Mogileński Dom Kultury - MY TU GRAMY

Wniosek o ukaranie lekarzy ze żnińskiego lekarza

    Nie mogąc się pogodzić ze śmiercią matki Mieszkanka Żnina, Joanna Leszczyńska opowiadała tę historię różnym osobom. Długo wahała się, czy ma sens oddanie sprawy do sądu. W końcu trafiła na niezwiązanego ze sprawą lekarza, który, poruszony opowieścią - utwierdził ją w tym, że nie powinna milczeć. Zwróciła się do sądu o ukaranie lekarzy ze żnińskiego szpitala oraz odszkodowanie, gdyż uważa, że złe zdiagnozowanie choroby jej matki przyczyniło się do tego, że matka zmarła. Postępowanie w tej sprawie prowadzi żnińska prokuratura.

    2 czerwca 2004 r. matka Joanny Leszczyńskiej Teresa Jurek wstała przed 6.00 rano. Kilka minut później obudziła się córka. Matka zaczęła skarżyć się na bóle w klatce piersiowej i wysokie ciśnienie. Córka postanowiła, że zaprowadzi matkę do przychodni.
    DWIE DIAGNOZY: ZAWAŁ I PRZEPUKLINA
    Około 7.30 Teresa Jurek została przyjęta przez lekarza Andrzeja S. Lekarz zmierzył pacjentce ciśnienie oraz zlecił pielęgniarce przeprowadzenie badania EKG, a także podanie leków na obniżenie ciśnienia. Pół godziny później pielęgniarka powtórzyła badanie EKG. Andrzej S. chcąc zapoznać się z wynikami badań, postanowił skierować Teresę Jurek do szpitala na oddział wewnętrzny. Ze skierowania do szpitala wynika, że lekarz rozpoznał nadciśnienie tętnicze oraz zawał zagrażający. Andrzej S. dał też zlecenie na transport sanitarny, z którego Teresa Jurek nie skorzystała.
    O 9.45 matka została przyjęta na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym przez Anettę B., która zleciła wykonanie badań diagnostycznych: EKG oraz badanie krwi, takich jak morfologię, cukier, jony, CPK i CKMB. Z karty informacyjnej wynika, że pacjentka podczas przyjęcia na Oddział Ratunkowy skarżyła się na bóle w klatce piersiowej o charakterze rozpierającym, promieniujące do szyi. Bólom towarzyszyły duszności i poty. Z karty wynika również, że wykonano wszystkie zlecone badania oprócz CKMB. Po wykonaniu badań i podaniu leków pacjentka - według karty informacyjnej - nie zgłaszała dolegliwości bólowych w klatce piersiowej i została wypisana do domu w stanie ogólnym dobrym.
    - "Według mojej wiedzy CKMB jest badaniem bardzo ważnym dla potwierdzenia lub wykluczenia zawału serca. Z karty informacyjnej wynika, że badania CKMB nie przeprowadzono. Nie jest wpisane" - mówi Joanna Leszczyńska.
    Zdaniem Joanny Leszczyńskiej po ponad dwóch godzinach przebywania na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym, lekarka stwierdziła, że matka nie kwalifikuje się, by być przyjętą na oddział wewnętrzny, gdyż na pewno nie jest to zawał, lecz przepuklina rozworu przełykowego - jak wynika z karty informacyjnej. Anetta B. nakazała udać się Teresie Jurek do lekarza rodzinnego, by ten przepisał jej leki przeciwbólowe, oraz zaleciła na karcie informacyjnej wykonanie próby wysiłkowej.
    - "Po co pisze w zaleceniach, by przeprowadzić próbę wysiłkową, skoro rozpoznała przepuklinę. Dlaczego też nikt nie przeprowadził tej próby wysiłkowej?" - dziwi się Joanna Leszczyńska.

    TRZECIA DIAGNOZA: KAMIENIE W WORECZKU
    Po wypisie ze Szpitalnego Oddziału Ratunkowego Joanna Leszczyńska zaprowadziła matkę do domu. Sama zaś poszła do Andrzeja S. z kartą informacyjną z SOR, by przepisał leki przeciwbólowe.
    - "Leki, które zapisał nie pomogły, więc około godziny 18.00 zaprowadziłam mamę ponownie do przychodni ogólnej. Tym razem przyjmował lekarz Paweł J. Po zapoznaniu się z kartą informacyjną z SOR oraz wynikami badań EKG stwierdził, że wyniki te raczej nie wskazują na zawał serca. Podejrzewał, że przyczyną bólów w klatce piersiowej mogą być kamienie w woreczku żółciowym. Skierował mamę do poradni chirurgicznej, aby zgłosiła się tam następnego dnia oraz zapisał kolejne leki przeciwbólowe" - opowiada Joanna Leszczyńska.
    Niecałe dwa lata wcześniej Teresa Jurek miała wykonane USG, które wykazało, że faktycznie posiada kamienie na woreczku.
    3 czerwca 2004 r. Od 12.00 Joanna Leszczyńska czekała z matką w poczekalni poradni chirurgicznej, gdzie miała być przyjęta jako ostatnia w kolejności. Po prawie trzech godzinach oczekiwania matkę przyjął i przebadał lekarz Jerzy R. Zdaniem Joanny Leszczyńskiej w trakcie badania pytał matkę czy badanie USG brzucha było wykonywane wcześniej.
    - "Na moją sugestię, że był rozpoznany zawał i mamę wcześniej kierowano na oddział wewnętrzny oświadczył, że to nie jest zawał, tylko kamienie w woreczku, które należy usunąć, a bóle w klatce piersiowej są spowodowane promieniowaniem od woreczka. Tym razem skierował mamę na oddział chirurgii ogólnej w celu wykonania operacji usunięcia kamieni żółciowych. Na oddział kazał się stawić około 1700" - mówi córka.
    O 17.00 Teresa Jurek ponownie znalazła się w izbie przyjęć szpitala. Na oddział przyjęto ją dopiero o 20.00. Dlaczego?
    - "Najbardziej irytowało mnie to, że przez te 3 godziny nikt się mamą nie zajmował. Lekarz, który tam był mówił, że to nie jego sprawa, bo to pacjentka na oddział chirurgiczny. Powiedziano nam również, że na oddziale chirurgicznym nie ma miejsc. Lekarz dyżurujący na chirurgii ogólnej czekał na doktora R. aby upewnić się, czy  mama ma być przyjęta na ten oddział. Gdy o 20.00 pojawiła się pielęgniarka z oddziału, to natychmiast znalazło się miejsce i zabrała mamę na oddział. Nie bałam się wówczas niczego, bo wierzyłam lekarzom, że to kamienie" - relacjonuje Joanna Leszczyńska.

    ŚMIERĆ
    Od chwili, gdy Teresa Jurek trafiła na oddział, do 6 czerwca podawano jej zastrzyki przeciwbólowe. Była też na diecie. Według córki zastrzyki pomagały na bardzo krótki czas, a dolegliwości bólowe wracały.
    5 czerwca 2004 r. Pacjentka podczas porannej wizyty dowiedziała się, że operacja zostanie przeprowadzona 7 czerwca. Lekarz zlecił wykonanie EKG i prześwietlenia płuc. Joanna Leszczyńska podejrzewa, że żaden lekarz nie analizował wyników tych badań.  
    6 czerwca 2004 r. - "W południe mama prosiła mnie telefonicznie o pomoc. Czuła się znacznie gorzej i uskarżała się na promieniujące bóle w klatce piersiowej do szyi i drętwienie lewej ręki. Po moim przybyciu do szpitala i naświetleniu sprawy lekarz dyżurny Cherif B. poinformował mnie, że mamie mogą podawać tylko zastrzyki tramalu i pyralginy. Uspokajał, że nazajutrz mama będzie miała operację, a za chwilę zaczną działać leki i wszystko będzie dobrze" - mówi córka.
    Około 23.00 otrzymała jednakże telefon ze szpitala z informacją, że matka nie żyje. Pielęgniarka prosiła ją, by przyszła jak najszybciej do szpitala. Dowiedziała się, że matkę znaleziono w łazience około 21.00. Próby reanimacji nic nie dały.
    Joanna Leszczyńska relacjonuje: - "Cherif B. był bardzo zdenerwowany. Mówił jak strasznie mu przykro, że stało się to na jego dyżurze. Twierdził, że nie wie jak to się stało. Tłumaczył się, że pyralgina i tramal nie szkodzą na serce. Lekarz dodał, że nie mógł ciąć na twardym brzuchu. Ale w karcie informacyjnej z pobytu w SOR lekarka wpisała, że brzuch jest miękki. Jak mógł być miękki, jeśli to miały być kamienie? O 20.30 do mamy dzwonił wujek. Mówiła mu, że dobrze się czuje. A pół godziny później znaleziono ją w łazience".

    SEKCJA ZWŁOK
    Córka zażądała przeprowadzenia sekcji zwłok. Cherif B. prosił, by następnego dnia o 10.00 Joanna Leszczyńska przyszła po kartę zgonu, gdyż będą znane wyniki sekcji.
    7 czerwca 2004 r. Cherif B. poinformował, że nie ma wyników sekcji zwłok. Tłumaczył, że nie może ona być przeprowadzona. Na 9 czerwca rodzina miała zaplanowany pogrzeb. Rodzina chodziła w tym dniu do lekarza trzykrotnie prosząc o wyniki sekcji.
    - "Tłumaczył się, że nie ma patologa. A gdyby się znalazł, to pomocnika może nie być. Podawano nam różne pokrętne przyczyny. Wyraźnie wyczuwałam, że próbowano mnie odwieść od tego zamiaru. Za możliwy termin wykonania sekcji wyznaczono dzień 14 czerwca, po tygodniu. Wujek przekonywał mnie, że może rzeczywiście odstąpić od przeprowadzenia tej sekcji. Lekarzowi poprawiła się wówczas mina. Gdy powiedziałam, że jest mi bez różnicy czy poczekamy z pogrzebem tydzień, czy miesiąc, wówczas mina mu zrzedła. Lekarz nagle oświadczył, że mam przyjść następnego dnia (8 czerwca - am), może da się to załatwić. Powiedzieli, że zawiozą mamę na sekcję do Bydgoszczy. Moja nieugięta postawa spowodowała, że lekarze przestali liczyć na ustępstwa" - wspomina Joanna Leszczyńska.

    WYNIKI: ZAWAŁ
    8 czerwca 2004 r. około 14.15 Jerzy R. poprosił Joannę Leszczyńską do gabinetu. Był tam również Cherif B. Jerzy R. oświadczył, że przyczyną śmierci matki był rozległy zawał, w wyniku którego serce pękło na pół, a na jakąkolwiek pomoc nie było szans. Joanna Leszczyńska przypomniała wówczas, że już 2 czerwca rozpoznano u matki zawał. Dziwiła się dlaczego nie leczono jej w tym kierunku. Wówczas Jerzy R. przyznał, że to był błąd w diagnozie i jest mu z tego powodu przykro.
    Dopiero w domu Joanna Leszczyńska stwierdziła, że wśród dokumentów leczenia wydanych przez szpital brakuje karty informacyjnej z 2 czerwca z pobytu na SOR. Zdaniem Joanny Leszczyńskiej wynikała z niej pierwsza błędna diagnoza podważająca zaistniały zawał. Dopiero po dwóch tygodniach, gdy Joanna Leszczyńska próbowała odzyskać kartę, po wielu utrudnieniach wystawiono jej kserokopię tego dokumentu.
- "Poszłam do SOR po kartę informacyjną mojej mamy. Lekarze nie chcieli mi jej wydać. W SOR okazało się, że nie było pacjentki o imieniu i nazwisku mamy. Znaleziono jej nazwisko dopiero w drugiej książce. Pytano mnie, po co mi ta karta i wyjaśniono, że muszę zwrócić się ze specjalnym pismem do dyrektora. Poszłam z pismem do sekretariatu dyrektora i powiedziałam, że chcę kserokopię dokumentu. Sekretarka wychodząc z gabinetu dyrektora Leszka Wójtowicza powiedziała, że mama powinna przyjść osobiście po kartę. Powiedziałam, że bardzo bym chciała, żeby mama przyszła. Sekretarka przeprosiła mnie, a dyrektor nie wiedząc o co chodzi podbił pieczątkę i wyraził zgodę na wydanie kopii tej karty. W taki więc sposób uzyskałam kartę informacyjną" - opowiada Joanna Leszczyńska.
    Nie mogąc się pogodzić ze śmiercią matki Joanna Leszczyńska opowiadała tę historię różnym osobom. Długo wahała się, czy ma sens oddanie sprawy do sądu. W końcu trafiła na niezwiązanego ze sprawą lekarza, który, poruszony opowieścią - utwierdził ją w tym, że nie powinna milczeć.  

    WNIOSEK O UKARANIE LEKARZY
    22 grudnia 2004 r. Joanna Leszczyńska postanowiła złożyć wniosek do żnińskiej prokuratury o wszczęcie postępowania przeciwko Anetcie B. z oddziału ratunkowego oraz przeciw lekarzom oddziału chirurgii ogólnej, którzy pełnili dyżur od 3 do 6 czerwca 2004 r. za - jej zdaniem - złe zdiagnozowanie choroby matki, w wyniku czego zmarła. Córka wnosi o ukaranie lekarzy oraz odszkodowanie. W jakiej kwocie, tego na razie nie wie. Do wniosku dodała załączniki: kartę informacyjną z SOR, skierowanie na transport sanitarny oraz akt zgonu.
    - "Tydzień po śmierci mamy pani B. zwolniła się ze szpitala" - kończy Joanna Leszczyńska.
    23 grudnia 2004 r. o zaistniałym fakcie Joanna Leszczyńska poinformowała Bydgoską Izbę Lekarską. Już 4 stycznia br. otrzymała odpowiedź podpisaną przez okręgowego rzecznika odpowiedzialności zawodowej dra Zbigniewa Petrykowskiego o wszczęciu postępowania wyjaśniającego przeciwko lekarzom na okoliczność zgonu matki.

    NAJCZĘŚCIEJ UMORZENIA
    Temat jest znany wiceprezesowi Zarządu Generalnego Stowarzyszenia Primum Non Nocere, prezesowi oddziału łódzkiego Witoldowi Szmigielskiemu.
    - "Moja opinia jest jednoznaczna. Od czasu pierwszej diagnozy o zawale nikt później nie wykonał stosownych badań, by tę wstępną diagnozę potwierdzić. Było to ewidentne zaniechanie podstawowych badań" - uważa wiceprezes stowarzyszenia.
    Witold Szmigielski zapytany, czy słusznym krokiem było skierowanie sprawy do okręgowego rzecznika odpowiedzialności zawodowej, odpowiedział: - "Powiem brutalnie. Z mojego doświadczenia wynika, że sprawy prowadzone przez okręgowych rzeczników odpowiedzialności zawodowej tak naprawdę nic nie dają. Takie postępowanie może spowodować, że lekarz zostanie ukarany jakąś naganą czy upomnieniem. Najczęściej jednak, mimo ewidentnych dowodów, takie sprawy kończą się umorzeniami".
    Szef żnińskiej prokuratury Wojciech Jabłoński powiedział nam, że w sprawie nie ma jeszcze żadnych ustaleń.

   Arkadiusz Majszak
Pałuki nr 678 (6/2005)

 

Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry