Najpierw dwutygodnik w formacie A4 przez pół roku redagowany w domu. Po półtora roku - tygodnik. Po ponad trzech latach - przejście na duży format. Szósta drukarnia, trzeci lokal redakcyjny. Najpierw tylko cztery gminy starego powiatu żnińskiego, potem Szubin, Kcynia, Łabiszyn, Barcin i Dąbrowa, w końcu Mogilno i dawny, a potem obecny powiat mogileński oraz Orchowo. Zaczynaliśmy od tysiąca egzemplarzy, dziś drukujemy 12.875 egzemplarzy. Wszystkim naszym czytelnikom gorąco za to dziękujemy.

 

Pierwsza redakcja Pałuk. Od lewej: Dominik Księski, Eugeniusz Dobaczewski, Marian Kawka, Aleksander Kmiećkowiak. Rok 1999, dziesięciolecie wydawnictwa Wulkan fot. archiwum redakcji

     Redakcja
     Tygodnik Pałuki założyliśmy we czwórkę: Eugeniusz Dobaczewski, Marian Kawka, Aleksander Kmiećkowiak i ja. Ustaliliśmy, że ja biorę na siebie wszystkie formalne sprawy z ryzykiem finansowym włącznie, koledzy dają nazwiska, teksty, współudział w decyzjach. Zebrania odbywały się najpierw dwa razy w tygodniu, potem raz na tydzień i przez ponad osiem lat ten zespół wyznaczał profil pisma, a także odpowiadał za zamieszczane w nim teksty. W miarę profesjonalizowania się gazety ciężar decyzji redakcyjnych przechodził na barki redaktorów na co dzień pracujących nad gazetą i skłoniło nas to do zmiany formy współpracy: stara redakcja stała się Radą Redakcyjną, wyznaczającą profil gazety, a w skład redakcji weszli: Stanisław Tyrakowski, Mirosława Roszak i Marek Holak (przez pewien czas także Kamila Mróz).
     Fundamenty
     Co było potrzebne w Żninie na początku 1991 roku, by założyć gazetę? Jeden komputer z programem QR-Tekst, drukarka laserowa, wiedza wydawnicza, szczere chęci i kompletny brak wyobraźni. Większość gotówki na sprzęt pochodziła z nagród i oszczędności. Resztę pomogła mi sfinansować rodzina: siostra Ania i jej narzeczony Jacek Kowalski oraz przyjaciele: Stanisław Kwieciński i Aleksander Kmiećkowiak. Resztę wypracowała sama gazeta. Czyli pracujący w niej ludzie, a także ci, którzy w początkowym okresie pracowali przy niej bezinteresownie. Przez pierwszy rok gazetę stać było jedynie na wypłacanie honorariów osobom, które nie miały innego źródła utrzymania. Ten, kto miał ochotę pomóc w rozwoju pisma (dziś nazwalibyśmy to wolontariatem) - pomagał. Nie można było jednak z tego robić zasady i w miarę zwiększających się przychodów wynagrodzeniami obejmowane były kolejne stanowiska pracy. Jako ostatni honoraria zaczął otrzymywać dział sportowy, a stara redakcja do końca działała w gazecie bezinteresownie.
     Pierwsza drukarnia
     Trzeba było mieć też drukarnię. Jeszcze za czasów, gdy wydawałem Wulkan, mój przyjaciel Olek Baczyński kilka razy mi mówił: - Jak będziesz chciał drukować, załatwię  ci tani druk.
    Rzeczywiście załatwił. Druk był bardzo tani i uchronił nas od tego, by czarna dziura obrotu nie stała się zbyt szybko zbyt wielka i nie zagarnęła nas w niebyt. Z Drukarnią Ewangelicznych Chrześcijan umówiłem się na druk 8 stron (2 arkuszy A3) w nakładzie 1.000 egz. Czyli 2.000 arkuszy. A tu drugi numer: 2.000 egzemplarzy (4.000 arkuszy). Trzeci numer: 12 stron i 3.000 egzemplarzy (9.000 arkuszy). Pociągnęliśmy tak 8 numerów. Drukarzowi skończył się papier z darów, nowy był gorszej jakości i gorzej się sprawował na maszynie: farba mazała się, kolor się rozjeżdżał. Zakończyliśmy współpracę. Ale w pierwszym okresie ten tani druk był niezwykle istotny.

Marzec 2005. W kategorii „Twórcy mediów” Dominik Księski zostaje nominowany do nagrody imienia Dariusza Fikusa, przyznawanej przez dziennik Rzeczpospolita. Na zdjęciu – z redaktorem naczelnym Nowej Polszy Jerzym Pomianowskim, laureatem głównej nagrody w tej kategorii. Nagroda w kategorii „Twórcy w mediach” przyznana została Ryszardowi Kapuścińskiemu. fot. Jerzy Jurecki

     Pierwszy numer
     Pierwszy ośmiostronicowy numer kleiliśmy z siostrą przez piątek, sobotę i niedzielę. Miał jechać do drukarni w sobotę, ale kleiliśmy go jeszcze w poniedziałek. Praca była koszmarna. Wymagająca dokładności, mozolna, czasochłonna, delikatna. Wydruki szpalt z QR-Tekstu naklejaliśmy na kartki, by tworzyły już gotową makietę gazety. Tytuły drukowaliśmy osobno i przyklejaliśmy w odpowiednich miejscach. Dla stron kolorowych robiliśmy dwie makiety: jedną na druk czarny, drugą - z elementami, które mają zostać wydrukowane w kolorze. Osobno w kopertę wkładaliśmy opisane zdjęcia. Drukarz fotografował nasze formatki, fotografował przez raster zdjęcia, montował je i ze zmontowanych diapozytywów naświetlał płyty.
     Gdy numer już pojechał do druku i drukował się, miałem - jedyną w całej historii gazety - chwilę zwątpienia. Pamiętam, jak szedłem pod górkę między blokami od ulicy Mickiewicza w stronę Tysiąclecia i myślałem: jeszcze teraz możesz się zatrzymać, można jeszcze zadzwonić, żeby nie drukowali, ale jak numer już wyjdzie, to odwrotu nie ma. Nie będziesz mógł ot tak sobie napisać (jak to zrobiłeś z Wulkanem), że wydajesz gazetę tylko do wakacji, a potem swoją rolę spełniła i do widzenia. To już nie jest zabawa.
     1.000 egzemplarzy pierwszego numeru trafiło do sprzedaży. Wróciły 3 zwroty. Drugi numer sprzedał się również prawie cały. Trzeci zasypał nas zwrotami. Ale sprzedaż kształtująca się przez pierwsze półrocze na wysokości 1.900 egzemplarzy była dobrym punktem wyjścia. Od czwartego numeru drukowaliśmy 2.500 egz.
     Pierwszy kolportaż
     Pierwszą umowę kolportażową podpisałem z Ruchem. Istniał wtedy w Żninie oddział Ruchu i mieścił się (jak wiele innych żnińskich instytucji) w dwóch miejscach: przy pl. Wolności (centrala) i przy ulicy Jasnej (magazyn). Drugą umowę podpisałem z Pocztą, której naczelnik Roman Rusiński wiele wysiłku włożył w to, aby sprzedaż Pałuk przynosiła Poczcie jak największy profit. Te dwie instytucje przez pierwsze dziesięciolecie istnienia gazety prowadziły dystrybucję Pałuk początkowo ze Żnina, a następnie za pośrednictwem central wojewódzkich. Początkowo cały nakład gazety trafiał do Żnina, po rozszerzeniu kolportażu na Szubin i Kcynię (marzec 1992) dystrybucję przejęły centrale kolportażowe w Bydgoszczy.

Listopad 2009. W organizowanym przez Stowarzyszenie Gazet Lokalnych pod patronatem Marszałka Sejmu RP Bronisława Komorowskiego konkursie SGL Local Press 2009 dziennikarz Pałuk Arkadiusz Majszak otrzymuje główną nagrodę w kategorii publicystyka historyczna. Nominację do nagród zdobyły dwa teksty Remigiusza Konieczki. Na zdjęciu powyżej – Arkadiuszowi Majszakowi nagrodę wręcza członek jury Stanisław Tym. fot. Remigiusz Konieczka

     Pierwszy lokal redakcji
     Mieścił się u mnie w domu. Ludzie przychodzili z tekstami, z ogłoszeniami drobnymi... W piątek, gdy gazeta szła do druku, razem ze ścinkami po produkcji gazety zamiatałem z pokojów naniesiony butami piasek. Tak długo nie dało się pracować. Wymyśliłem sobie, że przeniosę redakcję do starego bunkra na węgiel mieszczącego się przy moim bloku. Bardzo mi się ta idea podobała. Pomieszczenie duże, przypominające jaskinię, uszczelni się je, wymaluje, wykorzysta, nie będzie stać puste.
     Poszedłem do kierownika Zakładu Energetyki Cieplnej Romana Krzemińskiego. Zdziwił się. Moja idea nie trafiła mu do przekonania. Ale zaproponował inne rozwiązanie. Ma pustą świetlicę zakładową. Ale czy będzie nas stać? Na początek nie musicie nic płacić. Bardzo dziękujemy.
    I rzeczywiście trochę czasu minęło, aż ZEC zaczął nam wystawiać faktury.
     Koniec okresu bohaterskiego
     Do starej świetlicy ZEC przenieśliśmy się pod koniec lata 1991 roku. Po zakończeniu współpracy z Drukarnią Ewangelicznych Chrześcijan przenieśliśmy druk do esperantystów. Drukarnia Jana Skonieczki drukowała o wiele drożej, ale za to znakomicie. Na tak drogi druk jednak nie było nas stać. Dwunasty numer był pierwszym zleconym bydgoskiej drukarni Janusz Kubik & Paweł Krause, z którą związaliśmy się na długie lata. Ten dwunasty numer, noszący datę 2 września 1991 i przynoszący na pierwszej stronie tekst Eugeniusza Dobaczewskiego o wodociągach był pierwszym numerem wydanym już w nowej redakcji przy Aliantów. I wtedy też rozpoczął w redakcji pracę nasz pierwszy pracownik: Ewa Poliwka, która przepisywała teksty, odbierała telefony i sklejała gazetę. Do grudnia częstymi gośćmi byli Maciej Płażewski, który kleił formatki oraz Andrzej Łuczak - wówczas felietonista numer jeden.
     Plebiscyt sportowy
     Plebiscyt sportowy w Pałukach wymyślił Grzegorz Berdysz w 1992 roku i od tego czasu co roku wybieramy najpopularniejszego sportowca Pałuk. Pierwszy plebiscyt wygrał Radosław Stelmaszewski (Pałuczanka Żnin), w następnych dwa razy doszło do potrójnej wygranej. Najpierw trzy lata z rzędu wygrywał motorowodniak Tadeusz Haręza, potem Andrzej Brzykcy - laskarz z Gąsawy. W 2000 roku nowa redakcja sportowa - Stanisław Tyrakowski i Marcin Dobosz - wpisała w swój harmonogram pracy organizację corocznych balów sportu i odtąd w ostatnią sobotę karnawału spotykamy się na święcie sportu w Żninie.

Czerwiec 2010. W konkursie dla prasy lokalnej Blaski i cienie budowy demokracji lokalnej organizowanym przez Kancelarię Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego główną nagrodę – Złote Pióro Prezydenta otrzymuje Sylwia Wysocka z tygodnika Pałuki, zaś Remigiusz Konieczka jest nominowany do nagrody Fundacji Centrum Edukacji Obywatelskiej. Na zdjęciu z sąsiedniej strony (góra) – moment wręczenia złotego pióra z podpisem prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Po prawej – Barbara Stasiak – żona pomysłodawcy konkursu, szefa Kancelarii Prezydenta RP Władysława Stasiaka, w środku sekretarz stanu p.o. szefa Kancelarii Prezydenta RP Jacek Michałowski, z lewej – Sylwia Wysocka. fot. Remigiusz Konieczka

     Odpala nakład
     Jesienią i zimą utrwalaliśmy osiągnięcia okresu bohaterskiego. Nakład ustabilizował się na wysokości 3.000 egzemplarzy. Praca nabrała rytmiczności. Członkowie redakcji na zmianę wozili ze mną własnymi samochodami formatki do drukarni. Drukarnia nie miała wtedy automatu do falcowania (zginania arkusza A3 na pół). Pierwsze numery falcowane były przez Wojtka Świtałę z rodziną, ale w miarę wzrostu nakładu i objętości pracy było dla nich za dużo (a musiała być przecież wykonana błyskawicznie). Z pomocą przyszedł Maciej Grzmiel, który wtedy pracował w Redczycach.     
     Zadrukowane paki papieru jechały z Bydgoszczy do Redczyc (już zarobek kwadransa na jeździe!) i po sfalcowaniu - do kolportażu. Gdy potrzeby przerosły możliwości redczyckiej młodzieży, trzeba było poszukać większej klasy. Znaleźliśmy ją w Bydgoszczy. A potem drukarnia już kupiła falcerkę.
     Od kwietnia 1992 sprzedaż zaczęła iść raptownie w górę. Numer 8: 3.001 egz. Numer 9:  3.200 egz. Lipiec: 3.401. Wrzesień: 3.801. Październik: 4.600. Ten i następny rok to było kompletne wariactwo. Nakład rósł. Zwiększaliśmy zasięg: Kcynia, Szubin, Łabiszyn, Barcin. 
     Tygodnik
     W listopadzie 1992 roku przechodzimy na cykl tygodniowy i ta chwila zamyka drugi etap historii gazety.
     Przejście na tygodnik spowodowało konieczność utrzymywania żelaznej dyscypliny. Potrzebny był nowy sprzęt, który wciąż pracował za wolno i wciąż się psuł. Wydając gazetę co tydzień musieliśmy porzucić (z ulgą) klejenie makiet i przejść na łamanie komputerowe w Page Makerze. W tym skoku technologicznym pomógł nam Maciej Grzmiel, którego firma Magraf przejęła łamanie dużej części stron Pałuk. To wtedy w dzień wydania numeru padła nam dyskietka, zalana kawą i przepisywaliśmy wszystko od nowa. To wtedy - kilka tygodni później - następną zalaną herbatą dyskietkę Maciej Grzmiel spokojnie rozciął nożyczkami, umył pod kranem dysk, wysuszył, zapakował w ramkę, okleił taśmą i... zadziałała. To wtedy latający reporter Anna Księska pisała o wydarzeniach z 6 gmin. To wtedy przyjmowaliśmy wciąż nowych ludzi do pisania. Nie było „kim robić”. To wtedy pożegnałem się z pracą w szkole. To wtedy nocowałem na stole w redakcji, by oszczędzić na czasie dojścia do domu. Tak pracowaliśmy dwa lata - do jesieni 1994 roku.
     Powiększenie formatu
     W październiku 1994 r. pierwszy raz wieziemy wydrukowane z Page Makera kalki (córki formatek) do Prasowych Zakładów Graficznych w Bydgoszczy. Koniec druku arkuszowego. Druk pierwszego numeru z roli trwa siedem i pół minuty. To rewolucja. Od tamtego czasu większej nie było. Większy format czyni gazetę poważniejszą z wyglądu. Po pewnym czasie nie wozimy już do drukarni formatek, tylko dysk SY-QUEST z plikami pdf, wygenerowanymi z Page Makera. A później - przestajemy wozić dysk, a zaczynamy przesyłać te pliki łączem telefonicznym.
     W listopadzie 1994 zmieniamy lokal redakcji na dwa razy większy od poprzedniego. Przenosimy się na plac Wolności, do starej świetlicy PSS. Wraz ze zmianą drukarni i redakcji trzeci etap historii gazety przechodzi do historii.

Styczeń 2010. W konkursie SGL Local Press 2010 pierwszą nagrodę w kategorii społeczeństwo otrzymuje Sylwia Wysocka z tygodnika Pałuki, a pierwszą nagrodę w kategorii publicystyka historyczna – Roman Wolek z tygodnika Pałuki i Ziemia Mogileńska. Nominowane do nagród były także teksty Karola Gapińskiego z tygodnika Pałuki oraz drugi tekst Romana Wolka. Na zdjęciu z prawej – po wręczeniu nagród w Sejmie RP od  lewej stoją: Remigiusz Konieczka, Magdalena Kruszka, Dominik Księski, Karol Gapiński. Przewodnicząca jury Teresa Torańska, Sylwia Wysocka, Roman Wolek. fot. Ewa Barlik

     Zamek Czocha
     We wrześniu 1994 roku pięciu laureatów trzeciego konkursu fundacji IDEE dla gazet lokalnych umówiło się na spotkanie na zamku Czocha. Gospodarzem był Przegląd Lubański Janusza Skowrońskiego, a gośćmi: Gazeta Radomszczańska Jacka Łęskiego, Wiadomości Oławskie Jurka Kamińskiego, Nowy Łowiczanin Waligórskich i Pałuki. Zobaczyliśmy wtedy ze zdumieniem, że niezależnie od siebie doszliśmy do tych samych rozwiązań, wpadliśmy na te same pomysły. Było to ważne spotkanie dla historii Pałuk, gdyż otworzyło mi oczy na wiele spraw, które zaniedbywałem. Pozwoliło umocnić przypuszczenia, których nie byłem pewien.
     Każde następne było impulsem do zmian. Odtąd, z organizacyjną pomocą najpierw Moniki Agopsowicz, a potem Ani Hejman z Fundacji IDEE spotykaliśmy się częściej, w coraz większym gronie. Po kilku latach założyliśmy Stowarzyszenie Gazet Lokalnych, które dziś skupia blisko sto gazet o łącznym nakładzie 900.000 egzemplarzy.
     Wszystkie gminy dookoła Żnina
     W lutym 1996 roku Pałuki obchodziły pięciolecie. Nakład: 5.601 egzemplarzy, sprzedaż - około 5.000. Zasięg: wszystkie gminy graniczące z gminą Żnin: Janowiec, Rogowo, Gąsawa, Dąbrowa, Barcin, Łabiszyn, Szubin, Kcynia, Damasławek, Wapno.
     Mogilno
     W marcu 1996 roku Pałuki powiększają zasięg o gminę Mogilno, potem Strzelno. Było to możliwe dzięki decyzji wydającego Orędownika Ziemi Mogileńskiej trzyosobowego zespołu, który z inicjatywy Marka Holaka postanowił rozpocząć współpracę z Pałukami. Nakład budowaliśmy tam bardzo wolno. Po pewnym czasie stworzyliśmy mutację Pałuki i Ziemia Mogileńska, która następnie przekształciła się w samodzielny tytuł. Szczegółowe dzieje mogileńskich Pałuk przedstawiamy w osobnym artykule.
     Gazeta biskupińska
     We wrześniu 1996 roku, na drugim festynie biskupińskim wyszedł pierwszy numer Gazety Biskupińskiej - dziennika, redagowanego przez dziewięć dni w roku w czasie festynu. Najpierw wydawaliśmy tę gazetę własnym sumptem, finansując ją z reklam, a pierwszy rok pracowaliśmy przy nim we dwójkę z żoną - Dorotą Księską. Długo jednak tak nie pociągnęliśmy i od czwartego festynu zabezpieczenie finansowe kosztów wydawania wzięło na siebie Muzeum w Biskupinie. Co rok w trzecim tygodniu września gazeta ożywa jak feniks z popiołów, błyszczy na biskupińskim niebie przez 9 dni, by po festynie zapaść pod firmament w długi sen zimowy.

4 maja 2006 r. Otwarcie nowej siedziby mogileńskiej redakcji „Pałuk” przy Rynku 15 fot. Paweł Lachowicz

     Wągrowiec
     Latem 1997 roku postanowiliśmy rozszerzyć zasięg gazety na gminy Wągrowiec i Gołańcz. Stworzyliśmy trzecią mutację. Kierowali nią: Dorota Księska, Mirosława Roszak, a następnie Kamila Mróz. Przez dwa i pół roku staraliśmy się osiągnąć tam sukces wydawniczy. Okradziono nam redakcję z całego sprzętu. Zmieniliśmy lokal na bardziej bezpieczny. Okradziono go również. Do Wągrowca pojechał trzeci komplet sprzętu, ale zapału było coraz mniej. Sprzedaż w najlepszym okresie nie przekraczała 1.300-1.400 egzemplarzy i w grudniu 1999 roku zdecydowaliśmy, że wysiłki trzeba skierować w inną stronę.
     Pałuckie Targi Rolne
     Już w pierwszym numerze Pałuk ukazał się artykuł Janusza Kaźmierskiego z apelem, by reaktywować w Żninie Targi Pałuckie. We wrześniu 1997 roku Wacek Górny - właściciel firmy Inter-Vax - przekonał mnie, że należy odpowiedzieć pozytywnie na ten apel. Spytałem Marka Olejnika, zajmującego się reklamą: - Zrobisz taką imprezę? Marek odpowiedział: - Zrobię. Organizacją pierwszych targów zajął się wspólnie z Dorotą Dziczek.
     Burmistrz Leszek Jakubowski bardzo entuzjastycznie zapatrywał się na taką imprezę, do której nic nie będzie musiał dokładać, a tylko udostępni teren.
     Trochę musieliśmy pospacerować po Żninie, póki nie przekonał nas, że najodpowiedniejsza będzie plaża nad jeziorem. Nie wyobrażaliśmy sobie organizacji tej imprezy bez udziału rolnika w komitecie organizacyjnym. Zaproponowaliśmy współpracę Zofii Kozłowskiej, która z radością zgodziła się. Pierwsze targi, mimo wielu naszych niepowodzeń organizacyjnych, uznane zostały za udane i impreza trwa do dziś.
     Pałuki a powiaty
     1 stycznia 1999 roku odrodziły się w Polsce powiaty i powstała naturalna tendencja, by Pałuki dostosowały strukturę organizacyjną do granic powiatów. W ogóle się to nie udało. Dziś wydanie żnińskie ukazuje się nie tylko w powiecie żnińskim, ale także w dwóch gminach powiatu nakielskiego. Wydanie mogileńskie - w powiecie mogileńskim i dwóch gminach województwa wielkopolskiego: gminie Trzemeszno (powiat gnieźnieński) oraz w gminie Orchowo (powiat słupecki). Po różnych próbach rozwiązania tych problemów przestaliśmy je zauważać i się nimi przejmować.

Robert Grygiel w Żabienku (gm. Mogilno) w czasie zbierania materiału do artykułu fot. Marek Holak

     Rozwód z Ruchem
     Wiosną 1999 roku Ruch przysłał mi propozycję podwyższenia prowizji za kolportaż - chciał zarabiać więcej. Nie przyjąłem podwyżki. Otrzymałem wymówienie. Przyjąłem je i zdecydowałem skorzystać z rad kolegów (między innymi najbardziej przekonywał mnie do tego Jurek Kamiński z Oławy), by rozwozić gazetę we własnym zakresie. Ruch wtedy rozwoził 55% naszego nakładu. Sprawa wydawała się wszystkim ryzykowna. Ludzie pukali się po głowie i ostrzegali mnie: Dominik, zarżniesz gazetę. Ostateczną decyzję podjąłem w pewną sobotę. Przyszedłem do pustej redakcji o ósmej. Liczyłem, rysowałem po mapach, mierzyłem odległości, brałem pod uwagę różne warianty wydarzeń.
     O szóstej wieczór nie miałem wątpliwości, że to musi się powieść. W czerwcu przestawiliśmy zwrotnicę i w jednym tygodniu przeprowadziliśmy te 55% nakładu do własnej sieci, złożonej w większości ze sklepów spożywczych. W ciągu miesiąca sprzedaż wzrosła o 20%. Dochodziło do specyficznych erupcji - na przykład w gminie Strzelno, gdzie z kilkunastu egzemplarzy, sprzedawanych w dwóch punktach, zrobiło się kilkaset, sprzedawanych w kilkunastu.
     Ruch zachował jedynie umowę o prenumeratę, na podstawie której współpracuje z nami do dziś, jednak jego udział w rozprowadzaniu naszego pisma jest już tylko kilkuprocentowy.
     Dziennikarze
     Najpierw do Pałuk pisali wyłącznie wolontariusze. Konieczność profesjonalizacji tego najważniejszego w każdej gazecie zawodu stała się dla mnie widoczna dość szybko.
     Najważniejszym dziennikarzem Pałuk w pierwszym okresie była moja siostra - Anna Księska (teraz Księska-Kowalska), która pisała o wszystkim i nazywaliśmy ją latającym reporterem. W latach 1993-1994 trzon zespołu tworzyli stali współpracownicy: Jacek Mielcarzewicz, Anna Kamińska, Paweł Domagalski, Alina Stefaniak, Igor Stróżykiewicz, Małgorzata Kowalczyk, Józef Marosz, Arkadiusz Majszak, Artur Bromberger, Dariusz Erdmann, Czesław Czuliński, Zyta Janowiak i inni. Powoli punkt ciężkości zaczął przechodzić na pracowników zatrudnionych już na etacie. To był zespół, w którym pisali: Maria Warda, Kamila Mróz, Sławomir Kujawa, Marzena Mierzwińska, Ryszard Nowicki, Kamila Czechowska, Magda Starczewska-Wódczak, Arkadiusz Majszak, Sylwia Wysocka (wtedy - Siadak), Róża Kirschhiebel, Joanna Bejma i Tomasz Rogacz. Na początku XXI wieku, do zespołu dołączyli i są w nim do dziś: Karol Gapiński, Marta Złotnicka i Remigiusz Konieczka, nieco później - Magdalena Kruszka.
     Przyczyny zmian na tych trudnych stanowiskach pracy są różne. Jedni odchodzą do lepszej pracy, w wojewódzkich mediach, drudzy wybierają pracę w innym zawodzie. Były też w Pałukach zwolnienia z przyczyn ekonomicznych zakładu pracy.
     A czasem okazuje się, że cele redakcji i piszącego nie zbiegają się w tym samym miejscu. Niezależnie od przyczyn każdy z piszących - czy to na etacie, czy na umowę-zlecenie, czy jako wolontariusz - pozostawił w naszej gazecie część swego „ja”, część swej osobowości, pasji poznawania świata, zmieniania go i tworzył tę gazetę wespół z innymi.

4 marca 2006 r. w Restauracji „Józefina”. 10-lecia Pałuk i Ziemi Mogileńskiej. Od lewej: Robert Storozum, Roman Wolek i Paweł Grządziela. fot. Paweł Lachowicz

     Czytelnicy
     Gdy dzwoni telefon w czwartek, zazwyczaj jesteśmy za coś przez nich ochrzaniani.
     Na kilkanaście tysięcy podawanych co tydzień przez nas faktów (jeśli każdy artykuł rozłożyć na czynniki pierwsze) czasem zdarzy się nieścisłość, czasem błąd. Nasi czytelnicy wyczuleni są zarówno na to, czego nie napisaliśmy, jak i na to, o czym napisaliśmy, a nie powinniśmy. Wyczuleni są też na wszystkie niedopowiedzenia, przemilczenia, przejawy stronniczości. Czasem rzeczywiście nie udaje nam się napisać artykułu bardzo dobrego, wychodzi tylko dobry.
     Od razu dostajemy po głowie. Czasem rzeczywistość jest tak drastyczna, że nie można o niej napisać niedrastycznym językiem. Czasem - by oddać stanowiska obu stron jakiegoś konfliktu - obrywamy od jednych, że napisaliśmy, co powiedzieli drudzy i od drugich  za to, że nie powinniśmy drukować tego, co powiedzieli pierwsi, bo to nieprawda. Zdarza się, że nie podoba się naszym czytelnikom, iż ujawniliśmy to, co powinno według nich pozostać nieujawnione (najczęściej chodzi o sprawy publiczne, które jak najbardziej powinny być jawne).
     Dyskutowane są też zawsze komentarze. Po to są pisane. Zawsze przedstawiony w nich jest osobisty, czyli jednostronny punkt widzenia. Czasem wyostrzony, by lepiej było widać problem. Nikt specjalnie nie lubi, by go krytykować, więc otrzymujemy dość sporo uwag od osób, których działania spotkały się z krytyką. Staramy się tych uwag wysłuchiwać i brać je pod uwagę w dalszej pracy.
     Nie lubię komentarzy rozdzielających włos na czworo i nieprzyznających się do żadnego poglądu. Mówię, że komentarz powinien być jak przyłożenie napięcia. Ma się zaświecić żarówka. I tym świetle czytelnik musi zobaczyć własne zdanie, także, jeśli jest ono inne, niż piszącego.
     Staram się też zawsze, aby nie krytykować ludzi, lecz ich decyzje i działania. Drogowskazem tu dla mnie jest personalistyczny punkt widzenia pracującej z upadłymi dziewczętami matki Marii Karłowskiej, patronki Pałuk: „Czyn krytykuj, nie człowieka”. Gdy zdarza się nam naruszyć tę zasadę, jest źle. Wtedy rzeczywiście jestem skłonny przyznawać rację naszym krytykom, że Pałuki stają się brukowcem. Zdarzyło się tak w historii gazety jedynie kilka razy, za co jednak do dziś mi wstyd.
     Niewątpliwie utrudniamy pracę tym samorządowcom, którzy przyzwyczajeni są do autorytarnych rządów. Prawdę mówiąc - utrudniamy wszystkim. Ale robimy to dla ich dobra - aby nie ulegli alienacji władzy. Aby nie czuli, że mogą wszystko. Aby znali głos opinii publicznej, której częścią jesteśmy. Nawet, jeśli ten głos się im nie podoba.
     Strona internetowa
     W marcu 2001 roku założyliśmy stronę internetową Pałuk. Po kilkumiesięcznym okresie rozwoju, gdy przyszedł czas na zmniejszanie kosztów, padła ona ofiarą cięć budżetowych i przez długi czas nie inwestowaliśmy w nią, aczkolwiek cały czas działała.
     Szósta drukarnia
     Gdy przenosiliśmy druk do drukarni Kubik & Krause usłyszałem: ten Dominik to za jeden grosz na drugi koniec Bydgoszczy pojedzie. To była prawda. Różnica jednego grosza na egzemplarzu w cenie druku gazety to poważna różnica. Gdy Prasowe Zakłady Graficzne nie mogły zatrzymać się w anonsowaniu kolejnych podwyżek - podpisaliśmy umowę z drukarnią Press-Invest w Bydgoszczy.
Drukowaliśmy tam od kwietnia 2001 roku od końca lipca 2002 roku - do chwili, gdy zapowiedzieli pierwszą podwyżkę. Od pierwszego sierpnia 2002 roku drukujemy w drukarni Agory SA w Pile. Jest to szósta nasza drukarnia. Jesteśmy tu najdłużej - ponad osiem lat, a dyrektor Andrzej Goliński rzeczy niemożliwe załatwia od ręki; jedynie na cuda musimy nieco poczekać.
     Mogilno samodzielne
     W 2002 roku tygodnik Pałuki i Ziemia Mogileńska został zarejestrowany jako osobny tytuł, którego naczelnym został Marek Holak. W 2008 roku przestałem redagować również główne teksty mutacji żnińskiej, a pracę tę wykonuje od tego czasu Dorota Księska, wcześniej zajmująca się dodatkami gminnymi.
     Pałucka wystawa zwierząt
     W 2003 roku Marian Słomkowski po raz trzeci zaproponował, by rozszerzyć ekspozycję Pałuckich Targów Rolnych o zwierzęta. Dzięki temu, że burmistrz Andrzej Rosiak zaangażował się osobiście, by pomóc pokonać niezliczone organizacyjne trudności, jakie pojawiały się w organizacji tej wystawy, doszła ona do skutku i rozwija się do dziś. Organizowaliśmy też już dwie wystawy krajowe, przez co nasze miasto jest coraz szerzej kojarzone jako centrum ważnego regionu rolniczego w naszej części kraju.
     Nowa siedziba
     Od 1 stycznia 2004 roku rząd Leszka Millera wprowadził dla drobnych przedsiębiorców liniowy podatek dochodowy w wysokości 19%. To był przełom, umożliwiający długofalowe myślenie o inwestycjach. W czerwcu 2005 roku kupiliśmy na potrzeby redakcji budynek, stawiany w 1907 roku dla Banku Ludowego - piękny secesyjny gmach, będący ozdobą Żnina. To koniec czwartego etapu rozwoju naszej gazety.
     ZKDP
     W 2004 roku zapisaliśmy się do Związku Kontroli Dystrybucji Prasy. Od tej pory przesyłamy im dokładne sprawozdania o liczbie wydrukowanych i sprzedanych egzemplarzy. ZKDP publikuje je, a raz do roku przyjeżdża do Żnina kontrola i przegląda wystawione przez nas i nam rachunki, sprawdzając prawdziwość podanych cyfr i wystawiając certyfikat zgodności podawanego nakładu i sprzedaży z rzeczywistością. Do ZKDP należą w Polsce wszystkie duże gazety i coraz więcej małych. Dane zweryfikowane przez ZKDP są uznawane przez wszystkie agencje reklamowe, którym zależy na tym, aby drukować reklamy niekoniecznie w takich gazetach, które się chwalą dużym nakładem, a w takich, które mają wysoką, zweryfikowaną sprzedaż.
     Wydanie internetowe Pałuk
     W grudniu 2006 roku otworzyliśmy nową stronę internetową Pałuk. Pomysł polegał na tym, aby wydania papierowe i internetowe uzupełniały się, a nie dublowały. Redaktorem naczelnym wydania internetowego została Mirosława Roszak i w krótkim czasie stworzyła ciekawy portal, odwiedzany bardzo licznie przez internautów i lokujący się wśród siedemset pięćdziesięciu tysięcy najliczniej odwiedzanych w świecie witryn. Przy portalu funkcjonuje również forum internetowe, na którym każdy z naszych czytelników ma możliwość wyrażenia swego zdania na poruszane w Pałukach tematy.
      Portal ma własne materiały, z tekstami z Pałuk nie dublują się one, ale zazębiają. W wydaniu internetowym dużym powodzeniem cieszą się galerie fotografii. Od pewnego czasu rozwijamy również okienko telewizyjne i materiały filmowe pojawiają się coraz częściej.
     E- Pałuki
     Od listopada 2010 Pałuki można kupić nie tylko w kiosku czy w sklepie spożywczym, ale też przez Internet. Jest kilka sposobów płatności, na ekranie otwiera się taka sama strona, jak papierowego wydania. Za pomocą klawiszy czy myszki można przewracać kolejne strony, powiększać tekst, zdjęcia i w ten sposób czytać. Od dziś wchodzi do sprzedaży zintegrowane e-wydanie Pałuk. Integruje ono wydanie papierowe z internetowym w ten sposób, że po kliknięciu na materiał z wydania papierowego otwiera się materiał z wydania internetowego - film, galeria albo rozszerzony tekst. Po podpisaniu umowy z firmą e-gazety (uzgadniane są ostatnie szczegóły) nasi czytelnicy będą mogli za jej pośrednictwem czytać Pałuki za pośrednictwem programu e-reader na i-phonie oraz i-podzie.
     Na ile intensywna będzie cyfryzacja mediów i przenoszenie się ich z papieru na ekran - nie wiemy. Jeśli rzeczywiście czytelnicy będą mieli taką potrzebę i tego typu zmiana będzie się dokonywać, jesteśmy gotowi, by jej sprostać. Nie sprzedajemy przecież papieru - sprzedajemy informacje; a na jakim nośniku je dostarczymy - zależy to tylko od naszych czytelników.

 

Dominik Księski
Pałuki nr 992 (7/2011)

 

Mówi Jerzy Kamiński, redaktor naczelny Wiadomości Oławskich

Nie na to nie poradzę, że dla mnie twarzą Pałuk - zwłaszcza tych jubileuszowych - jest Dominik Księski.
Materiały, publikowane przez ten tygodnik, jak na dobrą gazetę lokalną przystało, w ogóle mnie nie dotyczą, bo mieszkam gdzie indziej. A granicą informacji lokalnej - często powtarzam właśnie za Księskim - powinny być granice powiatu czy gminy. Dlatego jako czytelnik niewiele znajduję dla siebie w Pałukach.
Z punktu widzenia zawodowego - to co innego.
Przeglądam, podglądam i wykorzystuję. I wiem, że Księski czyni podobnie z moją gazetą. Ale z Dominikiem łączy mnie coś więcej, niż tylko redaktorskie podglądactwo. Także puszka i chip z Lenina.
Kiedyś pod wielkim pomnikiem Lenina w Małodecznie na Białorusi spędziliśmy parę wieczornych chwil.
Właśnie wtedy wydłubałem scyzorykiem kawałek kolosa. No, może kawałeczek, wielkości właśnie elektronicznego chipa. Teraz wisi u mnie nad biurkiem i wszystkim powtarzam, że dzięki nam o tyle jest mniej Lenina na Białorusi.
W roli żywych przykładów ludzi, którzy chcieli założyć gazety i zrobili to jeździliśmy sporo po różnych krajach dawnego imperium sowieckiego.
W czasie jednej z takich wspólnych podróży do Azji, a było to w stolicy Kirgizji, przez parę pierwszych dni byliśmy strasznie głodni, bo organizator wyjazdu jakoś zapomniał, że wykładowcy również się czymś żywią.
Ponieważ zjadłem już wszystkie snickesy i inne polskie frykasy, brzuch domagał się czegokolwiek.
I wtedy właśnie Dominik spokojnie wyciągnął scyzoryk i dużą puszkę. A w niej grzałka, saszetki z herbatą, kubek, cukier, cytryna, kawał razowego chleba i suszona kiełbasa.
- Proszę bardzo - powiedział i zaprosił na kolację. Pycha! Do dziś pamiętam ten smak.
Teraz podczas wyjazdów zawsze staram się mieć przy sobie „puszkę Księskiego”.
Na wszelki wypadek.
                                                                                                 Jerzy Kamiński

 

Mówi Waldemar Śliwczyński, redaktor naczelny Wiadomości Wrzesińskich

Tak jak Dominik, ja też od dwudziestu lat jestem wydawcą i redaktorem naczelnym tygodnika lokalnego. Dominik w Żninie, a ja we Wrześni. Znamy się zresztą z Dominikiem od 1981, kiedy razem strajkowaliśmy na UAM-ie. Wtedy jeszcze zupełnie nie świtało nam w głowie, że możemy zostać właścicielami gazet; kto zresztą wtedy mógłby w ogóle pomyśleć, że prywatna może być restauracja, sieć handlowa, radio, telewizja, czy gazeta? No, ale stało się. Jesień 1989 zmieniła wszystko...
Jak grzyby po deszczu jak kraj długi i szeroki, zaczęły powstawać niezależne, prywatne gazety, wpierw w stolicy i w dużych miastach, aż w końcu także w małych miastach i wsiach. Na tej fali powstały i „Pałuki”, i „Wiadomości Wrzesińskie”. Na samym początku nikt nie myślał o pieniądzach, nikt nie przypuszczał, że w ogóle z tego mogą być pieniądze, liczyła się „sprawa”, czyli zmiana ustroju. Na prowincji zmianę warty przyniosły dopiero lokalne wybory w czerwcu 1990.
Nastały wyśmienite warunki do rozwoju prasy niezależnej od monopolu PZPR-owskiego koncernu RSW Prasa-Książka-Ruch. Każdy mógł założyć gazetę, niepotrzebne stały się pozwolenia, koncesje, zlikwidowano cenzurę, nie było już też nadziałów papieru z rozdzielnika, ani żadnych innych administracyjnych hamulców. Bardzo szybko okazało się też, że istnieje wielki głód informacji lokalnej, mieszkańców bardziej interesowało to, co dzieje się na jego ulicy, w jego miejscowości i w najbliższej okolicy niż to, co dzieje się w Sejmie. Koszula jeszcze raz okazała się bliższa ciału.
Drugim filarem rozwoju gazet lokalnych stał się mały lokalny biznes, który też przeżywał gwałtowny rozwój, a ten jak wiadomo potrzebuje... reklamy. Co z tego, że właśnie zacząłeś ze szwagrem naprawiać wiertarki, jeśli nikt o tym nie wie? Musisz o tym poinformować całe miasto i przyległe wioski, bo przecież wszędzie wiercą. Dlatego właśnie w pewnym momencie na siermiężnych i czarnobiałych (ewentualnie z 1-2 kolorami dodanymi) stronach naszych tygodników zaczęły pojawiać się pierwsze reklamy. A jak inne szwagry, które naprawiały wiertarki zobaczyły, że mają konkurencję to... też dały reklamę, tyle, że dwa razy większą. Jak zauważyły to następne szwagry, które zamierzały uruchomić punkt naprawy wiertarek, to usiadły sobie z żonami i wspólnie uradziły, że trzeci punkt naprawy wiertarek nie ma sensu i wyszło im, że oprócz naprawiania wiertarek, trzeba również naprawiać pralki, bo żony to wiedzą najlepiej.
I tak stopniowo, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu powstało coś, czego wcześniej nie było: lokalny rynek reklamy. Po paru latach wszyscy zrozumieli, że bez tego nie da się prowadzić interesów. Jeśli się nie reklamujesz, to znaczy, że cię nie ma, albo... masz kłopoty skoro nawet na reklamę cię nie stać. A z takim, który ma kłopoty, lepiej nie współpracować, bo może całkiem padnie.
To oczywiście tylko pewien aspekt działalności gazety lokalnej, aspekt bardzo ważny, czyli biznesowy. Gazeta lokalna, aby istnieć, musi zarabiać, bo jako się rzekło jest to gazeta niezależna, prywatna, nie dotowana przez nikogo. Ale jest również druga strona medalu, a mianowicie społeczny wymiar gazety lokalnej. Brzmi to może górnolotnie, ale często to gazety lokalne są jedynym społecznym kontrolerem poczynań władzy - zarówno administracji samorządowej, jak i państwowej - policji, służb podatkowych, ZUS-u, skarbówki, księży dobrodziejów, itp. Często jest tak, że do gazety przychodzą ze swoimi problemami ludzie, dla których nasze łamy są ostatnią deską ratunku, nie pomogły im ani urzędy, ani fundacje, ani inne instytucje powołane do niesienia pomocy. I wtedy okazuje się, że to, co było niemożliwe, jednak staje się możliwe. Choć nie zawsze.
Nie wiem, jak to jest w Żninie, ale we Wrześni od czasu do czasu pojawia się konkurencja dla mojej gazety. Z reguły takie tytuły istnieją parę miesięcy, po czym poddają się. Nie dają rady.
Konkurencja zawsze działa ożywczo, zmusza redakcję do jeszcze lepszej pracy, do przedefiniowania wewnętrznych procedur, do zastanowienia, czy faktycznie wszystko robimy lepiej niż oni? Czasem ze zdziwieniem odkrywamy, że w niektórych elementach oni są lepsi, więc musimy pokazać, że potrafimy to zrobić jeszcze lepiej. I pokazujemy.
Dzisiaj takim konkurentem dla wszystkich gazet, w tym również lokalnych, staje się internet, co siłą rzeczy wymusza na redakcjach gazet lokalnych obecność również w internecie. Wierzę, że i tę walkę wygramy.
Z okazji 20-lecia „Pałuk” życzę mieszkańcom pięknych Pałuk, aby ich tygodnik, tak jak do tej pory, rósł i piękniał razem z nimi. Macie na Pałukach dobre „Pałuki”.
                                                                                             Waldemar Śliwczyński

 

Mówi Wojciech Waligórski, redaktor naczelny Nowego Łowiczanina

„Pałuki” mają 20 lat i, na ile znam ich wydawcę i redaktora naczelnego Dominika Księskiego, z optymizmem patrzą w przyszłość, choć w tym samym czasie wydawcy prasy ogólnopolskiej i regionalnej z niepokojem spoglądają na wskaźniki sprzedaży. Ale Księski nie jest wyjątkiem. Wydawcy prasy lokalnej w Polsce; ci, którzy uwierzyli, że można, że się da, że nie musi nas wcale połknąć obcy kapitał, którzy nie sprzedali swoich tytułów - nie narzekają. To jest trochę tak, jak z oporem przeciw Szwedom w czasie Potopu: szlachetka na swych włościach niekoniecznie wiedział, że szwedzka armia jest nie do pobicia, co udowadniała w wojnie 30-letniej, ale wiedział, że od Szweda niczego dobrego nie może się spodziewać, więc zbierał partię, ruszał w pole - i wygrywał.
Księski wygrywa, bo jest wiarygodny dla 10 tysięcy czytelników, którzy co tydzień kupują jego gazetę i dla ich rodzin. A jest wiarygodny, bo się nie boi. Napisze o wszystkim, co na Pałukach się dzieje, nie ukryje niczego, narazi się, ale wie, że taka jego rola. Bo dla niego najważniejszy świat to Pałuki.  Kto zachował w sobie taką perspektywę widzenia, ten czuje, co i jak pisać, by nie stracić zaufania ludzi, by „Pałuki” były na Pałukach potrzebne.
I znowu: Księski nie jest wyjątkiem. Niezależne tygodniki lokalne w Polsce, powstałe najczęściej w latach 1990-1991, pokazują prawdziwą hierarchię wartości spraw w lokalnej Polsce. Ci sami czytelnicy, których na co dzień karmi się papką njusów o gwiazdach na lodzie, paradach gejów, kolejnych romansach aktorów, doprawioną płytkimi  relacjami z Wiejskiej, raz na tydzień mają okazję przeczytać o tym, co ich naprawdę dotyczy: że rząd wycofuje się z budowy S5, że radni nie są zgodni co do tego, na co przeznaczyć pieniądze z nadwyżki budżetowej, że niekonserwowane rowy nie odprowadzają wody z drogi, że kolejną szkołę trzeba będzie zamknąć, bo  znów ubyło dzieci, że w konkursie piosenki wygrała córka sąsiadki.
Po tym właśnie można odróżnić dobrą gazetę lokalną od regionalnego dziennika: że na pierwszej stronie czytelnik znajdzie w niej informacje o tym, co rzeczywiście jest dla niego, z jego lokalnej perspektywy, najważniejsze. W dzienniku regionalnym o tym samym będzie miał napisane zwykle mniej, nieporównanie mniej ciekawie i nie tak dogłębnie, na jakiejś stronie w środku numeru. A na pierwszej stronie znajdzie coś, co redaktorowi w mieście wojewódzkim wydaje się być najważniejsze. Czy muszę dodawać, że najczęściej mu się tylko wydaje? Niby to proste wyczuć, co dla Żnina czy Mogilna (ale i dla Jarocina, Tczewa, Stalowej Woli, Łowicza, Chrzanowa czy dziesiątków innych miast powiatowych) jest naprawdę ważne - ale w rzeczywistości proste to nie jest.
Księskiemu i pracującym z nim dziennikarzom się nie wydaje, oni wiedzą. Bo nie patrzą przez pryzmat „polityki redakcyjnej” koncernu drukującego dla połowy Polski, uwikłanemu w zależności wielkiej polityki i ciągle zerkającego w stronę gazet warszawskich. Dla niego, jak i dla każdego z nas, redaktorów niezależnych tygodników lokalnych, rzeczywiście najważniejszy jest nasz mikrokosmos, ograniczony granicami powiatu, czasem dwóch.
Nie znaczy to, że i my nie możemy dać się uwikłać w zależności - tyle, że lokalne. Ale siłą polskich tygodników lokalnych jest to, że ich właściciele, w takim samym stopniu, w jakim kibicują samorządowi lokalnemu, jako mechanizmowi urzeczywistniania naszej wolności i demokracji, starają się być od tego samorządu niezależni. Ci, którzy zakładali gazety po to, by za ich pomocą dojść do władzy lub po prostu zarobić kasę, już to zrobili: poszli do ratuszów, a tytuły sprzedali. Większość z nas jak ognia unika związków z władzą - choć nie jest to łatwe w miasteczkach, gdzie co drugi spotkany na ulicy mówi nam dzień dobry. Nie jest łatwe - ale jest możliwe. „Pałuki” są na to jednym z najbardziej wiarygodnych dowodów.
Przy tym wszystkim bardzo się między sobą różnimy. Nie tylko nasze gazety różnią się wyglądem, sposobem łamania, użytym kolorem, stylistyką winiety, ilością i miejscem komentarzy - ale i my sami, wydawcy, jesteśmy różni. Spokojni i porywczy, po studiach humanistycznych i po politechnikach, pewni siebie i skromni, przykładnie od lat żonaci i rozwiedzeni (czasem nie po raz pierwszy). Gdy jednak, za sprawą Stowarzyszenia Gazet Lokalnych, którego Dominik Księski jest prezesem, spotykamy się przy różnych okazjach, w mgnieniu oka nawiązujemy wspólny język, chwytamy w lot sugestie, czujemy kontekst dowcipów. Bo gazety lokalne to nasz świat.
I jeśli czegoś po tych 20 latach żałuję, to tego, że całemu polskiemu rynkowi prasy nie pozwolono zachować takiej różnorodności, jaka jest w świecie gazet lokalnych. Że decyzje polityków, biznesmenów, co kiedyś tylko rakietą tenisową umieli machać i małość ludzi w wielu redakcjach regionalnych doprowadziły do tego, że na rynku dzienników regionalnych nie ma już konkurencji - i prawie nie ma polskich wydawców.  Dominik Księski potrafił sobie poradzić, dziesiątki innych wydawców lokalnych też sobie radzi, a ludzie mediów od szczebla dużego miasta w górę dali sobie wmówić, że nie umieją, że muszą mieć „zastrzyk kapitału”, „know-how”, „fachowy management”, „doświadczenie koncernu” .  Że nieuchronna jest „konsolidacja branży”. Uwierzyli. Szkoda. W tej logice „Pałuki” nie miały ponoć racji bytu - a są. I będą. Czego wszystkim ich dziennikarzom, a Dominikowi Księskiemu i jego żonie w szczególności serdecznie życzę.

                                                                                              Wojciech Waligórski
Wszelkie prawa w tym Autora, Wydawcy i Producenta danych zastrzeżone. Korzystanie z serwisu i zamieszczonych w nim utworów i danych możliwe wyłącznie na własny użytek. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów możliwe wyłącznie za zgodą redakcji, którą można uzyskać tutaj. Ogłoszenia i reklamy są materiałem zleconym, za ich treść odpowiedzialność ponosi ich nadawca, a nie redakcja lub wydawca gazety.
Copyright 2006-2018 Pałuki Tygodnik Lokalny - Wydawnictwo Dominika Księskiego WULKAN, tel. 52 302-09-28
do góry