocji. Pamiętam, że pytania dotyczyły tego co się dzieje. Chciał doprowadzić pytaniami do tego, żebym powiedział, iż jestem skłonny umrzeć w walce przeciwko stanowi wojennemu. W wielkich emocjach ja taką deklarację złożyłem. Zdaje się, że ta deklaracja i moja emocjonalność, zdecydowały o tym, że oni wpisali lekką niezdolność do rozpoznania czynu. W szpitalu była taka śmieszna sytuacja, że w pewnym momencie zostałem sam na korytarzu. Był taki moment, że zastanawiałem się czy nie uciec. To był szpital psychiatryczny wojskowy, ale jednak szpital. Wszyscy ode mnie odeszli. Stało się to po 3, 4 tygodniach aresztu. To był pierwszy moment, że znalazłem się sam. Nie było klawisza, nie było współwięźnia. Przez chwilę zastanawiałem się czy to nie było celowe, żebym mógł uciec. Na tych rozważaniach zeszły mi 2-3 minuty i po tym czasie ktoś przyszedł mnie dalej pilnować. Takim zostałem bohaterem wielkiej ucieczki - śmieje się Piotr Najsztub.
    Czwórka oskarżonych otrzymała kary pozbawienia wolności: Andrzej Katulski - rok i trzy miesiące pozbawienia wolności i rok pozbawienia praw publicznych, Piotr Najsztub - rok i sześć miesięcy pozbawienia wolności i pozbawienie praw publicznych przez dwa lata, Piotr Goltz - rok pozbawienia wolności i rok pozbawienia praw publicznych, Jerzy Winiecki - rok pozbawienia wolności. Krzysztof Malinowski otrzymał karę roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata oraz 6.000 zł grzywny.
    - To były niskie wyroki jak na stan wojenny, gdyż "naturalnie" wyroki w tym czasie, w trybie doraźnym rozpoczynały się od trzech lat więzienia; wobec nas zastosowano nadzwyczajne złagodzenie kary. Później jak siedzieliśmy w więzieniu, spotykaliśmy innych skazanych za przestępstwa polityczne. Na przykład chłopaków z Gdańska, którzy mieli wyroki po 5, po 6 lat. Wsławił się tym słynny sąd Marynarki Wojennej w Gdyni. Ludzi młodych z takimi wyrokami było sporo - opowiada Andrzej Katulski.
    - Adwokat był z urzędu. Przed sądami wojskowymi mogli bronić tylko adwokaci, którzy mieli imprimatur wojskowe. To byli starzy prokuratorzy wojskowi. To nie tak, że miałem poparcie w obrońcy. Była to taka synekura dla prokuratorów wojskowych na emeryturze, którym państwo płaciło słono, bo ich było niewielu, a mieli prawo bronić. Bronił tak jak bronił, to był kolega tego, który sądził. To nie był mecenas Piesiewicz broniący oskarżonych. Zresztą Piesiewicz nie mógłby nas bronić, bo nie miał uprawnień obrony przed sądami wojskowymi - mówi Piotr Najsztub.
    Krzysztof Malinowski powiedział, że w trakcie procesu dużą rolę odegrała pomoc jego kolegi ze studiów, który przedłożył sądowi poręczenie podpisane przez kolegów z wydziału Akademii Rolniczej w Poznaniu, a także poręczenie dziekana.
- Pamiętam moment, kiedy rozpoczynał się proces i na salę wchodzili moi rodzice. Pokazałem im kciukiem uniesionym do góry, że jest o.k. i żeby się trzymali - mówi Krzysztof Malinowski.

wojen44.jpg
Andrzej Wybrański współcześnie.  W latach 1989-1991 był solidarnościowym posłem na Sejm, obecnie pracuje w NIK.
wojen33.jpg
Andrzej Wybrański na zdjęciu z końca lat. 70

    Andrzej Wybrański został skazany jedynie za wywieszenie życzeń świątecznych 23 grudnia 1981 roku i za to sąd skazał go na rok i sześć miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata, a także 15.000 zł grzywny. Odwołał się od wyroku. Podobnie jak Jerzy Winiecki. W kwietniu Sąd Najwyższy w Warszawie uchylił Andrzejowi Wybrańskiemu warunkowe dwuletnie zawieszenie wyroku i nie uwzględnił odwołania obrońcy Jerzego Winieckiego. Dla Andrzeja Wybrańskiego oznaczało to, że w każdej chwili mógł zostać zabrany przez milicję i osadzony w więzieniu.
    - Okres pobytu w areszcie i więzieniu przebiegał spokojnie. Gdy sąd odwiesił wyrok, w każdej chwili mogłem zostać aresztowany. Zwróciłem się o rewizję wyroku do Prokuratora Generalnego. Kolejna rozprawa. Zastępca Prokuratora Generalnego był po mojej stronie. Uważał, że moja sprawa podlega jurysdykcji sądu cywilnego, a nie wojskowego. Sąd Najwyższy był zmuszony do przeprowadzenia rewizji wyroku. Stwierdzono niedociągnięcia w akcie oskarżenia i uchylono w końcu wyrok - wyjaśnia Andrzej Wybrański.

    ŚWIADOMIE O PRAWDĘ
    - Patrząc na to z perspektywy dnia dzisiejszego i biorąc pod uwagę zdrowy rozsądek, to można było się spodziewać konsekwencji. Ale my nie działaliśmy zdroworozsądkowo. Działaliśmy spontanicznie. Słyszeliśmy, że są wyroki w trybie doraźnym i że kary rozpoczynają się od trzech lat wzwyż. Wtedy nikt nie myślał o konsekwencjach, a raczej o potrzebie działania i o imperatywie, który nie pozwolił nam siedzieć na miejscu. Bez względu na to, czy w jakimś stopniu zdawaliśmy sobie sprawę z konsekwencji - powiedział Andrzej Katulski.
    - Wiedzieliśmy, że tymi ulotkami nie obalimy reżimu generała Jaruzelskiego - Pinocheta - jak na niego wtedy mówiliśmy. Chodziło nam o to, aby w takim Żninie ludzie poczuli, że nie wszystko jest załatwione do końca, że to nie jest tak, że ten stan wojenny wprowadzono, morda w kubeł i już będzie cisza. Żnin nie był miastem w całości emocjonującym się Solidarnością. Małe miasteczka z dystansem podchodziły do tego wszystkiego. Zależało nam na tym, żeby pokazać ludziom, którzy jednak byli przygnębieni. Informacje szczątkowe do nich docierały, ale nie wiedzieli czy jest jeszcze jakaś druga strona tej wojny, czy nie. Chcieliśmy pokazać, że ktoś jeszcze chce dalej walczyć o to, co im się ewentualnie podobało przez te kilkanaście miesięcy. W takim Żninie można było jedną ulotkę wywiesić i to by wystarczyło. Ludzie mieliby to przekonanie, że ktoś taki jest. Ale nasza działalność nie była zaplanowana, to było działanie spontaniczne - mówi Piotr Najsztub.

wojen12.jpg
Piotr Goltz dziś pracuje dla jednej z firm telefonii komórkowej, mieszka w Gdańsku
wojen14.jpg
Piotr Goltz na osiemnastych urodzinach jednej z koleżanek. Zdjęcie pochodzi jeszcze sprzed stanu wojennego.

    - Należę do ludzi, którzy nie boją się mówić to co myślą. Był pomysł, więc dlaczego nie mieliśmy spróbować? Robiłem to z naturalnej potrzeby. Nie chwaliłem się tym. Sztuką bowiem było coś zrobić i nie dać się złapać. Dla mnie osobiście żenujące było to, że z tak banalnej sprawy zro biono aferę zakończoną procesem - powiedział Piotr Goltz.
    RYGOR I TENIS STOŁOWY
    Skazani zostali przewiezieni z aresztu w Inowrocławiu do więzienia dla młodocianych w Mielęcinie pod Włocławkiem. Po kilku miesiącach zostali przeniesieni do Koronowa, a ostatnie chwili odbywania kary spędzili w Potulicach.
    - Przyjąłem to tak jakby musiało to być. Pierwsze dwa tygodnie byłem w letargu. Spałem, albo się nudziłem. Nawet na spacery nie wychodziłem. Tak sobie w tym letargu drzemałem. Problem był z papierosami. Potem byliśmy w areszcie w Inowrocławiu. Muszę powiedzieć, że dobrze się tam zaaklimatyzowałem. Miałem ksywę "student". Nie zmuszano mnie do opowiedzenia się za tym, czy grypsuję, czy nie. Co było korzystne, dlatego, że nie musiałem się do żadnej subkultury zapisywać - opowiada Piotr Najsztub. - Pisałem wierszyki moim kolegom z celi, rysowałem im aniołki na listach do narzeczonych. Wieczorami opowiadałem im o historii. Toczyliśmy takie pogawędki. Ktoś kto umie opowiadać, ktoś kto umie rysować, czy trochę pisać, w więzieniu ma dobrze. Może zająć czymś współwięźniów. Polubił mnie taki facet. Miał ksywę "pułkownik, dwanaście lat siedział. Wziął mnie pod opiekę. Załatwiał papierosy, wymyślił ksywę "student" - dodaje.
    Koronowo było więzieniem dla recydywistów. Andrzej Katulski wspomina, że dwie rzeczy były pozytywne: fajne widoki z okien na rzekę, na lasy i na ludzi przechadzających się na spacerach oraz stosunkowo dobre jedzenie: - We Włocławku niczego nie można było jeść. Wszystko było albo śmierdzące, albo - jak fasolka po bretońsku - z kamieniami. Nie do jedzenia. To w całości wyrzucaliśmy. Gdyby nie pomoc z zewnątrz, to marny byłby nasz los. Wiele osób nam wtedy pomagło. W tym miejscu jeszcze raz im dziękuję - mówi.
    W związku z tym, że wśród młodych więźniów politycznych była liczna grupa skazanych z Gdańska i Szczecina, naczelnicy zakładów karnych pozbywali się ich ze względu na podwyższone ryzyko wszczęcia głodówek.
    - I tak trafiliśmy do Koronowa, które było więzieniem dla morderców i gwałcicieli, i miało zaostrzony rygor. Choć nas i tak nie wtłoczono do dużych cel. Obsługiwali nas mordercy i gwałciciele i to mogło budzić niepokój. Szczególnie fryzjer, który załatwił całą swoją rodzinę. Opowiadał mi beznamiętnie co zrobił goląc mnie w tym czasie brzytwą. Ale ja akurat dobrze to Koronowo wspominam. Klasztor franciszkański z XIV wieku, grube mury, kontemplacja - z uśmiechem opowiada Piotr Najsztub.
    - Ostrzyżono nas na zapałkę. Warunki były rygorystyczne, ale nie dlatego, że były ciemne i zimne cele czy bicie, ale z tego powodu, że nie można się było położyć na łóżku w ciągu dnia. Cele były ciasne. O intymności mowy nie było, ale po takim czasie już byliśmy do tego przyzwyczajeni. Byliśmy tam kilka tygodni - mówi Andrzej Katuski.
    Na przełomie maja i czerwca przewieziono ich do Potulic k. Nakła. Tam już warunki były znośne. Więźniowie mieli możliwość wychodzenia do świetlicy oglądać program telewizyjny. Wtedy w 1982 roku były mistrzostwa świata w piłce nożnej. Były dłuższe spacery, w kółko chodziliśmy po pół godziny. Można było pograć w siatkówkę. Osadzeni poczuli się trochę swobodniej.
    - W Potulicach było już inaczej, była świetlica i można było pograć w ping-ponga. Dawało się tam przeżyć jakieś głodówki. Poznaliśmy tam Andrzeja Milczanowskiego [późniejszego ministra spraw wewnętrznych - przyp. aut], który zaczął nas infekować buddyzmem. Trochę rozmawialiśmy o tym w jego celi. To był ktoś. Andrzej był przywódcą duchowym. Był najsilniejszy z nas. Pamiętam, jak była głodówka o status więźnia politycznego. My głodowaliśmy w sumie około 20 dni. Jego potem wzięto do izolatki, dalej głodował jeszcze dwa tygodnie. Potem wrócił do nas. Akurat byliśmy na obowiązkowym Dzienniku Telewizyjnym w świetlicy. Wszedł. Wszyscy na niego patrzyliśmy i powiedział: - W życiu tylu spraw nie przemyślałem - mówi Piotr Najsztub.

    UBRANIE NIE NA TĘ PORĘ
    Żaden z oskarżonych i skazanych nie odsiedział całości wymierzonej kary. Warto dodać, że na poczet kary zaliczono okres przebywania w areszcie przed procesem styczeń-luty 1982 roku. Najdłużej, bo 10 miesięcy w więzieniu przebywał Piotr Najsztub. Po ośmiu miesiącach wyszedł Andrzej Katulski. Jerzy Winiecki uzyskał wolność w 22 lipca 1982 roku. W tym samym czasie na wolności znalazł się Piotr Goltz.
    - We wrześniu pojechałem do Szczecina - mówi Andrzej Katulski. - Poszedłem do rektora z prośbą o przywrócenie mnie z powrotem na pierwszy rok studiów. To było nie do pomyślenia, ale umożliwiono mi to. W latach 50. czy 60. automatycznie bylibyśmy relegowani i poszli do wojska.
    - Jak przyjechałem do Żnina, było bardzo ciepło, a ja byłem w ubraniu, w którym mnie zamknęli, czyli zimowym. Taki się czułem nie w porę. Zacząłem szukać pracy. Chciałem coś robić, a nie mogłem nic załatwić. Różni znajomi mi pomagali. Miałem kilka skierowań, ale jak trafiałem do tych miejsc, to mówiono mi, że nie bardzo [śmiech]. I wtedy pamiętam, choć osobiście tego nigdy nie potwierdzałem, że interweniował ówczesny pierwszy sekretarz miejski w Żninie. On się nazywał wtedy na em jakoś, chyba Małecki. Interweniował, żeby mi tę pracę dali i żeby się nie wygłupiali. Wtedy zostałem kierownikiem klubu rolnika w Podgórzynie [długi śmiech]. Później prowadziłem kiosk w Domu Kultury w Żninie przez kilka miesięcy, a potem zdawałem już na studia do Poznania na Państwową Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych w Poznaniu - powiedział Piotr Najsztub.

    PRZED OKRĄGŁYM STOŁEM
    Andrzej Katulski i Piotr Najsztub nadal utrzymywali ze sobą kontakt. Zaangażowali się oczywiście na powrót w działalność opozycyjną. Mieli świadomość, że mogą być śledzeni czy inwigilowani. Z tego względu musieli być ostrożni.
    - Jeździłem do Gdańska i przez jakiś czas mieszkałem w Sopocie. Tam poznałem Krzysztofa Dowgiałło, który mnie wprowadzał w tajniki konspiracji. Przez chwilę, epizodycznie, pełniłem rolę kuriera przewoziłem różne informacje dla Janusza Pałubickiego między Gdańskiem a Poznaniem. Mój ostatni aktywny udział miał miejsce w 1988 roku, jak był strajk w Cegielskim. Nieudany zresztą. Z Januszem i dzisiejszym wiceprezydentem Poznania - Frankiewiczem - stanowiliśmy grupę, która z ramienia Solidarności miała wejść na ten strajk i pokierować nim. Ja miałem zajmować się poligrafią i psychologią. Podjęliśmy próbę, ale Janusz nie dał rady przejść przez płot, gdyż już wtedy bardzo chorował na serce. Musieliśmy odstąpić, bo ZOMO nas goniło. Udało nam się uciec, ukryliśmy się na jeden dzień, następnego dnia robotnicy nas przeprowadzili i tam byłem przez cały strajk. Był 1988 rok. Czułem, że w innym świecie się znalazłem. Nie robotniczym. Zajmowałam się zresztą już wtedy czymś innym. I tyle. Później to już zobaczyłem wielu moich kolegów w Sejmie kontraktowym. Między innymi współoskarżonego i wychowawcę - Andrzeja Wybrańskiego - wspomina Piotr Najsztub.
    - Po wyjściu z więzienia byłem przyjęty przez chłopaków, których poznałem wcześniej, przed stanem wojennym, z NZS. Nie mogłem prowadzić żadnej działalności na świeczniku. Musiałem być ostrożny, dlatego, że nie wiedziałem jak i gdzie jestem inwigilowany. Szczególnie w pierwszym okresie, bo wyszedłem na warunkowe zwolnienie. Mieliśmy taką trochę niebezpieczną sytuację w 1983 roku. Jeździłem ze Szczecina do Wrocławia, tam poznałem kilku ludzi. Przepisaliśmy na maszynie egzemplarz tomiku poetyckiego Stanisława Barańczaka pt. Przywracanie porządku. To była świeża rzecz w dodatku z podpisem Wałęsy. Przywiozłem to, jadąc przez Poznań zostawiłem u Piotra kilka egzemplarzy. Zupełnie przypadkowo znaleźliśmy się w mieście na placu Wolności. I tam przeszliśmy na czerwonym świetle nie wiedząc, że za nami idą jacyś milicjanci. Szliśmy z Piotrem i jego ówczesną żoną Beatą. I nas zaprowadzili na komendę. Na jakimś holu kazali powyrzucać wszystko z toreb. I wszystko wyrzuciliśmy. Znalazło się tam parę takich rzeczy nieprawomyślnych, w tym egzemplarze, które miałem zawieźć do Szczecina i oryginał. Zatrzymali nas na 48 godzin. Byłem wtedy spięty, bo nie wiedziałem, czy nie zaważy to na zwolnieniu warunkowym. Okazało się, że nie było to dla nich takie ważne - mówi Andrzej Katulski.

    REFLEKSJE PO LATACH
    - Te wydarzenia miały decydujący wpływ na moje życie. Jakoś mnie ustawiły. Nie mogłem być konformistą. To po pierwsze. Po drugie, moje życie było różne. Z jednej strony prowadziłem życie młodzieńca intelektualizującego, śpiewającego, malującego, a z drugiej strony miałem wielu kolegów z marginesu. To byli kryminaliści. Byłem rozpostarty między dwoma światami - gdy miałem 15-16 lat, to byłem sądzony za próbę włamania. To, że znalazłem się w areszcie w takiej, a nie innej sprawie, ustawiło mnie do końca. W więzieniu wtedy siedzieli bardzo porządni ludzie. I mądrzy. Później mi pomogli. Miałem możliwość obcowania z przeciwnikami władzy, a równocześnie mądrymi, życzliwymi, mającymi własny system wartości ludźmi. To był taki szczególny moment, że ich zebrano w takich wąskich miejscach. Duże nagromadzenie autorytetów w jednym miejscu. I mi się zdarzyło, że trafiłem do takiego grona - podsumował wydarzenia czasu stanu wojennego Piotr Najsztub.
    - Nie jestem w stanie powiedzieć jak dalece to wszystko wpłynęło na moje życie i czy inne wydarzenia wpłynęłyby w inny sposób. Na pewno, to że spotkaliśmy takich, a nie innych ludzi. Mieliśmy możliwość być w sytuacjach trudnych - może nie ekstremalnych, w obliczu być albo nie być - natomiast wiele razy trzeba było dokonać wyboru i zachować się w określony sposób. Myślę, że to co wtedy przeszedłem pozytywnie na mnie działało. Wiem, że to co się stało nie było dla mnie bezsensowną wycieczką, tylko pewną szkołą i doświadczeniem, które szybko we mnie dojrzało. Nie pomijając faktu, że w tym czasie i później mogłem spotykać fajnych i mądrych ludzi - tak z kolei wyjaśnia Andrzej Katulski.

    PLAMA W ŻYCIORYSIE?
    Także dla Jerzego Winieckiego wydarzenia z przełomu 1981 i 1982 roku miały wpływ na dalsze życie. Otrzymał on po wyjściu z więzienia wezwanie do SB. Tam zaproponowano mu współpracę.
    - Nie zgodziłem się na to. A oni też później nie naciskali. Odpuścili sobie po prostu - mówi Jerzy Winiecki.
    Po wyjściu na wolność przesłuchiwany na SB był jeszcze Andrzej Katulski. To przesłuchanie uświadomiło mu jak chory był system działający w PRL-u: - Byliśmy wzywani od czasu do czasu do odwiedzin w SB. Nie miałem sytuacji, żeby mnie gdzieś do czegoś namawiali. Nawet wydaje mi się to dość dziwne, żeby dostarczać jakieś informacje. W Bydgoszczy SB pytało, po co to robiliśmy, dla jakich ludzi i ile nam zapłacili. Wtedy mnie oświeciło. Jeżeli oni uporczywie trzymali się tego wątku, ile nam zapłacono w dolarach? To było kropką nad "i", że tak naprawdę to nie są zorientowani, że my naprawdę to robimy spontanicznie, dla siebie, że my tak myślimy. Oni byli przekonani, że to wszystko są jakieś struktury i organizacje, że my jesteśmy opłacani. Te wątki miały swoje początki wiele lat wstecz. To było dodatkowe otwarcie oczu na to jak oni byli słabo zorientowani. Ludzie naprawdę robili to dla siebie. Ludzie, którzy należeli do Solidarności, robili różne spontaniczne rzeczy. Nie trzeba robić za pieniądze, nie trzeba być popychadłem jakiś obcych agentur, tylko można coś zrobić dla siebie. Tak jak w tym wypadku myśmy zrobili. Żeby to się nie toczyło tak bezwolnie, żeby się nie zamknęło wyłącznie w jakiś głupi stan wojenny. Że nam po prostu dzióby zamkną, wszystkich nas poróżnią, pozamykają w domach i zrobią z nami co chcą.
    W 1993 roku Sąd Najwyższy Rzeczypospolitej Polskiej po rewizji nadzwyczajnej uniewinnił Piotra Najsztuba, Andrzeja Katulskiego, Piotra Goltza, Jerzego Winieckiego i Krzysztofa Malinowskiego od popełnienia przypisanych im przestępstw.
    - Liczyło się działanie w każdym wymiarze. Trzeba było zorganizować strajk, trzeba było się określić, zrobić coś. Tutaj coś zorganizować. Przenieść maszyny, wydrukować, przesłać wiadomości. Na strajkach można było wystąpić. Każde działanie coś przynosiło. Ja też pamiętam różne fajne rzeczy i wydarzenia. Te, które wydawały się ulotne i bez znaczenia, po latach widać, że to nie było bez znaczenie. Nie było całkiem ulotne i bezsensowne. Gdyby tak było, to nie byłoby naszej rozmowy - powiedział Andrzej Katulski.

Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 702 (30/2005)
Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry