W październiku w kościele pw. Matki Boskiej Częstochowskiej w Piechcinie miało miejsce uroczyste odsłonięcie tablicy upamiętniającej Ośrodek Pracy Więźniów w Piechcinie. Ośrodek powstał w 1950 roku, a został zlikwidowany w czerwcu 1956. W 1953 roku  przebywało w nim ok. 1.450 więźniów, przywożonych z różnych zakątków kraju; liczba wszystkich więźniów OPW nie jest znana.

W zaznaczonym na mapie punkcie znajdował się w latach 1950-56 obóz pracy, teraz nie ma tam już nic fot. Remigiusz Konieczka

    "Z dniem 15 listopada 1950 r. wicedyrektor departamentu więziennictwa MBP ppłk Jan Bartczak formalnie powołał Ośrodek Pracy Więźniów w Piechcinie. W całej Polsce powstało wówczas 16 takich ośrodków, które w rzeczywistości (z powodu warunków w nich panujących) były obozami pracy przymusowej. Aby OPW w Piechcinie mógł samodzielnie funkcjonować, już w kwietniu 1950 r. skierowano tam 150 więźniów z Inowrocławia, którzy przez kilka miesięcy pracowali w kamieniołomach i przy budowie ośrodka. W miarę upływu czasu rosła liczba przywożonych tu więźniów. W czerwcu było ich ponad 300, we wrześniu 520 (...) Z zachowanych źródeł wynika, iż w 1953 r. w Piechcinie przebywało przeciętnie od 1.250 do 1.450 więźniów" - napisała dr Alicja Paczoska z Instytutu Pamięci Narodowej w Bydgoszczy w broszurze "W kamieniołomach Piechcina 1950-1956".  
    Ośrodek Pracy Więźniów nie znajdował się, jak głosi nazwa, w samym Piechcinie. Zarówno drewniane baraki, jak i późniejsze murowane, zbudowane zostały na terenie Bielaw.  
    "Władze komunistyczne postanowiły swoich przeciwników politycznych wykorzystać do budowy ludowej ojczyzny, wmawiając im, że przez fizyczną pracę okupią swoje winy i zresocjalizują się" - czytamy w broszurze. A fizycznej pracy w kamieniołomach Białego Zagłębia nie brakowało.
    Od powstania ośrodka minęło już ponad 50 lat. Dziś mniej lub bardziej chętnie opowiadają o tamtych latach więźniowie obozu, a także pracujący tam strażnicy. Niektórzy proszą o zachowanie anonimowości. Są też i tacy, dla których lata spędzone w OPW to przeszłość, do której nie chcą wracać.

Czesław Rzadkosz, bydgoszczanin, był więźniem piechcińskiego obozu od stycznia 1951 roku do maja 1952 roku. fot. Joanna Bejma

    Z MARSZU DO PRACY
    Swój pobyt w Ośrodku Pracy Więźniów w Piechcinie doskonale pamięta bydgoszczanin Czesław Rzadkosz. Był on jednym z jego wielu politycznych więźniów.
    W bydgoskim gimnazjum, do którego uczęszczał, powołał z kolegami "Młodzieżową Organizację Broniącą Wolności i Wiary".  
    - "Aresztowany zostałem w 1949 roku przez Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa. Kończyłem właśnie małą naturę" - wspomina bydgoszczanin. 

    W sprawie Czesława Rzadkosza i jego kolegów zapadły wyroki od 6 do 10 lat. Czesława Rzadkosza skazano na 6 lat pozbawienia wolności. Jak powiedział, od momentu ogłoszenia wyroku aż do jego zatwierdzenia cała siódemka przebywała w więzieniu na Wałach Jagiellońskich w Bydgoszczy. - "Potem przerzucono nas do Koronowa, a stamtąd porozrzucano do więzień w całym kraju. Ja z jednym kolegą trafiliśmy do Piechcina" - powiedział pan Czesław.
    Był styczeń 1951 roku. Zanim transport z więźniami dotarł do piechcińskiego ośrodka, najpierw musiał dojechać do Inowrocławia, gdzie znajdowała się administracja ośrodka. Po zarejestrowaniu i oddaniu tam wszystkich rzeczy osobistych więźniowie pojechali prosto do kamieniołomów.  
    - "Gdy przywieźli nas do Piechcina, było około 21.00. Z marszu, w nocy, w środku zimy kazali nam iść do pracy. Mieliśmy na sobie tylko drelichowe spodnie, kurtki z koca, czapki i buty" - relacjonuje bydgoszczanin.
    Czesław Rzadkosz udostępnił nam wspomnienia innego więźnia ośrodka, mieszkającego obecnie w Chełmnie Jerzego Kałdowskiego.  
    Jerzy Kałdowski określa ośrodek jako "typowy koncentracyjny obóz stalinowski (...) Głównym czynnikiem terroru ze strony systemu stalinowskiego wobec więźniów politycznych była wyniszczająca praca w kamieniołomach we wszystkich oddziałach i prymitywne warunki bytowe w obozie (...) Kiedy się tu w Piechcinie zjawiłem, w okresie groźnej zimy, zmuszony do niewolniczej pracy ponad siły, wśród głodu i chłodu, bez ciepłej odzieży, rękawic czy skarpet, uświadomiłem sobie, że tu mogę znaleźć kres swojej drogi" - napisał Jerzy Kałdowski, który do więzienia trafił na początku 1953 roku.

Józef Łybek w piechcińskim Ośrodku Pracy Więźniów pracował przeszło 3 lata. Był jednym ze strażników. fot. Joanna Bejma

    OBOWIĄZKI STRAŻNIKÓW

    Mieszkaniec Barcina Józef Łybek był pierwsza osobą, która opowiedziała nam o swojej pracy w ośrodku. Józef Łybek w 1953 roku zasilił szeregi strażników. Pracował tu ponad 3 lata. Kiedy zaczynał pracę, miał 23 lata. Mimo upływu czasu nadal dużo pamięta.   
    - "Strażnicy pochodzili nie tylko z Barcina czy Piechcina. Do tego obozu przyjeżdżali na delegacje również strażnicy z Torunia, Inowrocławia, Pakości czy Trzemeszna. Tak jak ja byli świeżo po wojsku. Mnie przydzielono do obstawy na produkcji. Pamiętam, że były dwie zmiany. Kiedy pracowaliśmy na rano, w pracy musiałem być już po 5.00, by wraz z konwojem więźniów punktualnie na godzinę 6.00 przybyć do kamieniołomów. Zakład, w którym pracowali, był ogrodzony, a ja musiałem pilnować, by nikt z niego nie uciekł" - wspomina pan Józef. - "Więźniom i nam nie wolno było się kontaktować. Jeśli chcieliśmy zamienić słowo, to tylko na osobności i trzeba było uważać, aby nikt nie zauważył, bo nie tylko więźniom, ale i strażnikom groziła za to kara. Poza tym mieliśmy też zakaz wchodzenia do ich baraków, tam przebywali tylko oddziałowi" - opowiada Józef Łybek.
    W OPW pracował także inny barcinianin Władysław S. - "Do pracy w służbie więziennej zgłosiłem się ze względu na mieszkanie. Akurat było ogłoszenie, że potrzebują strażników. Zgłosiłem się i przydzielili mi mieszkanie w Piechcinie. Pracę w Ośrodku zacząłem na początku 1956 roku, miałem wtedy 32 lata".
   
32 WÓZKI KAMIENIA DZIENNIE
    Więźniowie pracowali na akord. Ładowali kamienie na wózki, układali je w piecach kręgowych, gdzie były wypalane na wapno. - "Jeden dzień pracy liczono jako dwa dni. I tak na przykład, jeśli ktoś był skazany na 10 lat, to z kamieniołomów zwalniali go po pięciu latach pracy" - mówi Józef Łybek. - "Pamiętam, był taki jeden, który dostał dożywocie. Miał około 30 lat, ale nie pamiętam już skąd był i jak się nazywał. Kiedy ogłoszono pierwszą amnestię, skrócono mu wyrok do 15 lat. Kiedy przyszła druga amnestia, te 15 lat zamieniono mu na 7 lat. Gdy wyszedł, to okazało się, że w sumie odsiedział tylko 4 lata" - opowiada ówczesny strażnik więzienia.
    Dziennie pracujący w parach więźniowie musieli wspólnie załadować 32 wózki kamienia. Dodatkowo kamień, który wydobywali, musiał być posegregowany i trafić do odpowiedniego wózka z kamieniem cukrowym, piecowym lub tłuczniem. Były też wózki z piachem. - "Poza tym musieliśmy rozłupywać kamienie, które były za duże" - opowiada o swojej pracy Czesław Rzadkosz. 

    W pamięci naszych rozmówców zachowały się wspomnienia o obozowych uniformach. Na plecach każdego z nich widniały litery OP, czyli obóz pracy, i więzienny numer. - "My mówiliśmy na nich Obrońcy Pokoju" - dodał były strażnik Józef Łybek.
    Każdy z więźniów miał przydzielony jeden uniform. Gdy był mokry, to wysychał rozwieszony w nocy na łóżkach. - "Jak nie wysechł, to trzeba było iść w takim do pracy" - powiedział Czesław Rzadkosz.

Odsłonięta 2 października w kościele Matki Boskiej Częstochowskiej w Piechcinie tablica ma upamiętniać 6-letni okres wycieńczającej pracy więźniów fot. Joanna Bejma

    ZA WOLNOŚĆ I ZBOŻE
    Za co mężczyźni trafiali do Ośrodka Pracy Więźniów? Dr Paczoska w swoim opracowaniu pisze: "Grupę więźniów stanowili przede wszystkim byli członkowie różnych organizacji niepodległościowych, którzy po wojnie nie złożyli broni i nadal walczyli z komunistycznym reżimem (...) W grudniu 1953 r. w obozie przebywało 245 chłopów aresztowanych za opór w akcji skupu zboża, z których tylko nieliczni byli skazani na pobyt w obozie pracy przez sąd (...) Wśród zamkniętych w obozie byli także i tacy, których jedyną winę stanowiło to, że byli synami rolników, którzy nie wywiązywali się z obowiązkowych dostaw".  
    - To był obóz ludzi młodych, 20-letnich. Przeważnie byli to chłopcy ze szkół. Dużo ich było z okolic Warszawy. W 1952 roku na wiosnę władze zaczęły zabierać więźniów do Jaworzna do kopalni węgla. Po nich przybyli chłopi, którzy nie odstawiali zboża" - powiedział Czesław Rzadkosz.  
    Dr Paczoska: "W 1953 r. przebywała w kamieniołomach w Piechcinie również 30-osobowa grupa świadków Jehowy, których władze bezpieczeństwa również traktowały jako wrogów władzy ludowej".
    Oprócz więźniów politycznych w ośrodku swoje kary odsiadywali również zwykli przestępcy, złodzieje, alimenciarze, skazani za rozboje i zabójcy. Osoba, która tak twierdzi, w latach 1951-1956 pracowała w OPW w charakterze strażnika funkcyjnego czyli tzw. oddziałowego. Prosi o zachowanie anonimowości. - "Do ośrodka przyszedłem w lipcu 1951 roku. Z tego co pamiętam, to tam już były murowane baraki, funkcjonowała też kantyna. Jako oddziałowy miałem dwa baraki pod sobą. Do moich obowiązków należało m.in. przeprowadzenie pobudki o 4.00 rano, wieczornych capstrzyków, czy pilnowanie celówek. Po mnie przychodził tzw. inspekcyjny. W każdej celi była osoba, która zdawała mu, ilu danego dnia jest więźniów na celi. Były dwie zmiany, ranna zawsze kończyła się o 14.00. O tej samej porze zaczynała się zmiana popołudniowa, która kończyła się o 22.00. Potem był obiad, a później więźniowie mieli czas wolny. Chodzili na świetlicę, grali w warcaby, chodzili do lekarza, w niedzielę przeważnie mieli widzenia. Nie wszyscy więźniowie pracowali też w kamieniołomach. Dotyczyło to także tych politycznych. Przecież na terenie więzienia znajdowała się także pralnia, zakład szewski czy krawiecki. Kto był szewcem na przykład pracował jako szewc" - wspomina mój rozmówca. - "Więźniowie polityczni mieli własne cele. Pamiętam, że polityczni mieli krótkie wyroki, ci pozostali dłuższe. Dużo było morderców".
    Dr Alicja Paczoska wyjaśnia, że wielu więźniów, którzy przez strażników i oddziałowych postrzegani byli jako więźniowie pospolici, tak naprawdę do Piechcina mogli trafiać za czyny polityczne. - "W ich opinii byli to przestępcy pospolici skazani np. za zabójstwa czy kradzież, ale w dużym stopniu ich czyny mogły mieć podtekst polityczny, bo - tak jak powiedział prof. Adam Strzembosz - nie jest łatwo odróżnić partyzanta od bandyty".  

W tym stawie w zamkniętym samochodzie wskutek wypadku zginęło kilku więźniów fot. Joanna Bejma

    ŚMIERĆ W KAMIENIOŁOMACH
    Pracujący w kamieniołomach więźniowie ulegali śmiertelnym wypadkom. "Zginęli tam m.in. Stanisław Ilek i Jerzy Hehring - wiertacze, którzy spadli ze ściany w przepaść kamieniołomu" - czytamy w broszurze. Jerzy Kałdowski pisze, że wśród ofiar znalazł się też jeden kleryk. Mężczyzna został rozszarpany przez staczające się z pochylni wózki żelazne załadowane kamieniem.  
    Henryk Z., który zatrudnił się w kamieniołomach w 1953 r. i pracował jako strzałowy razem z więźniami, wspomina "Lutka"  (przezwisko jednego z więźniów). - "Ja i majster czyli tzw. sztygar byliśmy jedynymi pracującymi z więźniami cywilami. Oni jak pracowali w kamieniołomach, to robili w charakterze wiertaczy i skalników" - tłumaczy. Lutek i jego dwaj koledzy zginęli - jak wspomina Henryk Z. - kiedy burzyli ścianę w jednym ze starych baraków w Wapiennie.  
    Czesław Rzadkosz i Józef Łybek wspominali o wypadku z września 1953 roku. Zmierzający do kamieniołomów, załadowany kilkudziesięcioma osobami samochód przewrócił się i wpadł do wody. Samochód był zamknięty na kłódkę. Więźniowie, którzy nie mogli wydostać się z zamkniętego wozu, utonęli. Wypadek skończył się tragicznie dla kilku współwięźniów z grupy Jerzego Kałdowskiego. - "Ja ocalałem, gdyż leżałem wtedy chory w tzw. baraku sanitarnym, w którym widniał znamienny napis "Praca jest honorem i obowiązkiem każdego obywatela". Ponadto jeszcze dwukrotnie cudem uniknąłem śmierci, w pracy przy windzie i kanale piecowym, kiedy zwaliła się na mnie ułożona do wypalania konstrukcja kamienna".
   
KTO NIE PRACUJE, TEN NIE JE
    Trafiające do Ośrodka Pracy Więźniów osoby najpierw mieszkały w drewnianych barakach. - "Kiedy przyjechałem do Piechcina, były tylko dwa drewniane baraki, portiernia, brama wyjściowa i plac. Pamiętam, że dopiero od jesieni 1951 rozpoczęła się budowa baraków murowanych. Barak, w którym mieszkałem, podzielony był na dwie sale. Spaliśmy na trzypiętrowych łóżkach. Zimą był tylko jeden piec. Mycie było wprost niemożliwe. W ogóle rzadko się myliśmy. Funkcjonowaliśmy w tym obozie według zasady "Kto nie rabotajet, ten nie kuszajet", czyli "Kto nie pracuje, ten nie je". Jeśli ktoś nie wyrabiał normy, dostawał mniej jedzenia. Zresztą to jedzenie było dla świń. Jedliśmy brukiew i kapustę z robactwem. Jak pojawiała się kasza z rybą, to często na talerzu zamiast kaszy i ryby była tylko sama głowa i ogon. Rano dostawaliśmy czarny chleb i kawę. Podobnie było wieczorem. Ale co mieliśmy zrobić? Zaciskaliśmy zęby i jedliśmy. Inaczej byśmy poumierali z głodu. Nie było żadnych tłuszczów" - wspomina Czesław Rzadkosz i dodaje: - "To był syberyjski gułag. Nie wyobrażałem sobie, że Polak Polakowi mógł zrobić takie coś".  O robakach w więziennym wyżywieniu czytała w raportach Inspekcji Pracy dr Alicja Paczoska.
    Zupełnie inne zdanie na temat warunków żywieniowych piechcińskiego obozu mają strażnicy.
    - "Dwa lata przepracowałem w nadzorze kuchennym" - wspomina oddziałowy. - "Byłem tam dwa lata i mogę powiedzieć, że wyżywienie było dobre. Więźniowie dostawali wędzone dorsze, kaszę czy gulasz gotowany na mięsie. Zanim jedzenie trafiło do więźniów, najpierw zanosiłem próbkę do komendanta. Poza tym przyjeżdżała do nas Inspekcja Pracy i jedzenie nie mogło być byle jakie, zresztą ci więźniowie lepiej jedli od nas strażników" - powiedział.
    - "Mimo że nie mogłem wchodzić na teren obozu, to wiem, że więźniowie dobrze tam jedli" - powiedział pan Józef. - "Robaki to może i były, ale tylko u tych więźniów, którzy albo nie wyrabiali normy, albo nie chciało im się pracować. Wtedy dostawali gorsze jedzenie" - powiedział z kolei były strzałowy.
    "Warunki sanitarne w kuchniach, magazynach, toaletach i łaźniach były piętą achillesową wszystkich OPW. (...) Opieka lekarska i dentystyczna również pozostawiała wiele do życzenia" - pisze Alicja Paczoska.
    - "W pierwszym roku mojego pobytu w obozie nikt nawet nie pytał się o lekarza, bo ten pojawiał się od przypadku do przypadku. Na początku był to cywil, potem w 1952 roku pojawiał się lekarz więzień. To on skierował mnie na operację do szpitala" - wspomina Czesław Rzadkosz.  
    Niektórzy moi rozmówcy m.in. jeden z oddziałowych, twierdzili, że więźniów odwiedzali lekarze Stanisław Krzyś i Jan Jankiewicz.
   
PO ŚMIERCI STALINA
    Według Jerzego Kałdowskiego i Henryka Ślazyka, warunki panujące w obozie zaczęły się poprawiać po śmierci Stalina w 1953 roku.
    "5 marca 1953 roku zziębnięci, jak zawsze głodni i zmaltretowani pracą, staliśmy na baczność obok naszego stanowiska przy piecach wapiennych w Piechcinie blisko dworca, wsłuchując się w wyjące żałobne syreny z okazji śmierci "wielkiego wodza narodów" - zbrodniczego Stalina. Nam brzmiały one jakoś radośnie, ale na ewidentne zmiany musieliśmy jeszcze poczekać"... - czytamy  we wspomnieniach chełmnianina. "Po kilku miesiącach nastąpiła zmiana naczelnika obozu i warunki w obozie zmieniały się na łagodniejsze w rygorze i wyżywieniu" - tak z kolei w swoich wspomnieniach pisze Henryk Ślazyk, więzień OPW w Piechcinie od 28 stycznia 1953 roku do 23 grudnia 1953 roku.  
   
COŚ DLA ROZRYWKI
    - "Pamiętam, że w Ośrodku zawiązała się orkiestra. Kiedyś muzykanci mieli próbę, a ja miałem ich pilnować. Próba miała zakończyć się o 22.00, ale tak mi się podobało, że nim się obejrzałem było już około 23.30. Aż dach się unosił od tego grania" - opisuje Józef Łybek. To wydarzenie miało miejsce w świetlicy nazywanej Domem Kultury. Władze więzienne oddały ją "do dyspozycji więźniów".
    W późniejszym czasie, kiedy OPW został zlikwidowany, a jego pomieszczenia zaadaptowano na mieszkania, w świetlicy tej występował m.in. zespół "Mazowsze", "Śląsk" czy "Breakout". Do dziś wielu mieszkańców Piechcina, Barcina i okolic doskonale pamięta tę świetlicę. Była bardzo duża i mieściło się w niej ponad 1.500 osób.
    Jednym ze świetlicowych pracowników został wtedy Jerzy Kałdowski. Swoją pracę w obozowej świetlicy nasz bohater zawdzięcza artyście, malarzowi i literatowi w jednej osobie Stanisławowi Murzańskiemu-Szkaradkowi. To on właśnie zaczął organizować w obozie życie kulturalne. Obecnie pan Stanisław mieszka w Warszawie.

    TWARDE ŁOŻE
    W 1951 roku powstał obóz murowany. Wjeżdżało się do niego przez dwie bramy. Tuż za pierwszą z nich znajdował się budynek, w którym urządzono zbrojownię i pomieszczenie dla strażników, za drugą stał budynek, w którym mieściła się administracja obozu i przebywał komendant. Dalej znajdowało się kilka innych budynków - kuchnia, świetlica, łaźnia, ośrodek zdrowia, kotłownia i magazyn żywnościowy. Było pięć baraków, z których jeden był bardzo długi. Na terenie ośrodka był też budynek przeznaczony na kantynę i fryzjera oraz budynek, w którym  pracowali szewcy i krawcy.
    Jak wspominają byli strażnicy i strzałowy,  ośrodek ogrodzony był płotem z drutu kolczastego. W narożnikach ogrodzenia znajdowały się ambony, nazywane zwyżkami. Jak wspominają moi rozmówcy, ochronę obozu stanowili także żołnierze KBW i strażnicy przemysłowi. - "Pamiętam, że było też kilka psów" - powiedział strzałowy.  
    W opracowanej przez dr Paczoską broszurze czytamy: "W celu uniemożliwienia więźniom dostępu do ogrodzenia z trzech stron znajdowało się tzw. "pole śmierci", czyli kilkumetrowy pas ziemi leżący bezpośrednio przy płocie, do którego więźniom nie wolno było podchodzić".  
    Mimo tych wszystkich zabezpieczeń, niektórzy więźniowie uciekali. Nikomu jednak nie udała się ta próba. - "Pamiętam, że jedna ucieczka była w czerwcu, chyba w święto Wniebowstąpienia. To było kilka osób, ale i tak wpadli. Jeśli mnie pamięć nie myli, każdy z nich dostał dodatkowo 6 miesięcy więzienia" - powiedział Józef Łybek.
    "Piechcin charakteryzował się bardzo wysoką karalnością stosowaną wobec więźniów" - czytamy w broszurze - "Za swoje przewinienia więźniowie karani byli okresowym ograniczaniem widzeń i korespondencji z rodziną oraz zakazem robienia dodatkowych zakupów żywnościowych w kantynie".
    Były też tzw. twarde łoża. Tych, którzy najbardziej narazili się służbie więziennej, umieszczano w karcerach, niektórych wysyłano do izolatek - opowiadał pan Czesław.
     - "Lutek" był kiedyś w takim karcerze. Opowiadał jak tam było" - powiedział Henryk Z. - "Więzień siedział nieruchomo, a na jego głowę kapała głowa. I tak parę godzin. Można było świra dostać" - usłyszałam.
   
WIĘŹNIOWIE A STRAŻNICY
    - "Wydaje mi się, że ci więźniowie wcale nie mieli tak źle. W jakim więzieniu jeden dzień pracy liczy się jak dwa? Poza tym obowiązywała jeszcze jedna zasada: Jak się dobrze zachowywałeś, jak nie pokazywałeś swojego ja, to byłeś dobrze traktowany. Zresztą większość strażników to też byli ludzie i nie traktowaliśmy ich jak zwierzęta. Do tych z nas, którzy byli w porządku, więźniowie mówili nawet "Dzień dobry panie szefie" - twierdzi Józef Łybek. Powiedział też, że wśród strażników znajdowali się i tacy, którzy faktycznie znęcali się nad więźniami - bili i obrzucali ich obelgami.
    - "Później z takimi osobami, więźniowie po odsiedzeniu wyroku się rozprawiali. Niejeden z nich dostał niezły łomot" - dodał Henryk Z.
    W Ośrodku Pracy funkcjonowała siatka informatorów. Kapusiów nie brakowało zarówno wśród strażników, jak i więźniów. Zdaniem byłego oddziałowego, najwięcej donosili sami więźniowie: - "Chodzili do komendanta, aby odsiadywać mniejsze wyroki" - oznajmił.  
    "W roku 1950, zanim jeszcze pojawili się więźniowie, w zakładach wapiennych funkcjonowało dziewięciu tajnych informatorów, którzy donosili na swoich kolegów i dyrektora zakładów Henryka Hałasa. Najcenniejsze ich zdaniem materiały przekazywały osoby pod pseudonimami "Dzięcioł", "Szabla" i "Ryś". Pozostali współpracowali z tajnymi służbami mniej chętnie" - pisze dr Paczoska. Informacje te uzyskała z zapisków szefa SB w Szubinie.  
   
ZWIĄZEK WIĘŹNIÓW POLITYCZNYCH
    Jerzy Kałdowski w piechcińskim obozie przebywał do 23 grudnia 1954 roku, Czesław Rzadkosz z kolei po stwierdzeniu u niego przez więziennego lekarza żylaków trafił na 10 dni do grudziądzkiego szpitala. Był to maj 1952 roku. Po wyjściu ze szpitala pana Czesława nie odtransportowano z powrotem do Piechcina. Trafił do Potulic, potem do obozu pracy w Jelczu. - "12 grudnia 1953 roku na dwa miesiące wróciłem do domu. W 1954 roku w ramach służby wojskowej wysłano mnie do kopalni w Chropaczowie, koło Bytomia. Przepracowałem dwadzieścia sześć miesięcy. Przeżyłem tam drugą Golgotę" - usłyszałam.
    Czesław Rzadkosz mieszka w Bydgoszczy. Jest członkiem Związku Więźniów Politycznych Okresu Stalinowskiego, oddział w Bydgoszczy. Od 1989 roku przez sześć lat piastował funkcję wiceprezesa związku. Wraz z jego obecnym prezesem Bernardem Gawrońskim był inicjatorem ufundowania tablicy upamiętniającej 6-letni okres funkcjonowania OPW.
   
OKOLICA NIE DO ŻYCIA  
    Z czasem liczba przebywających w Ośrodku więźniów malała. Był to efekt ogłoszonych w 1952 i 1956 roku amnestii. Ostatecznie OPW został zlikwidowany w czerwcu 1956 roku. Więźniów, którzy pozostali jeszcze w obozie, przewieziono m.in. do Potulic i Torunia.  
    Budynki, które należały do więziennego kompleksu przeznaczono na mieszkania dla okolicznej ludności. Teren ten jednak nie był odpowiednim miejscem, na którym można było prowadzić normalne życie. Mieszkańcy żyli blisko kamieniołomów. Ich codzienną egzystencję burzyły ciągłe wystrzały. Wszystko dookoła pokryte było pyłem. Istniało duże zagrożenie utraty zdrowia (choroby płuc, astma). Mieszkańców z tego terenu zaczęto wysiedlać w 1975 roku. Trwało to kilka lat.
    Dzisiaj, na terenie gdzie kiedyś był Ośrodek Pracy Więźniów, a później osiedle mieszkaniowe, nie ma już nic.

Joanna Bejma
Pałuki nr 721 (49/2005)
Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry